fbpx

Atak telefoniczny

Niedawno przestraszyłam się telefonu. Kilka chwil przed południem zadzwonił ten najbardziej prywatny, domowy, który jest w mieszkaniu tylko ze względu na mamę, przyjaciółkę z Walii oraz dostęp do wirtualnej pajęczyny.

Podniosłam słuchawkę i usłyszałam nasrożony głos kobiety. Pani, nie racząc się przedstawić, oznajmiła, że telefonuje z „największej w Europie grupy w branży windykacji należności i zarządzania wierzytelnościami”. O, Losie! Ugięły się pode mną kolana. Nie mając pojęcia, o co chodzi, skuliłam się w sobie i poczułam, że ktoś wciska mi na głowę kominiarkę przestępcy. Z bijącym sercem słuchałam dalej. Anonimowa napastniczka, mówiąc do mnie w sposób, w jaki przemawiają zapewne oskarżyciele sądowi, poinformowała, że w 2004 roku zakupiłam w firmie wysyłkowej bieliznę, za którą nie zapłaciłam. Teraz sprzedawca bielizny, nie mogąc nic poradzić na moją nielojalność i nadużycie, przekazał dług firmie windykacyjnej, która stanowczo domaga się zwrotu 147,57 zł. Najlepiej, zażądała oschłym tonem pani w słuchawce, abym bez dyskusji przelała ową kwotę na wskazane  konto bankowe. W ten sposób zaoszczędzę sobie problemów.
 
Mam listę kilku rzeczy, których nigdy w życiu nie robiłam. Między innymi nigdy nie kupowałam biustonoszy! Nawet po urodzeniu dziecka dostałam trzy (specjalne, dla kobiet karmiących) od przyjaciółki. To jedyne biustonosze, które mam. Próbowałam niepewnie (bo pod ostrzałem bezczelnego tonu tracę pewność siebie, truchleję i zaczynam się jąkać) wyjaśnić pani, że nigdy nie zamawiałam bielizny. Ta jednak kategorycznie wyszczekała, że mam dwa dni na wystosowanie do nich pisma, i odłożyła słuchawkę.
 
Potrzebowałam kilku chwil, aby wyjść z kostiumu przestępcy. Jednak absurdalność tej sytuacji znacznie bardziej mnie zdenerwowała, niż rozbawiła. Przejrzałam nawet pocztowy dotykalny „spam”, czyli wszystkie koperty reklamowe, które odkładam obok pieca. I rzeczywiście, była tam koperta z logo firmy windykacyjnej nadana listem zwykłym i przypominająca jedną z tych informujących o górach nagród i marzeniach na wyciągnięcie ręki. W środku brak jakiegokolwiek podpisu, owszem, widoczne jakieś nazwiska i druk udający długopis, ale nic ponad to. Znalazłam numer kontaktowy i już mniej skonsternowana postanowiłam zadzwonić. Tym razem odebrał nieco uprzejmiejszy mężczyzna. Pan Wojciech K. (dzielnie wyszarpałam drutom telefonicznym imię i nazwisko) zakomunikował, że jest w posiadaniu drukowanego kuponu, na którym widnieje mój adres i podpis, który jest dowodem zakupu bielizny. Zapytałam, świadoma tego, że po planecie dyskursu prawniczego poruszam się na ślepo, czy to oznacza, że każdy może coś sobie w moim imieniu zamówić, a ja wobec tego faktu staję się dłużniczką i ofiarą firmy windykacyjnej? „No, teoretycznie tak” – powiedział pan Wojciech, a ja, nieprzyzwoicie już wściekła: „I nie obchodzi was, że ja tej bielizny w życiu nie zamawiałam?”. Pan Wojciech: „Nie mamy podstaw, aby nie wierzyć firmie X, że kupiła pani bieliznę!”. Nie wiedziałam już, co mam mówić, więc zapytałam tylko, na mocy jakiej ustawy wyznaczają mi niedorzeczne terminy i nakładają obowiązek wysyłania pism wyjaśniających. Zniecierpliwiony i rozeźlony już adwersarz oznajmił, że działają na mocy kodeksu cywilnego. Ja uparcie, nieświadoma swojego terminologicznego ubóstwa, brnęłam dalej: „Ale proszę dokładniej, na mocy jakiej ustawy?”. I wtedy zdania z telefonu zaczęły ostro pukać mnie w czoło: „Kodeks cywilny, proszę pani, jest ustawą!”. Spróbowałam przemycić nieśmiałe słowa: „To która część, dział, rozporządzenie i co z tymi terminami?”. „Terminy – pan Wojciech wyrzucił z siebie tuż przed rzuceniem słuchawką – to ustala nam komputer!”.
 
Ojej… Tego to już na pewno nie zrozumiem. Po złapaniu oddechu usiadłam przed monitorem i napisałam do „największej w Europie grupy w branży windykacji należności i zarządzania wierzytelnościami” elektroniczny list z wyjaśnieniem, że nigdy nie kupowałam w sklepach wysyłkowych bielizny.