fbpx

Szczepmy się. Choroba, którą „lepiej przechorować”, nie istnieje!

Szczepmy się. Choroba, którą „lepiej przechorować”, nie istnieje!
Nad szczepionką przeciw COVID-19 pracuje wiele zespołów badawczych na całym świecie. (Fot. iStock)

Koronawirus, szczepionka – tych słów używamy w ostatnich miesiącach niemal bez przerwy. Na szczepionkę  przeciw COVID-19 czekamy jak na zbawienie. Ma nas wyrwać z zaklętego świata epidemii. Pytanie, czy jeśli się pojawi, będziemy z niej korzystać. O tym, czym są szczepionki, o ich rodzajach, zaletach, wadach i naszych związanych z nimi lękach rozmawiamy z dr hab. Tomaszem Dzieciątkowskim, mikrobiologiem z Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

Czym właściwie jest szczepionka?
To preparat, który ma spowodować, że nasz układ odpornościowy będzie zachowywał się tak, jak przy kontakcie z patogenem, czynnikiem wywołującym chorobę.

Ale ta reakcja będzie łagodniejsza i kontrolowana?
Mamy kilka wariantów szczepionek. Jednymi z najstarszych są szczepionki atenuowane, czyli odzjadliwione. Czasami nazywane są szczepionkami żywymi, ale to sformułowanie nie jest do końca prawidłowe. Zwłaszcza kiedy odnosi się do wirusów – one z zasady nie są żywe. W tym typie szczepionek znajduje się czynnik zakaźny, który przez długie oddziaływanie niekorzystnymi warunkami zewnętrznymi traci część swoich właściwości zakaźnych – nie jest w stanie powodować naturalnego zakażenia, ale może wywołać reakcję ze strony układu odpornościowego. Takie szczepionki mamy w użyciu stosunkowo rzadko – bo choć są najbardziej immunogenne, czyli wytwarzają dobrą odporność, są też najbardziej reaktogenne, czyli mogą wywołać najwięcej niepożądanych reakcji poszczepiennych. Taka jest zasada: im bardziej szczepionka skuteczna, tym mniej bezpieczna. Nie mówię celowo: niebezpieczna, bo bezpieczne są wszystkie.

Jakie to szczepionki?
BCG przeciwko gruźlicy, MMR zawierająca atenuowane wirusy odry, świnki i różyczki, szczepionka przeciw wirusowi ospy wietrznej i półpaśca. Do 2015 roku taka również była doustna szczepionka przeciwko chorobie Heinego-Medine’a.

Drugi wariant to szczepionki inaktywowane. Patogen w nich jest unieczynniany za pomocą czynników chemicznych, żeby nie był w stanie namnażać się wewnątrz organizmu.

Na jakiej zasadzie działają?
Zabita bakteria czy wirus też wytwarzają odpowiedź immunologiczną organizmu, ale jest ona słabsza, więc do szczepionek tego typu trzeba dodać adiuwant (najczęściej są to związki glinu), czyli substancję, która wśród antyszczepionkowców wzbudza przerażenie. Adiuwant ma zintensyfikować wytwarzanie odporności ze strony układu immunologicznego.

Szczepionek inaktywowanych mamy najwięcej: choćby domięśniowa przeciwko polio czy szczepionka DTP przeciw błonicy, krztuścowi i tężcowi. Nowszymi wariantami są szczepionki podjednostkowe – nie mamy w nich do czynienia z kompletną bakterią czy wirusem, ale tylko z jego antygenem. W przypadku wirusa będzie to pojedyncze białko, w przypadku bakterii polisaharydy, które najskuteczniej indukują odpowiedź immunologiczną. Pojedyncze białko czy wielocukier nie mogą wywołać zakażenia, więc taka szczepionka jest szczególnie bezpieczna. Ale niestety coś za coś – jest także stosunkowo słabo immunogenna. Żeby więc wywołać odpowiednią reakcję odpornościową, w szczepionce musi być adiuwant. Przykłady to m.in. szczepionki przeciw wirusowemu zapaleniu wątroby typu B, przeciwko pneumokokom, a także wiele szczepionek przeciw grypie.

I to są te szczepionki, które należy powtarzać?
Bywa różnie. 25 lat temu rozpoczął się w Polsce masowy program szczepień przeciw wirusowemu zapaleniu wątroby typu B. W latach 80. byliśmy niechlubnym zagłębiem tej choroby w Europie. Wiele osób na nią cierpiało, zwłaszcza dzieci – i to był dramat, bo w tej grupie zakażenie przebiega niemal bezobjawowo, a kiedy w końcu daje objawy, wątroba najczęściej jest już w złym stanie. Zaczęto więc w latach 90. akcję szczepień dzieci i personelu medycznego. Ja zaczynałem wtedy studia i byłem pierwszym zaszczepionym rocznikiem. Schemat obejmował trzy dawki, przy czym mówiło się, że najprawdopodobniej po dziesięciu latach trzeba będzie podać dawkę przypominającą. Minęło dziesięć lat, po czym – w wyniku przeprowadzonych badań – okazało się, że nie trzeba się doszczepiać. Mija 25 lat i nadal nie trzeba. Choć owszem, są preparaty, które wymagają podania dawki przypominającej. W Polsce szczepienia przeciw odrze wprowadzono w roku 1975, do 1994 była tylko jedna dawka, potem zaczęto podawać drugą, bo okazało się, że jedna jest niewystarczająca. To się zmienia, a my cały czas się uczymy.

Pamietam, jak w dzieciństwie chorowałam na odrę – ledwo przeżyłam.
Ja mojej choroby nie pamiętam, ale pamiętają ją dobrze moi rodzice – choć chyba woleliby zapomnieć. Zachorowałem, zanim podano mi szczepionkę, miałem wówczas pół roku. Przeleżałem trzy tygodnie z ciężkim poodrowym zapaleniem płuc w szpitalu zakaźnym. Między innymi dlatego uważam, że nie ma choroby, którą warto przechorować. W przebiegu każdej mogą zdarzyć się powikłania, to czysta statystyka, trzy procent zakażeń wirusem ospy wietrznej kończy się ospowym zapaleniem mózgu. Od czego zależy, czy to będziesz ty albo twoje dziecko – nie wiadomo. Nie jest to szczepionka obowiązkowa, ale ja swojego syna zaszczepiłem. Także dlatego, że miałem w rodzinie ciężkie przypadki półpaśca – uważam, że jeśli można uniknąć cierpień i bólu, to dlaczego tego nie zrobić.

Słyszałam, że ani przebycie ospy, ani szczepienie nie chronią przed półpaścem.
To źle pani słyszała. Jeśli zachorowaliśmy na ospę wietrzną, ten wirus rzeczywiście pozostanie z nami do końca życia. I dość często kiedy jesteśmy starsi, kiedy zaczyna spadać odporność, on się reaktywuje i daje manifestację kliniczną w postaci półpaśca. Natomiast podanie dwóch dawek szczepionki przeciwko ospie wietrznej temu zapobiega – jest 98 procent szans, że półpaśca mieć nie będziemy.

Porozmawiajmy jeszcze o składzie – przeciwnicy szczepionek mówią, że zawierają tiomersal, rtęć, oskarżaną o powodowanie autyzmu.
Tak, tiomersal faktycznie wzbudza emocje, choć zupełnie niesłusznie. W szczepionkach rtęci nie ma w ogóle. Jest etylortęć, znana pod handlową nazwą tiomersalu – to konserwant, ma działanie bakteriobójcze. Przy czym od ładnych kilku lat występuje tylko w produkowanej u nas w kraju szczepionce DTP przeciwko krztuścowi, tężcowi i błonicy. Inne szczepionki w ogóle go nie zawierają. A ta jedna jest używana od 1960 roku w niezmienionej formie – miliony Polaków były nią szczepione i nie wydaje się, żebyśmy zanotowali dramatyczny wzrost liczby przypadków autyzmu. Poza tym tego tiomersalu są w szczepionce minimalne ilości, na dodatek szybko ulega on wydaleniu z organizmu, bo po trzech tygodniach nie ma już po nim śladu.

Związki szczepień z autyzmem były badane i nic ich nie potwierdziło.
Tak, to zostało już dawno obalone przez świat nauki. A że autystyków jest więcej? Bo dziś autyzm, czy raczej szereg zaburzeń związanych ze spektrum autyzmu, lepiej umiemy rozpoznawać i diagnozować. Rudolf Virchow, ojciec współczesnej patologii, opisał białaczkę w 1840 roku. Czy to znaczy, że wcześniej ona nie istniała? Istniała, tylko ludzie nie mieli tej świadomości. I już na marginesie: większość wysoko funkcjonujących autystyków gorąco protestuje przeciw wiązaniu autyzmu ze szczepieniami…

My, Polacy, coraz mniej lubimy się szczepić. Z czego to wynika?
Powodów jest wiele. Można powiedzieć żartobliwie, że każdy Polak doskonale zna się na prawie i na medycynie, to taka nasza narodowa przypadłość. I wiemy wszystko lepiej. Zresztą nie tylko Polski to dotyczy – wraz z rozpowszechnieniem Internetu ludzie tracą zaufanie do elit. Jeśli ktoś powołuje się na wiedzę, na naukę, nie zyskuje poklasku. Mało tego, bywa wyśmiewany. Nie ma autorytetów. Internet sprzyja też rozwojowi i szerzeniu rozmaitych teorii spiskowych, w przypadku szczepień cała historia powiązania ich z autyzmem, dementowana wiele razy, ciągle znajduje grono wyznawców. Są kraje, gdzie to grono jest większe, są takie, gdzie mniejsze. W Polsce, Wielkiej Brytanii i Włoszech ruchy antyszczepionkowe są silne.

Chyba w USA też.
To prawda. Oczywiście nikt trzeźwo myślący nie będzie negować, że po szczepieniu może się zdarzyć NOP, czyli niepożądany odczyn poszczepienny. Ale jeśli weźmiemy twarde i brutalne dane liczbowe, zobaczymy, że to stutysięczne części procenta.

Ale o tym się nie mówi.
Ten, kto chce wiedzieć, to wie. Przeczyta. Nie jest prawdą, że NOP-y w Polsce nie są raportowane. Nie jest prawdą, że jeśli lekarz raportuje, ma problemy ze strony sanepidu. Nie, nic takiego się nie dzieje. Od ładnych kilku lat każdy, kto stwierdzi u siebie czy u dziecka, wystąpienie NOP-u, może zgłosić to przez Internet do Urzędu Rejestracji Produktów Leczniczych, Wyrobów Medycznych i Produktów Biobójczych, wszystko jest rejestrowane.

Na terenie USA funkcjonuje baza VAERS (Vaccine Adverse Event Reporting System) – gromadzone są tam dane, każdy może zgłosić wszystko, co uważa za NOP, zdarzają się zgłoszenia samobójstwa lub postrzału z broni palnej. Później oczywiście jest to weryfikowane. Nie ma na świecie jednego systemu dochodzenia roszczeń poszczepiennych. W Polsce odbywa się to na drodze cywilno-prawnej, trzeba założyć sprawę sądową. Analogicznie jest w Kanadzie, Holandii i Australii. Gdzie indziej są rozmaite fundusze, z których wypłacane są odszkodowania. Ale jedno należy wyraźnie powiedzieć – nie jest tak, że jeśli komuś się wydaje, że ma NOP, to automatycznie należą mu się pieniądze. Trzeba wykazać, że to na pewno reakcja na szczepienie. Według polskiego prawodawstwa za NOP uznaje się każde pogorszenie stanu zdrowia do czterech tygodni po szczepieniu. I można rzecz sprowadzić do absurdu. Parę lat temu zaszczepiłem syna nieobowiązkową szczepionką przeciwko ospie wietrznej. 10 dni później syn złamał sobie palec na zajęciach judo. Złamał, bo źle stanął, ale gdybym był pieniaczem, mógłbym to złamanie zgłosić jako NOP. I takie rzeczy się zdarzają.

Wiele osób pamięta znaną sprawę Szymonka, chłopca, który zmarł w szpitalu przy Niekłańskiej w Warszawie. Otóż miał on poważną mutację genetyczną, rokowania w jego przypadku były jednoznacznie złe. Ale do opinii publicznej przedostała się wersja, że zakażenie i nekrotyczne zapalenie mózgu wywołała u niego szczepionka przeciwko pneumokokom. Tyle że ta szczepionka nie zawiera ani jednej żywej bakterii. Mało tego – nie zawiera ani jednej kompletnej bakterii! Taki preparat nekrotycznego zapalenia mózgu po prostu nie może wywołać. Ale przeciwnikom szczepień zupełnie to nie przeszkadza. Na tym polega problem.

Czasem pewnie rodzicom w takiej sytuacji trudno zrozumieć, że tu nie ma „winnych”, że to genetyka. Łatwiej oskarżyć lekarza czy ministra zdrowia, który zaleca szczepienia. Do tego dochodzi wiara w spisek wielkich firm farmaceutycznych, które tylko patrzą, jak z nas wyciągnąć pieniądze. I to akurat chyba prawda – bo na lekach i szczepieniach zarabiają.
Żadna firma to nie jest instytucja charytatywna. Ale nakłady na profilaktykę pewnych chorób zakaźnych i zyski z tego są wielokrotnie mniejsze niż potencjalna terapia chorych. Spójrzmy na firmę Biomed – to jedyny w Polsce i jeden z niewielu na świecie producentów szczepionki BCG przeciwko gruźlicy. Jak pani myśli, ile kosztuje szczepienie?

30 zł?
4 zł za dawkę. Dodajmy jeszcze strzykawkę, igłę, wacik – niech będzie 5 zł. A leczenie gruźlicy, jeśli nie jest to gruźlica lekooporna, trwa minimum pół roku i kosztuje między 10 a 12 tysięcy złotych.

Zestawienie przemawia do wyobraźni.
Szczepionka MMR, która jednocześnie zapobiega odrze, śwince i różyczce, to koszt w granicach stu kilkudziesięciu zł. Ale w przypadku odry nie ma leczenia przyczynowego, jest tylko objawowe, czasem konieczna będzie hospitalizacja, doliczmy do tego koszt zwolnień lekarskich rodziców czy świadczeń socjalnych. Amerykanie wyliczyli, że szczepienie dziecka szczepionką MMR to 50 dolarów, leczenie odry kosztuje już w granicach pięciu tysięcy. Zasada, która obowiązuje w medycynie, i ludzkiej, i weterynaryjnej, że lepiej zapobiegać niż leczyć, jest prawdziwa.

Spotkałam się wielokrotnie z opiniami, że są choroby, które, cytuję, warto przechorować. Jak choćby ospa wietrzna. Stąd modne w ostatnich latach „ospa party”. Co pan o tym myśli?
Dla mnie jako dla mikrobiologa, osoby, która niejednokrotnie widziała efekty chorób zakaźnych, nie istnieje choroba, którą warto przechorować. Nie ma czegoś takiego! Zadam pani proste pytanie. Miała pani nieraz katar, prawda?

Oczywiście.
Niegroźny, zwolnienia się na to nie dostanie, trzeba chodzić do pracy, tyle że pracować nie bardzo się da. Człowiek jest rozbity, trudno mu się skoncentrować, nie sposób myśleć o czymkolwiek poza tym, żeby łatwiej się oddychało. Nie chciałaby pani tego uniknąć? Gdyby był jakiś lek, który by katar zlikwidował albo mu zapobiegł, nie wzięłaby go pani? No właśnie. A ospa wietrzna – choroba teoretycznie łagodna – może mieć bardzo nieprzyjemne i poważne konsekwencje. W dodatku wirus pozostaje z nami do końca życia i może się okazać, że reaktywuje się w którymś momencie pod postacią wrednego i bardzo bolesnego półpaśca. 

Jak to jest ze szczepieniami przeciwko grypie? Sceptycy mówią, że wirus mutuje, że szczepienie nie ma sensu, bo nie wiadomo, czy twórcy szczepionki na dany sezon „utrafią” i   zabezpieczenie nie będzie skuteczne.
Trzeba uczciwie przyznać, że szczepienie przeciw grypie cudem wakcynologii nie jest. Jego skuteczność w zależności od sezonu epidemicznego waha się między 40 a 80 procent.

Spore widełki.
Spore. Kwestia, czy wirus tak często mutuje. Owszem, mutuje, ale wcale nie tak często, jak by się to przypadkowym epidemiologom zdawało. Co roku w szczepionce są aktualizowane szczepy wirusa, są zbierane i raportowane dane, jakie typy funkcjonują na danym obszarze. Oczywiście im więcej w danej szczepionce typów wirusów, tym jest ona skuteczniejsza – ale też droższa. Tym samym mniej dostępna dla ludzi. Natomiast nie ma w niej na pewno nic, co byłoby dla nas groźne. Najbardziej „niebezpieczne” są śladowe ilości albumin jajka kurzego – u osoby uczulonej mogłyby wywołać reakcję alergiczną – ale to wszystko. Zresztą zawsze podkreślam, jeśli ktoś ma wątpliwości co do składu, można to w każdej chwili sprawdzić, znaleźć w Internecie, tu nie ma żadnych tajemnic.

Ale musimy umieć to przeczytać.
Jeśli przyjmuje pani jakikolwiek lek, wie pani, że zawsze jest do niego dołączona ulotka. Napisana językiem przystępnym, zrozumiałym dla każdego. W przypadku szczepionek mamy, oprócz składu,  opisane reakcje poszczepienne, takie jak gorączka, ból w miejscu wkłucia – ale to jest typowe dla miejscowego procesu zapalnego, nie ma w tym nic niepokojącego. Ja się w kierunku grypy szczepię co roku. Teoretycznie za każdym razem mógłbym zgłaszać ból i stan podgorączkowy, ale z całym przekonaniem twierdzę, że to element naturalny, układ odpornościowy walczy, bardziej bym się bał, gdyby te miejscowe cechy stanu zapalnego się nie pojawiły. A co do powikłań neurologicznych – tak, są wymienione na ulotce, ale jeśli dokładnie przeczytamy, zobaczymy, że występują rzadziej niż jeden na dziesięć tysięcy przypadków. Z punktu widzenia statystyki to wartości właściwie pomijalne. Większe mielibyśmy prawdopodobieństwo znalezienia złoża ropy podczas wycieczki przez Saharę.

A jak to będzie z koronawirusem? Mamy szanse na szczepionkę przeciw COVID-19? Czy będzie jedna, czy – tak jak w przypadku wirusa grypy – co roku inna?
Tu akurat trudno coś jednoznacznie powiedzieć. Teraz na temat SARS-COV wiemy tyle, że ma trzy warianty genetyczne A, B i C, ale nie ma twardych danych, żeby konkretny wariant genetyczny wpływał na zakaźność czy przebieg choroby. W tym sezonie epidemicznym szczepionki nie będzie. Będę się cieszył, jeśli pojawi się w połowie przyszłego roku. Pracuje nad nią wiele zespołów badawczych i może być i tak, że żaden z nich nie odniesie sukcesu.

Jak to możliwe? Idą na to przecież ogromne środki.
Wirus nabytego niedoboru odporności (HIV) znamy od 1984 roku. Mamy już wiele skutecznych leków, które wirusa osłabiają, ale szczepionki nie ma do dziś. Tak samo sprawa wygląda z wirusem zapalenia wątroby typu C – są skuteczne leki, ale szczepionki nie ma. Wynika to ze zmienności wirusów. Mogę powiedzieć na pewno: jeśli będzie już szczepionka, a każdemu z pracujących nad nią zespołów życzę sukcesu, to nie będzie dawała dożywotniej odporności. Odporność na zakażenia powodowane przez wirusy oddechowe trwa dwa, góra trzy lata. Będą konieczne doszczepienia, by zachować odpowiedni poziom protekcji. Ale nawet jeśli szczepionki nie będzie, to czy na COVID-19 będziemy umierać tak jak na hiszpankę? Nie. Wtedy jedyną terapią była aspiryna, która w wysokich dawkach bardziej szkodziła niż pomagała. Teraz mamy wiele obiecujących leków, medycyna jest sto lat do przodu. Nawet jeśli nie będzie szczepionki, jestem ostrożnym optymistą.

A jeśli będzie, czy, kiedy już zmniejszy się strach, na pewno będziemy się szczepić?
No właśnie. Ci, którzy dziś mocno działają w ruchach antyszczepionkowych, zwykle byli szczepieni w dzieciństwie i wyrośli w bezpiecznym świecie. Bez osób na wózkach czy o kulach po chorobie Heinego-Medine’a, bez groźby śmiertelnej ospy prawdziwej… Bez szczepień część z tych chorób może powrócić.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>