fbpx

Szczepionka na COVID-19. Co wiemy? 

Szczepionka na COVID-19. Co wiemy? 
Wylicza się, że w przypadku SARS-CoV-2 o odporności zbiorowiskowej możemy mówić wówczas, gdy pomiędzy 60 a 80 procent populacji będzie mieć kontakt z patogenen - czy to przez zakażenie, czy przez szczepionkę. (Fot. Getty Images)

Rozluźniliśmy reżim, zmęczyły nas ograniczenia – i są efekty. Fala pandemii rośnie. Co dalej? Kiedy pojawi się szczepionka? Czy wykształci się odporność zbiorowiskowa? Czy są leki skuteczne w przypadku COVID-19? Rozmawiamy z dr hab. Tomaszem Dzieciątkowskim, wirusologiem z Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

 

Mówi się o tym, że może już niedługo, za kilka miesięcy, będziemy mieć szczepionkę na COVID-19. Ale jednocześnie wiele osób wyraża wątpliwości, czy to nie za szybko, czy szczepionka opracowana w tak błyskawicznym tempie będzie na pewno bezpieczna. To słuszne wątpliwości?
Nie. Każda szczepionka, która znajdzie się na rynku, musi przejść trzy fazy badań klinicznych. I nie ma tu zmiłuj, żadnej z nich nie da się ominąć.

Czyli jeśli wejdzie na rynek, możemy się bez obaw szczepić?
Tak – jeśli wejdzie na rynek czy raczej jeśli wejdą na rynek, bo szczepionek może ich być kilka. Każda musi być zatwierdzona, w przypadku każdej obowiązują te same procedury. Ostatnia faza to faza rejestracyjno-administracyjna. I ona rzeczywiście potrafi trwać – w zwykłych okolicznościach – nawet do dwóch lat. A w warunkach pandemii może być skrócona do nawet sześciu tygodni – tu widzę realne szanse na przyspieszenie. Po prostu ludzie muszą usiąść przy biurkach i obrobić dane statystyczne w ciągu miesiąca, nie zaś lat.

Ale przy opracowaniu składu szczepionki drogi na skróty nie ma?
Nie.

Jest szansa, że szczepimy się jeszcze w tym roku?
Nie, z bardzo prostego powodu – mamy dziesięć preparatów, które są w trzeciej fazie testów klinicznych. Ta faza powinna potrwać co najmniej pół roku, a pierwsze preparaty weszły w nią na przełomie lipca i sierpnia. Potem jeszcze są działania administracyjno-rejestracyjne, które zajmują co najmniej miesiąc. Tak więc w tym roku raczej szczepionki nie będzie, ale pierwszy kwartał przyszłego roku jest realny. Oczywiście wiadomo, że są naciski polityczne na naukowców, żeby to przyspieszyć, ale oni się tym naciskom opierają. Bo tak być nie powinno.

Czy szczepionka będzie dawała trwałą odporność? Można coś w tej sprawie powiedzieć na sto procent?
Na podstawie już przeprowadzonych badań klinicznych wiemy, że do uzyskania trwałej odporności potrzebne będzie podanie co najmniej dwóch dawek w odstępie od czterech do sześciu tygodni.

Wiemy po tych kilku miesiącach coś więcej o lekach? Które z nich naprawdę pomagają w leczeniu COVID-19?
Generalnie z dużego badania Solidarity opublikowanego przez Światową Organizację Zdrowia można wyciągnąć wnioski, że Remdesivir nie jest specjalnie skuteczny. Tak samo jak testowane na początku pandemii leki podawane przeciwko HIV oraz preparaty takie jak chlorochina czy hydrochlorochina. Cały czas nie mamy leku celowanego, który działałby przeciw SARS-CoV-2. Wszystkie stosowane schematy to schematy leczenia pomocniczego. W terapii COVID-19 zarejestrowany jest jeden zaledwie lek, podaje się go przy ciężkich postaciach choroby – to Dexametazon. Czyli kortykosteroid, który znany jest od lat. Nie działa on jednak przeciwwirusowo, tylko ogranicza reakcję zapalną, wpływa rozluźniająco na oskrzeliki. Ale podkreślam: może być stosowany wyłącznie na oddziałach szpitalnych, tylko pod ścisłą kontrolą lekarza, absolutnie nie w profilaktyce, bo żadnego działania przeciwwirusowego nie wykazuje.

A co z osoczem od ozdrowieńców?
Trudno immunoglobuliny jako takie uznać za lek. To preparat biologiczny – terapia z użyciem osocza czy raczej przeciwciał monoklonalnych znana jest od dziesiątków lat. Natomiast jeśli chodzi o jego działanie w przypadku COVID-19, to zdania są sprzeczne. Niektórzy mówią, że skraca czas trwania choroby, inni – że niespecjalnie. W pandemii COVID-19 problemem jest to, że na małych grupach pacjentów sprawdza się wiele preparatów, kiedy jednak badania zaczynają obejmować duże populacje, to już tak dobrze nie jest. Dlatego wszystko należy starannie weryfikować. Bo moglibyśmy na przykład usłyszeć, że choroba ustępuje pod wpływem wyciągu z zielonej herbaty, tylko potem okazuje się, że stwierdzono to na przykładzie dwóch osób… Czyli wartość żadna.

Czy o samej chorobie wiemy coś więcej po tych miesiącach, które z nią spędziliśmy?
Wiemy teoretycznie wiele, ale co w tym pewnego – to jest pytanie. Wiemy, że koronawirus SARS-CoV-2 – na szczęście – w dużej mierze pozostaje niezmienny pod względem budowy antygenowej. Czyli „opakowanie” wirusa pozostaje bez zmian. Co dobrze rokuje, jeśli chodzi o szczepionkę, bo ten wirus nie jest tak zmienny jak wirus grypy i mamy dużą szansę, że szczepionka będzie mogłaby być podawana bez zmian przez kilka lat. Aczkolwiek pod względem budowy molekularnej materiał genetyczny wirusa się zmienia, a to może wpływać na obraz choroby. W tej chwili mamy do czynienia głównie z takimi wariantami wirusa, które są bardziej zakaźne, ale mniej śmiertelne.

Przeczytałam informację, że mamy aż sześć postaci choroby.
To spore nadużycie. W rzeczywistości najczęściej funkcjonuje jeden przebieg COVID-19, to przede wszystkim postać z zakażeniem dróg oddechowych.

Co z powikłaniami, z wtórnymi skutkami choroby?
Wiemy już, że rzeczywiście u większości zakażonych – w granicach 70 procent – występują zmiany w postaci zwłóknień w płucach. Te zmiany mają szansę się cofnąć, ale jak szybko – tego jeszcze nie wiemy. W granicach 50 procent osób po COVID-19 ma powikłania ze strony mięśnia sercowego. Nie wiemy do końca, jak koronawirus wpływa na męski układ rozrodczy – wirus SARS-CoV-2 replikuje się w jądrach u panów i może, choć do końca tego nie udowodniono, powodować męską bezpłodność, tak, jak robi to wirus świnki.

A zmiany neurologiczne?
I tu znowu problem – nie mówię, że się nie pojawiają, ale do takich zmian zaliczany jest na przykład zanik węchu czy smaku. A inne? Trudno to jednoznacznie stwierdzić. Mówi się na przykład o zespole chronicznego zmęczenia – ale myślę, że trzeba tu naprawdę starannego różnicowania, bo jest pytanie, czy takie zmiany nie mają podłoża psychosomatycznego.

Czemu teraz wirus z taką siłą uderzył w całej Europie?
Dużą rolę odgrywa chyba to, że ludzie są zmęczeni pandemią i przestali traktować SARS-CoV-2 poważnie: zachowywać dystans, nosić maseczki czy też przestrzegać higieny rąk lub rygorów potencjalnej kwarantanny. Ale to, że my nie będziemy traktować wirusa poważnie, nie oznacza, obawiam się, że on nie będzie poważnie traktować nas. Będzie. I będzie skrupulatnie wykorzystywał każdą możliwość zakażenia – co już zresztą robi. Mamy otwarte szkoły, zakłady pracy, intensywne kontakty międzyludzkie – i siłą rzeczy zwiększoną liczbę zakażeń.

Czyli tylko ostry reżim?
Jestem przeciwnikiem lockdownu, ale uważam, że można było inaczej przygotować choćby nauczanie stacjonarne. To nie jest tak, że nie da się wytrzymać parę godzin w maseczce. Ja w zeszłym tygodniu prowadziłem przez sześć godzin bez przerwy zajęcia ze studentami, miałem cały czas maseczkę i proszę mi nie mówić, że się nie da, bo się da. Nie jest prawdą, że po kilku godzinach w maseczce człowiek się udusi, bo się nie udusi. Nie jest prawdą, że maseczka ogranicza wymianę gazową, bo nie ogranicza. To tkwi w naszych głowach. To nam się tylko wydaje. Koniecznie więc: maseczki, dystans, higiena rąk i powierzchni – to ostatnie ma może mniejsze znaczenie, ale ograniczy inne zagrożenia, a mycie i dezynfekowanie rąk nigdy nam nie zaszkodzi.

Co z odpornością zbiorowiskową?
Znowu jest to kwestia dyskusyjna. To, jaki procent populacji musi mieć kontakt z patogenem, czy to przez zakażenie, czy przez szczepionkę, jest różny dla różnych patogenów. Dla SARS-CoV-2 wylicza się na podstawie modeli matematycznych, że wartość ta może wynosić pomiędzy 60 a 80 procent. Z drugiej strony, niestety, trzeba być świadomym, że w przypadku zakażeń pozostałymi wirusami, czyli typowymi przeziębieniami, ale też koronawirusami SARS-1 czy MERS, w ogóle nie stwierdzono powstania odporności zbiorowiskowej. Ja bym więc na odporność zbiorowiskową w przypadku na COVID-19 specjalnie nie liczył. A mówienie, że to trzeba przechorować, skoro na razie szczepionki nie ma, jest według mnie wątpliwe etycznie, bo – po pierwsze – nie ma choroby, którą trzeba przechorować, a po drugie – takie „naturalne” nabieranie odporności niesie poważne ryzyko wysokiego odsetka zgonów.

Ale czy jeśli przechorowaliśmy, to nabywamy trwałą odporność?
Najprawdopodobniej na jakiś czas tak. Przypadki reinfekcji, jeśli chodzi o SARS-CoV-2, to ułamek promila, jakieś niecałe 10 osób na ponad 40 milionów zakażonych, przy czym bardzo niewiele wiadomo o funkcjonowaniu ich układu odpornościowego. Problemem w dobie COVID-19 jest to, że mamy bardzo wiele różnych informacji, które trudno poddają się weryfikacji i na dodatek są z sobą sprzeczne.

I tym łatwiej koronasceptykom wszystko podważać.
Tak, ale myślę, że ostatnie kilkanaście dni troszkę osłabiły ich przekonania. Choć oczywiście są pewnie tacy, którzy uwierzą dopiero, kiedy znajdą się pod respiratorem.

 

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze