fbpx

Dowody zbrodni

Wakacyjna niedziela była deszczowa. Zamiast zatem pływać w jeziorze, zaczęliśmy z ojcem wspominać dawne sprawy sądowe. Jedna z przywołanych przez ojca historii działa się we wczesnych latach 80. Jej bohaterką była sprzątaczka zatrudniona w zakładach drobiarskich.

Przepracowała tam oddanie ponad 20 lat, sprzątając odpadki kurzych kości. Część zamiast utylizować, zabierała do domu i gotowała wnukom rosół. Na bardziej luksusowe posiłki nie pozwalała jej pensja. Pewnego dnia inspekcja robotniczo-chłopska postanowiła skontrolować wychodzących z fabryki pracowników. Kurze kości w siatce zostały wykryte. Zawieziona na komendę milicji kobieta przyznała się do wszystkiego jak na spowiedzi. Opowiedziała, że przez 20 lat swojej pracy na zebranych kurzych odpadkach odchowała zarówno dzieci, jak i wnuki. Milicja podeszła do sprawy z właściwą starannością. Bezzwłocznie powołano biegłego rzeczoznawcę, który wycenił zarekwirowane kurze elementy na kilka groszy. Następnie kwotę tę przemnożono przez ilość dni przepracowanych przez kobietę w fabryce. Wyniki przeprowadzonego postępowania były porażające. Okazało się, że przez te lata zagarnęła mienie społeczne wielkiej wartości. Zgodnie z ówczesnymi przepisami najniższy wyrok wymierzony za taką zbrodnię mógł wynieść osiem lat pozbawienia wolności. Taką karę wymierzył sąd, podkreślając, że wziął pod uwagę wszystkie okoliczności łagodzące.

Moja sprawa wydarzyła się kilka lat później. Ludowa władza prowadziła bezwzględną walkę z nielegalnymi producentami alkoholu. Na karę więzienia musiał być skazany nie tylko wytwórca bimbru, ale także każdy, kto posiadał aparaturę lub element aparatury do jego produkcji. Przeszukując mieszkanie mojego klienta, milicja wykryła garnek pokryty przegniłymi liśćmi, z którego dna sterczały metalowe spirale. Pytany o przeznaczenie tajemniczego przedmiotu mężczyzna zeznał, że znalazł go na śmietniku. Tłumaczył, że oferta handlowa sklepów ograniczała się do pustych półek, uznał zatem, że garnek może mu się przydać, i zabrał go do domu. Postanowiono naukowo zbadać przeznaczenie tajemniczych spirali. Powołano biegłych, którzy orzekli, że przedmiot był w nieokreślonej przeszłości elementem aparatury do produkcji alkoholu. Za posiadanie takiego elementu groził co najmniej rok pozbawienia wolności. Sytuacja była absurdalna, jednak podejrzany trafił do aresztu. Linię obrony zdecydowaliśmy się zbudować na tym, że garnek, który badali biegli, nie jest tym samym, który znaleziono u oskarżonego. W milicyjnych aktach był taki bałagan, że opis naczynia w protokole zatrzymania nie zgadzał się z jego rzeczywistym wyglądem. Przesłuchani jako świadkowie mieszkańcy kamienicy jak jeden mąż zaklinali się, że stojący na stole sędziowskim dowód rzeczowy nie jest tym samym przedmiotem, który wynieśli funkcjonariusze po przeszukaniu. Sądzący sprawę sędzia naprawdę odetchnął z ulgą, gdy uniewinnił oskarżonego z powodu niedających się rozstrzygnąć wątpliwości. Po kilkumiesięcznym pobycie w areszcie mężczyzna wyszedł na wolność.

Gdy zacząłem narzekać na otaczający nas „bezmiar” sprawiedliwości, ojciec z filozoficznym spokojem uznał, że i tak nie jest najgorzej, przypominając anegdotę o pewnym adwokacie praktykującym po wojnie. W trakcie swoich wystąpień często przechodził na język rosyjski. Na uwagi sądu, że na sali sądowej obowiązuje język polski, nie rosyjski, ripostował: „To tylko chwilowo”. Mam nadzieję, że za kilka lat do rodzinnych prawniczych wspominków przyłączy się mój starszy syn. Jestem bardzo ciekaw, jakie będą jego opowieści o bezmiarze sprawiedliwości.