fbpx

Brzuch większy od głowy

Mam wrażenie, że tak jak mężczyznom w określonych momentach krew odpływa z mózgu do pewnego organu, tak kobiecie w ciąży krew spływa z mózgu do brzucha. I kobieta ta nie jest w stanie pojąć, co się z nią dzieje.

Im większy brzuch, tym mniejsza głowa. Jak w jednej z „13 bajek z królestwa Lailonii” Leszka Kołakowskiego o garbach, które zaczynały przejmować kontrolę nad swoimi właścicielami. Moja, a raczej nasza tożsamość cały czas się przedefiniowuje. Czas to niezwykły, choć obezwładniający intelektualnie. W znaczeniu zen – błogosławiony, bo czyszczący umysł. Teraz tylko muszę pytać siebie nie: kim jestem?, ale: z kim jestem? Kto tam siedzi w środku? I skąd pochodzi? Mam w środku małą dziewczynkę. Nawet jeśli widzę ją podczas badania USG, trudno mi w to uwierzyć. Chciałabym choć na chwilkę ją wyjąć, przytulić i odłożyć do środka, żeby spokojnie dojrzewała. Dziwne tak kogoś nie znać, a mieć w sobie.

Ćwiczę jogę dynamiczną i mam dobrą kondycję, wciąż pozostając wegetarianką. U doktora zbieram same piątki. Czuję się świetnie. Najwięcej dzieje się w mojej podświadomości. Miewam przedziwne sny na temat swojego ciała. Jeden z nich nadawałby się do zilustrowania przez Fridę Kahlo. W przeciwieństwie jednak do jej traumatycznych wizji i doświadczeń mój sen był bardzo przyjemny. Byłam spuszczana na linie w głąb swojego ciała, aż na samo dno – do łona, gdzie spotykałam moje dziecko i karmiłam je piersią. W środku było ciasno, ciepło i ciemno. Panowała dziwna cisza, ale czułam cudowną bliskość z dzieckiem, poznawałam przestrzeń, która dla mojej córeczki stanowi cały jej świat. Odbyłam podróż trzy razy: sama, z mamą i siostrą.

My, kobiety w ciąży, jesteśmy chyba całkiem wytrącone z tego, co logiczne. Nasza czujność i intuicja są wyostrzone, stajemy się jasnowidzące, przewidujące, stajemy się wiedźmami. Konfrontacja z noworodkiem świeżo wydobytym na świat, tak jak konfrontacja ze śmiercią, zmusza do refleksji nad naszym losem przed i po życiu. Zaczyna się więc zbieranie opowieści, które określam mianem bajek na uspokojenie.

Jedna z nich pochodzi z Chin. W medycynie chińskiej mówi się, że w łonie matki powstaje chi przedurodzeniowe dziecka. To ta energia będzie stanowiła jedną trzecią jego całej energii życiowej. Pozostałe części, już zbierane podczas życia, będą pochodziły z pokarmu i powietrza. Nie można jej odbudować ani odzyskać, trzeba zatem nauczyć się, jak ją oszczędzać. Ciekawe, że taoiści nazywają ją makrokosmicznym chi, a buddyści określają jako „tendencje” lub „wrażenia”, które – przez działania osoby we wcześniejszych życiach i obecnym embrionalnym – magazynowane są w świadomości i prowadzą do ponownych narodzin.

Dużo czytałam o świadomym umieraniu i powracaniu na świat, choćby joginów, którzy często wspominają poprzednie wcielenia. W magazynie „Time” natknęłam się na artykuł o psychologu, który metodą hipnozy cofał pacjentów aż do czasu pobytu w łonie matki. Jedna z pacjentek opisywała, że była częścią Jedności, że choć nie widziała, to czuła serce matki pulsujące tuż obok niej. W natłoku rozmów o modelach wózków, szkołach rodzenia i witaminach zapominamy, że mamy do czynienia z cudem.

Podobno na Bali dzieci przez pierwszy rok życia uznawane są za istoty z niebios i rodzice przez ten czas dbają, by ich stópki nie dotykały ziemi. W pierwsze urodziny odbywa się ceremonia i pierwsze kroki. Skoro tak, to mam w sobie nieziemską istotę z nieba – wytwór miłości i czegoś jeszcze, może muzyki? Kosmitkę, mniszkę przebywającą w malutkiej celi spełniającej jej wszystkie potrzeby. Ten bajkowo-fantasmagoryczny felieton ukazuje Wam nieco moją sytuację. Zdecydowanie mam obecnie brzuch większy od głowy. I dwa bijące serca.

PS Wybraliśmy już z Wojtkiem (tata) imię – Aniela.