fbpx

Dobre i mniej dobre sny

Czas się skurczył. Bez wątpienia. Może dlatego, że listopadowe dni uciekają (pewnie z zimna) za wcześnie. Mała Małgosia ze zdziwieniem obserwuje podwórko, które podejrzanie szybko skrywa się w mroku. Na szczęście nie boi się ciemności. Od początku spała przy zgaszonym świetle i nie lubiła, gdy zapalałam nocną lampkę. Do momentu, w którym moja córeczka przeprowadziła się do swojego pokoju, nie mogłam czytać przed zaśnięciem.

Zastanawiałam się, czy Biska polubi kolorowe świeczki i lampki, którymi uparcie – co roku o tej porze – rozświetlałam jesienne wieczory. Polubiła! Gdy zbliża się wieczór, sama pokazuje paluszkiem wszystkie nasze świeczniki, gliniane kominki i przypomina o płomyczkach, na widok których woła: „Ślicznie!”. Po kąpieli od razu zasypia. Uśmiechnięta. Nigdy nie musiałam usypiać córeczki (zdaniem znajomych mam to rzadkość). Chyba oswoiła sen tak samo jak Gniazdo. Zrozumiała, że koi i kołysze po to, aby poranek był wielkim całusem na przywitanie. Rano także nie płacze. Jeśli jest zdrowa, to wita mnie uśmiechem i spojrzeniem, które zdaje się pytać: „Co będzie dalej?”. I nie jest to pytanie pełne lęku, o nie! Jest w nim raczej wesoła ciekawość, pewność, że „dalej” sprzyja i pozwala być odkrywcą.
 
Mnie sen koi rzadziej, bywa – straszy. Ale zdarza się, że otwiera przede mną tak bezpieczne oniryczne pokoje, że budzę się z żalem do twardego, odbijającego się betonowym echem tu i teraz. Echo za często przypomina. Odzywa się przy okazji jakiegoś: „Dzień dobry”, które powinno zabrzmieć: „Duszę się tu”. Odzywa się w momentach, gdy staję naprzeciw chytrej sąsiedzkiej ciekawości: „Jak tam? Jak się czujesz?”. A ja, nieźle wytresowana, z uśmiechem takim „jak zawsze”, grzecznie odpowiadam „Świetnie!”. Choć tak naprawdę myślę: „Czasami czuję się jak lalka, bo wtedy nic nie czuję”.
 
Nie wiem, dlaczego nazwanie kobiety „lalką” stało się określeniem pejoratywnym. Ja zdefiniowałabym „lalkę” raczej jako „tożsamość ratunkową”. A bądźmy sobie lalkami w sądzie, w miejskich ośrodkach pomocy społecznej, na ośmioosobowych salach upadających szpitali! Dzięki plastikowej twarzy zdołamy wrócić do domów i rozgrzeszyć świat.

Jednak czy to dobrze, gdy sen zniechęca do rzeczywistości, zamiast rozświetlać umysł i aktywne dzienne godziny czynić spełnionymi? Raczej nie. Kilka lat temu napisałam niedługie opowiadanie o kobiecie, która śniąc, odkrywa, że żyje na świecie sama. I jest jej z tym odkryciem tak dobrze, że nie chce się budzić. Zaczyna wierzyć, że sen jest życiem. Więcej, przebudzenie uznaje za koszmar, z którego – na podobieństwo przebiegu lichych amerykańskich horrorów – nie sposób się wydostać.

Straszne. Powinniśmy więcej uczyć się od własnych dzieci. Wyobraźnia dziecka jest dobrą wyobraźnią. Sny mojej malutkiej córeczki otwierają przed nią łagodne ścieżki prowadzące do radosnych poranków.

Ja siadam czasem naprzeciwko niej i proszę: „Naucz mamę, jak częściej odnajdywać takie spokojne noce”. Ona obejmuje mnie mocno za szyję (czasem dostaję buziaka), potem zaczyna uciekać (ja – rzecz jasna – muszę gonić), ukrywa się w garderobie i woła: „Szukaj!”. No to szukam.

Lubię, gdy sen łagodzi nieznośne czasami dni. Ale nie znoszę, gdy jeszcze bardziej mnie do nich zniechęca. Na szczęście zdarza się to rzadko. A ostatnio… może dlatego, że listopad, że brak tych, co pouciekali w miejsca bez powrotu. Dobrze, że małe oczka z wesołymi iskierkami panują nad czasem doskonale. I wszystko wraca na swoje miejsce.