Kobiety wchodzą na ring

fot. iStock

Czy walka na ringu i kobiecość mogą iść w parze? Sylwia Zaczkiewicz, trenerka i zawodniczka sportów walki, nie widzi w tym sprzeczności. To właśnie zawodowe MMA przyniosło jej świadomość samej siebie.

Sylwia zawsze była typem sportowym, w szkole nigdy nie uciekała z lekcji WF-u. Karate zaczęła trenować zaraz po maturze, po pięciu latach zdobyła brązowy pas i zrobiła kurs instruktorski. Potem ćwiczyła jeszcze samoobronę, krav magę i kick boxing. Skończyła studia pedagogiczne i wydział fotografii, zaczęła pracować w redakcji jako fotoedytorka. Pięć lat temu w jej głowie zrodził się pomysł, żeby otworzyć własny klub sportów walki dla kobiet. – Poczułam, że właśnie znalazłam to, co chcę robić w życiu. To było ryzykowne, ale postawiłam wszystko na jedną kartę – mówi. Klub działa pod nazwą „Otwarte Serca Zaciśnięte Pięści”. Pierwsze treningi Sylwia prowadziła sama w wynajętej piwnicy, przychodziło na nie kilkanaście dziewczyn. Teraz ośrodek zajmuje 100 m² w centrum Warszawy, poza sportami walki w ofercie są i treningi siłowe, i stretching. Zajęcia prowadzą różni instruktorzy, ale to Sylwia nadaje temu miejscu rytm. Jest główną trenerką – empatyczną lecz ostrą… a zarazem sprzątaczką, recepcjonistką i księgową.

Czas na debiut

Po klubie przyszedł czas na samodoskonalenie. Sylwia zaczęła trenować MMA (ang. mixed martial arts – mieszane sztuki walki). – MMA jest przekrojowe i wszechstronne, bardzo zbliżone do realnej walki, a trening jest wymagający. Ciągle uczę się czegoś nowego, to opowieść bez końca. Dzięki temu jestem lepszą trenerką i lepszym człowiekiem – opowiada. Nowa dyscyplina przyniosła też duże zmiany w życiu codziennym: treningi rano i wieczorem, odżywianie zgodnie z planem ułożonym przez dietetyka sportowego Tadeusza Sowińskiego oraz koniec z imprezowaniem. – Odkąd trenuję na wysokim poziomie, stworzyłam siebie jako 100-procentową sportsmenkę. Do tego trzeba mieć pasję, ogień, zamiłowanie do ciężkiej pracy i umiejętność niepoddawania się. Wtedy powstaje mieszanka wybuchowa, potrzebna, żeby przekraczać kolejne granice – tłumaczy Sylwia. Ćwiczy w warszawskim WCA Fight Team. Jest tam jedyną kobietą, bije się z doświadczonymi zawodowcami. I choć mężczyźni są zwykle fizycznie silniejsi, fajnie od nich usłyszeć, że podczas sparingu nie było z nią łatwo.

Sylwia zadebiutowała w MMA jako 34-latka, zawodniczki w tym wieku szykują się już na sportową emeryturę, a ona chciała walczyć zawodowo. Była pewna, że usłyszy: „Dziewczyno, nie widzisz że są tu sami zawodowcy, idź stąd”, ale trener dostrzegł w niej potencjał. Przyszły zwycięstwa w zawodach amatorskich, została mistrzynią Polski. To dało jej pewność siebie i jeszcze zwiększyło determinację, żeby wziąć udział w gali zawodowej. Walka w Łodzi była spełnieniem marzeń, Sylwia czuła się dobrze przygotowana fizycznie i mocna psychicznie, wspierało ją mnóstwo znajomych. „Na pewno wygrasz” – wołali. Zaczęła dobrze, ale dała się trafić w głowę, straciła równowagę, upadła. Chciała się podnieść, jednak sędzia już przerwał walkę. – Jestem mu wdzięczna, bo po jeszcze jednym ciosie pewnie obudziłabym się w szatni albo w szpitalu. Byłam rozgoryczona, nie mam doświadczenia w ponoszeniu porażek. Miałam poczucie, że w tej krótkiej walce nie pokazałam, czego się nauczyłam, że zawiodłam ludzi, którzy we mnie wierzyli. To było okropne – wspomina.

Lekcja przegrywania

Pogodzenie się z przegraną trwało prawie pół roku. Na początku od razu chciała wrócić na treningi, ale okazało się, że ma co przepracować. – Nauczyłam się, że w sporcie zawsze ktoś przegrywa, ale przegrana nie ma wpływu na wcześniejsze dokonania. Mój partner Michał bardzo mnie wspierał, nie wiem, jak poradziłabym sobie bez niego. Kiedy myślałam, że się już z tym uporałam, pewnego dnia wszystko puściło. Wyszłam pobiegać, nagle zatrzymałam się i zaczęłam tak krzyczeć, aż jakiś biegacz przystanął i zapytał, czy wszystko okej. Wróciłam do domu spuchnięta od płaczu, ale było mi to potrzebne – mówi Sylwia, nadal z dużymi emocjami.

W zawodowym MMA ma za sobą jedną walkę, przegraną. Co dalej? Chce wyrównać ten bilans, więc trenuje, żeby wygrać, ale teraz już dopuszcza myśl, że może przegrać. – Przestałam być niedobra dla siebie. O siebie trzeba dbać. Ludzie przychodzą, odchodzą, a „ja i ja” zawsze będziemy razem. Kiedyś miałam poczucie, że jestem słaba, czegoś mi brakuje. W końcu się przytuliłam i powiedziałam: „Stara, jesteś w porządku”. Teraz jest dobrze – puentuje.

Kwiaty po sparingu

Sylwia twierdzi, że ostre treningi pozwoliły jej złapać lepszy kontakt ze sobą, ze swoim ciałem, poczuć własną kobiecość. Sama o sobie mówi, że jest refleksyjna, uważnie obserwuje świat i ma głowę w chmurach a dopiero po wejściu na trening zmienia się w „killerkę”. – Sama decyduję, co chcę zrobić. Odzyskałam kontrolę nad życiem – wyjaśnia i dodaje, że nieprawdziwy jest stereotyp, iż kobieta czuje się zagubiona, jeśli nie ma przy niej faceta. Podobnie jak ten, że kobiety się nie biją. – W Dzień Kobiet miałam sparingi, a w domu Michał czekał na mnie z kwiatami. Pomyślałam, jak wspaniale jest mieć i to, i to. Z perspektywy trenerki mogę powiedzieć, że kobiety są bardziej zdeterminowane, zmotywowane. Musiałyśmy stać się silne, bo nigdy nie było nam łatwo. Gdyby nie patriarchat, inaczej to mogłoby wyglądać. Może mielibyśmy nawet poczet królowych polskich!

Sylwia Zaczkiewicz absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego i PWSFTViT w Łodzi, sztuki walki trenuje od 2001 roku. Założycielka klubu sportów walki „Otwarte Serca Zaciśnięte Pięści” w Warszawie, w którym jest główną trenerką. Mistrzyni Polski Amatorskiej Ligi MMA 2015 w kategorii wagowej 66 kg. W maju 2016 roku zadebiutowała na gali zawodowej MMA