fbpx

Domowa praca zawodowa

Ostatnio za często porównuję się do innych. Towarzyszy mi przykre poczucie, że pozostaję w tyle. Kilku moich przyjaciół awansowało, zdobyło nowe, intratne stanowiska. Przyjaciółka z Krakowa pracuje w dużej niepolskiej firmie i wdraża nowe projekty w Serbii, podróżuje. Nie boi się bywać na lotniskach, nie przeraża jej londyńskie metro. Ma czas na wieczorne bieganie nad Wisłą, odwiedziny w salonie masażu i kurs makijażu.

Ja nigdy nie byłam u kosmetyczki, do tej pory nie wiem, czy odpowiednio nakładam tusz na rzęsy. Inny wieloletni znajomy wprowadza w życie projekty w dawnej polskiej hucie (teraz amerykańskiej). Co chwila lata do Teksasu (na urodziny dostał kowbojski kapelusz), uczy się w tempie rozpędzonego lamparta przekonywać w amerykańskim języku amerykański zespół do polskich argumentów. Ja do tej pory (wiem, straszny to wstyd w dzisiejszych czasach) boję się odezwać w obcym języku. Zazwyczaj prowokuje mnie do tego zagubienie w metrze albo obsesyjne pytanie o to, czy wsiadłam aby do właściwego pociągu.
 
Dzień zaczynam o 7.00. Nie wstaję wcześniej i nie biegam. Zwlekam się z łóżka z miną męczennicy i wypuszczam psa na podwórko. Zazwyczaj zauważa mnie wtedy córeczka i uśmiechem zaprasza do pokoiku. Nie płacze rano: gdy obudzi się wcześniej ode mnie, rozmawia z misiami, ogląda książeczki. Dopiero po około 30 minutach zaczyna się niecierpliwić i głośno woła „mama”. W tym samym czasie suka próbuje już wtargnąć na łóżko, udając, że nie rozumie bezlitosnego zakazu „obkudlania” białego prześcieradła. Zresztą zazwyczaj wstaję na czas.
 
Wiem, jak dużo mówi się ostatnio o pracy w domu mam wychowujących malutkie dzieci. Tych samotnych, mniej samotnych i zupełnie niesamotnych. Mam na ten temat własne zdanie – uważam, że praca mamy 15-miesięcznej dziewczynki jest czasem nie do odrobienia. Nie da się i już! Albo nie uwierzę w supermenki XXI wieku, albo zostanę przygnieciona gorzką prawdą o swojej nienowoczesnej i lichej słabości. Wybieram to pierwsze. Wizerunek pięknej i roześmianej kobiety, z jednej strony trzymającej przy piersi błogo śpiące niemowlę, a z drugiej dotykającej wypielęgnowanymi dłońmi klawiatury „przyjaznego użytkowniczce” laptopa jest takim samym oszustwem jak balsam do mycia naczyń. Nie ma balsamu! Jest płyn. I chociaż lepsza nazwa nadaje myciu naczyń status czynności błogiej i pielęgnującej, to wylewanie brudnej wody z miski mówi o czym innym. O takich prawdach przypomina mi moja kuchnia. Być może inne, z błyskiem nierdzewnych zmywarek w oku, mrugają do świeżych mam porozumiewawczo. Być może bywa inaczej.

Jestem pracowita. Lubię i umiem dużo pracować. Oswajam nocne godziny z klawiaturą i spokojnie poprawiam kawą ostrość widzenia. I choć oczy nad ranem widzą równie sprawnie, to nocna koszulka nie zawsze chce odkleić się ode mnie do południa, a pościel nie chce być porządnie schowana pod kocem.

Uff… Jakiś czas temu ktoś powiedział mi, że jak się złoszczę (a złość jest wynikiem zmęczenia), to wyglądam na 50-latkę. Nie chcę być 30-letnią 50-latką! Nie chcę też kiedykolwiek być 50-latką, która wygląda na zmęczoną 50-latkę. Chyba w imię młodości przestanę się złościć.

Praca w domu bywa przywilejem i bywa przekleństwem. Kiedy jedno pomieszczenie jest biurem, pokojem relaksacyjnym, stołówką, biblioteką, placem zabaw, kinem itd., można uznać, że jest duszno. Dobrze, że przynajmniej wciąż jest ciepło i wystarczy przewietrzyć. Myślę, że nie jestem jedyną mamą, która miewa ochotę wejść pod łóżko, wcisnąć wszystkie uśmiechy za kaloryfery, rzucić ciasny gorset supermenki w najdalszy kąt, zwinąć się w kłębek i przeleżeć pod drewnianym stelażem kilka godzin. Niczym w bezpiecznych krzakach: przespać, przeczekać. A potem spokojnie wrócić do odrabiania pracy domowej, która – trudno zaprzeczyć – jest przywilejem.