Co dziś jedzą bogowie?

Jeśli myślę: „To cudowne, mogę się podzielić, nakarmić kogoś, dać mu radość” – to też karmiące dla mnie, mam mnóstwo energii. Ale jeśli myślę: „Orka, tyle tego się trzeba narobić, po sklepach nabiegać” – to po takiej uczcie czeka nas niestrawność. Niestety, sporo kobiet w naszej kulturze ma wpisany taki wzór domowej męczennicy. Jamie Oliver, angielski kucharz, ma taką filozofię, żeby jedzenie robić w pół godziny. Bo dzisiejszy świat nie sprzyja siedzeniu w kuchni godzinami. Zacząć gotować z radości, z przyjemności, z kimś – wówczas zmieniamy wzorzec kobiety, która pracuje ponad siły. Może powiem coś kontrowersyjnego, ale jedzenie robione przez kogoś, kto się tak poświęca i cierpi, to jest po prostu trucizna.

Rdzenni Hawajczycy przykładali wielką wagę do jedzenia. Władcom gotowali i podawali do stołu najwyżsi kapłani. Bo tylko oni byli wystarczająco czyści. Wierzyli, że ten, kto gotuje, wkłada w jedzenie swoją energię.

Otarłam się w młodości o ruch Hare Kriszna, gdzie też było założenie, że jedzenie to energia ofiarowywana bogom. Nie mogły go w związku z tym gotować kobiety – co jest okropnie patriarchalne, ale podstawa jest ta sama: ten, kto przygotowuje jedzenie, wkłada w nie swoją energię i to się potem zjada razem z jedzeniem. Trzeba się modlić, kiedy gotujesz. U nas to czynność zepchnięta gdzieś na zaplecze, a tam – przejaw duchowości. Z drugiej strony – jedzenie „nasiąka” też złymi emocjami. Zauważyłam, że nie jestem w stanie jeść i rozmawiać o czymś trudnym. Mam wtedy wrażenie, że zjadam te emocje i one siedzą jak kula niestrawione w moim brzuchu. I nie chodzi o to, by je w ogóle odsuwać, ale jednak nie poruszać ich przy jedzeniu.

Z braku miłości i obfitości powstają niektóre produkty żywnościowe, szpikowane wodą, chemią, wypełniaczami. Bo celem jest zysk, a nie dobro tego, kto to kupuje.

Fascynuje mnie to. Ludzie, którzy to produkują, przecież też to jedzą. Albo ich rodziny, znajomi. Kolejny dowód na to straszliwe odłączenie się od ciała: można produkować żywność, która z założenia nie ma żadnych odżywczych właściwości, wręcz szkodzi – i nie mieć z tym problemu.
A jednak tak funkcjonujemy, w takim wyparciu. Produkujemy i kupujemy coś, co nas truje, i jesteśmy z tego zadowoleni. Z drugiej strony – tęsknimy za prostotą, brakiem pośpiechu i smakowaniem chwili. Jedzenie jako czynność zmysłowa potrafi nas z tym skontaktować od razu. Mam nadzieję, że coraz więcej ludzi się będzie budziło do takiej świadomości.

To jest wybór.

Czym się karmisz? To pytanie zadaję często na moich warsztatach. Jednak niedawno uświadomiłam sobie, że sama mam w tej sferze coś do zrobienia. Znowu miałam trudniejszy moment i było mi wszystko jedno, co jem. Postanowiłam, że znajdę godzinę dziennie, żeby kupić produkty i coś ugotować. Bardzo się staram, nie zawsze mi wychodzi. Walczę, uczę się nowych nawyków.

Mnie wciąż nie udaje się wytrwać.

I o czym to świadczy? Ja sama nie jestem na pierwszym miejscu w mojej hierarchii wartości. Praca, owszem. Albo pokarm innego typu – spotkania z ludźmi, kultura, rozwój. Ale nie moje ciało, które potrzebuje przecież jedzenia. Zagubiliśmy się totalnie.

Pracując z dzieckiem wewnętrznym, widzę, że moje nieopiekowanie się sobą tak się właśnie przejawia.

A dla dziecka taki podstawowy poziom fizycznego zadbania, typu spanie, jedzenie, oznacza, że mama w ogóle jest. Zauważa je i jego potrzeby. W dorosłym życiu to my sami jesteśmy mamami dla siebie. Żeby się tego nauczyć, na warsztatach pracujemy z wewnętrznym dzieckiem. Kontaktujemy się z nim, słuchamy, czego potrzebuje, i umawiamy się na proste kroki, które będziemy wprowadzać w życie, żeby ono się czuło lepiej na świecie. A ono chce zwykle czegoś prostego, często związanego z jedzeniem. Ostatnio kobiety miały takie postanowienia: będę siadała do posiłku, a nie jadła w biegu, nie będę przy jedzeniu sprawdzać mejli, będę gotować śniadanie przez miesiąc. Ktoś pomyśli: „co to ma zmienić?”. A zmienia. Rośnie poczucie komfortu psychicznego, jakość życia, ugruntowanie, poczucie wartości. Niezwykłe, ile może taka prosta rzecz jak jedzenie, czyli miłość i troska okazywana sobie. Moment, w którym zaczynamy w taki bazowy, najprostszy sposób dbać o siebie, jest przełomowy. Potrzeby duszy, psychiczne – to wszystko przychodzi później. Ciało to pierwszy, najważniejszy kawałek. Kiedy ono się wypełni, nakarmi, można iść dalej.

 

 

 

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »