fbpx

Dzieci z chmur

fotochannels.com

Na pytanie, czy nie ma żalu, że jej adoptowany synek okazał się chory, jedna z matek odpowiedziała: „jak mogę mieć żal, skoro to moje dziecko”. Mimo że adopcja wciąż jest u nas trudnym tematem, wielu rodziców chce o niej głośno i otwarcie mówić. Dla dobra samej adopcji i swoich dzieci.

Na świecie, pewnie za sprawą takich gwiazd jak Angelina Jolie, adopcja wzbudza ciekawość, by nie powiedzieć, że jest modna. W Polsce to ciągle temat tabu. Jeżeli już się o niej mówi, to w patetyczno-heroicznym tonie. W potocznej opinii dominują sensacyjne przykłady z tragicznym finałem. A jak jest naprawdę? Oto pięć matek dzieli się swoimi doświadczeniami. Mówią zgodnie: trzeba wreszcie odczarować adopcję.

Jestem mamą od dzisiaj

Justyna Bigos (32 lata, pedagożka) ten pierwszy dzień ze swoim adoptowanym synkiem Krzysiem (wtedy trzymiesięcznym, dziś pięcioletnim) spędziła w szpitalu. Pojechali tam z mężem prosto z sali sądowej. Wcześniej przejmowała się, co to będzie, jak Krzyś w domu nie zechce jeść, spać. A w szpitalu musiała poradzić sobie z plątaniną podpiętych kroplówek, uspokajaniem Krzysia, bo bał się nowego otoczenia. Podczas prześwietlenia dostał takiej histerii, że Justyna nie mogła go utulić. Pielęgniarka oburzyła się: – Co z pani za matka, skoro nie potrafi uspokoić własnego dziecka! Justyna wzięła głęboki oddech i spokojnie odpowiedziała: – Jestem mamą od dzisiaj. Pielęgniarka zamilkła. Gdy po chwili wróciła, nachyliła się nad Krzysiem i powiedziała: – Masz najukochańszą mamusię na świecie. Wszyscy mówili Justynie: „on na was czekał, choroba ujawniła się tak mocno dopiero, kiedy go zaadoptowaliście”.

W rodzinie Beaty Mozer (32 lata, pracownik biurowy) wszyscy wyczekiwali tego pierwszego dnia, kiedy Pawełek (miał wtedy trzy i pół miesiąca, dziś czterolatek) zawita do ich domu. Beata była przygotowana na nieprzespane noce. Tuliła synka i nosiła go na rękach. Chciała, by czuł jej obecność. Ale on popłakiwał. W pewnym momencie zdezorientowana położyła go do łóżeczka. Dopiero wtedy uspokoił się i zasnął.

– Po prostu nie był przyzwyczajony do tego, że na nim skupiona jest cała uwaga otoczenia – mówi Beata. – Pierwszego dnia miałam pełno obaw, czy się nie zakrztusi, nie dostanie gorączki. Ale przede wszystkim rozpierała mnie radość. Marta Sędek (50 lat, trenerka rozwoju osobistego) pierwszy dzień z córeczką Kingą (dziesięć lat, wtedy dwuipółletnią) spędziła u rodziców w Krakowie, gdzie przechodziła adopcyjną procedurę. Marta pamięta, że kupiła córeczce za duże kapcie, więc przyjaciółka zawiozła ją i Kingę do sklepu, a potem do siebie. A tam czekały pozostałe przyjaciółki. Z prezentami. – Zostałyśmy ugoszczone i ukochane. Nie mogłam sobie wymarzyć dla Kingi lepszego przyjęcia – mówi ze łzami.

Bożena Zadara (58 lat, emerytowana nauczycielka) przywiozła z ośrodka adopcyjnego Andrzeja (28 lat, wtedy trzyletniego) w przeddzień Wigilii. W domu czekał na niego pluszowy miś. Andrzej od razu włożył go pod pachę i się z nim nie rozstawał. Na początku zwiedzał mieszkanie, bo nigdy wcześniej nie był w czymś takim jak dom. Wszystko dla niego było obce, nowe, niesamowite. Dla Bożeny też. – Nie wybiegałam myślą w przyszłość, wiedziałam, że trzeba będzie dużo pracować, i nad stroną emocjonalną, i intelektualną, ale nie myślałam, że aż tak.

Krok po kroku

Andrzej musiał nauczyć się wszystkiego. Jak korzystać z łazienki, bo w domu dziecka było siadanie na nocnik na rozkaz. Jak zachowywać się przy stole, jak dbać o swoje zabawki. Nie znał pojęcia „moje”, wszystko było wspólne. Nie rozumiał, kto to jest mama. Sądził, że to imię.

Na początku o zmierzchu regularnie zaczynał płakać. Bożena kładła go wtedy sobie na piersiach i w takiej pozycji spał parę godzin. I tak przez kilka miesięcy. Potem stopniowo jego buzia coraz bardziej się rozjaśniała. W przedszkolu i szkole radził sobie jak większość dzieci.

Choroba pojawiła się nagle. Pewnej nocy zerwał się z łóżka, bo niby ktoś go wołał. Nikogo nie było. Tak objawiła się schizofrenia. Miał wtedy 15 lat, chodził do pierwszej klasy technikum. Po pół roku przyszedł drugi ostry atak. Teraz nie ma już nawrotów, wraca racjonalność, refleksyjność, ale choroba jest podstępna. W przerwach próbował chodzić do szkoły, zaliczył jednak tylko trzy semestry. Bożena robi wszystko, aby przyuczyć go do jakiejś pracy.

– Z jednej strony jest bardzo do mnie przywiązany, a z drugiej miewał takie myślenie, że przyczyna wszystkiego, co złe, leży we mnie. W kim mógł jej szukać, jak nikogo nie miał? Starałam się reagować na to, co mówił, a nie na formę, która czasami przybierała dramatyczną postać. Bywał agresywny, w ruch szły krzesła i inne przedmioty. Tak wyrzucał z siebie jedną wielką rozpacz. Potrzeba było bardzo dużo cierpliwości. Wspierała mnie jego lekarka, wspaniała osoba. Kryzysy? Największy, gdy po raz pierwszy trafił do szpitala. Byłam wtedy załamana, skulona. Bałam się, co dalej będzie. Ale gdy rodzi się biologiczne dziecko, to też wszystkiego nie da się przewidzieć.

 

Starsza córka Magdy Modlibowskiej (37 lat, socjolożka i menedżerka) – Lena (osiem lat, w chwili adopcji dwa miesiące) urodziła się z ciężką wadą – zarośniętym ujściem jelita grubego. Przechodziła operację za operacją. Udało się, ale tych kilka lat okupili godzinami spędzonymi w szpitalach i na ćwiczeniach. Młodsza Mira (nieco ponad trzy lata, adoptowali ją w wieku dwa i pół roku) nie miała problemów zdrowotnych, ale do dziś borykają się z jej chorobą sierocą, z autoagresją. Magda wie, że miłość do dziecka nie rodzi się automatycznie, nawet gdy poród jest naturalny. Rodzi się w kontakcie. Lena wymagała całodobowego czuwania, opieki, więc wzajemna miłość narodziła się jakby samoczynnie. O Miry uczucia trzeba było się starać.

– Musiałam niejako urodzić tę relację. Od kilku tygodni czuję, że nasza córka stała się naprawdę naszą córką. Nagle zaczęła emanować takim prawdziwym, niewymuszonym ciepłem. Rączki, które mnie obejmują, wprost się do mnie przyklejają. Jak mówi: „mamuniu, przytul mnie”, to jest to takie z głębi serca, a nie jak na początku wyuczone.

Synek Justyny Krzyś urodził się z ciężkiej patologicznej ciąży, w stanie upojenia alkoholowego. W trzecim miesiącu życia ujawniło się wiele chorób (potem zdiagnozowano u niego FAS – tzw. zespół alkoholowy płodu). Nie chciał jeść, reagował płaczem na każde wyjście na spacer, nie znosił przytulania, jeżdżenia w samochodowym foteliku. Na pytanie, czy Justyna nie ma żalu, że jej synek okazał się chory, odpowiedziała: – Jak mogę mieć żal, skoro to moje dziecko. Kto da gwarancję, że gdy rodzi się biologiczne, to będzie zdrowe?

Z drugim adoptowanym dzieckiem, córeczką Klaudią (ma pół roku ), nie było większych problemów.

– Teraz Krzyś jest normalnym chłopcem. Wesołym, otwartym, pięknie mówiącym. Ma nawet do nas pretensje, dlaczego wszystkie dzieci w przedszkolu chodzą do logopedy, a on nie. Lubi się przytulać, na okrągło mówi, że nas kocha. Na własne oczy zobaczyłam to, co mi kiedyś powiedziała pani w ośrodku adopcyjnym – że dzieci pod wpływem miłości rodzicielskiej po prostu kwitną. Kocham je za to, jakie są i nie są.

Beata odpukuje w niemalowane drewno: – Nie mieliśmy z Pawełkiem żadnych kłopotów zdrowotnych. Łapiemy się na tym, że mówimy: „trzeba go przebadać, bo w mojej rodzinie panuje cukrzyca, a w twojej choroby krążenia”. Zapominamy, że nie mamy wspólnych genów.

Marta przerabiała ze swoją Kingą wszystkie fazy niemowlęctwa. Było gaworzenie, leżenie na brzuszku, raczkowanie, spanie na piersiach mamy. Było uczenie, do czego służy pralka i lodówka.

– Teraz jesteśmy na etapie trudnych pytań na temat miłości, seksu. Czasem coś mi wytyka. Raz w kłótni powiedziała: – Po co mnie zaadoptowałaś, jak wiedziałaś, że taka jestem? Odpowiedziałam bardzo przejęta: – O niektórych twoich cechach wiedziałam, o innych nie. Ale właśnie taką chciałam cię zaadoptować. Moja odpowiedź zrobiła na niej wrażenie.

Po co im nie swoje dzieci

Bożenie życie tak się ułożyło, że nie związała się z mężczyzną. Pochodziła z licznej rodziny i nie wyobrażała sobie życia bez dzieci. Pewnego razu wybrała się ze swoimi uczniami do domu małego dziecka.
– Pewien chłopczyk przybiegł do mnie, schował się pod płaszcz i tak trwaliśmy. „Widocznie jest w tym palec boży”, pomyślałam. I zakręciłam się koło formalności.

Dla Justyny i jej męża dzieci zawsze były w centrum zainteresowania. Znają się od 18 lat. Ona pracowała w domu dziecka, on bywał u niej na dyżurach, a po pracy przywoził ją razem z gromadką maluchów i się nimi zajmował. – Mieliśmy bardzo silną potrzebę opiekowania się dziećmi. Więc gdy pojawiła się diagnoza, że nie mogę mieć dzieci, dla męża adopcja była czymś naturalnym. Powtarzał: „tyle dzieciaków na świecie czeka na rodziców”. 

Po roku w ich mieszkaniu pojawił się Krzyś, a po czterech – Klaudia.

Beata nie zgadza się z zasłyszaną gdzieś opinią, że pragnienie posiadania dziecka, gdy nie jest dane w sposób naturalny, to czysty egoizm. – To nie egoizm. I nie chodzi o to, że inni mają, więc ja też muszę, albo że taka jest kolej rzeczy. Mną kierowała wielka potrzeba dawania miłości, pokazywania świata.

Marta miała 12 lat, gdy sobie wymyśliła, że adoptuje kilkoro dzieci. W tych dziewczęcych planach było także biologiczne dziecko i mąż. Ale w dorosłym życiu wszystko potoczyło się inaczej. Kiedy dochodziła do czterdziestki, zdała sobie sprawę z tego, że jej kolejne związki były na chwilę, że nie trafiła na partnera, z którym świadomie chciałaby mieć dziecko.

Pamięta: lato, ona czyta w „Alchemiku”: „podążaj za głosem swojej legendy”. A jej legendy były dwie: pomagać ludziom i adoptować dziecko. Pracowała wtedy – jako absolwentka anglistyki – w centrali handlu zagranicznego, dobrze zarabiała, wyjeżdżała za granicę, co było w tamtych czasach wielkim przywilejem. Z dnia na dzień rzuciła pracę, wyjechała do Londynu, do szkoły rozwoju osobistego. Od tego momentu życie ją niosło. Ktoś załatwił pracę, ktoś inny mieszkanie. Los sprzyjał jej też w podążaniu za drugą legendą – dzieckiem. Zaczęło się – paradoksalnie – od potężnej kłody rzuconej pod nogi: wymówienia wynajmowanego mieszkania. Ale gdyby jej nie wymówiono, nie kupiłaby własnego, a bez mieszkania nie byłaby możliwa adopcja.

Magda i jej mąż są dla medycyny zagadką. Z medycznego punktu widzenia nic nie stoi na przeszkodzie, by mieli biologiczne dzieci. Ale mieć nie mogą. Z góry odrzucili in vitro. Ta metoda nie daje gwarancji powodzenia, oznacza lata walki, burze hormonalne i czekanie, czekanie.

– Byłam wystarczająco umęczona badaniami diagnostycznymi. Nie chcieliśmy dalej w to brnąć. Już wcześniej myśleliśmy o adopcji – że jak będziemy mieć swoje dzieci, to potem adoptujemy. Teraz, kiedy już adoptowaliśmy, kołacze nam się w głowie idea rodzinnego domu dziecka. Ale to dopiero, gdy nasze córki podrosną.

Adoptować po ludzku

Magda ma sporo przemyśleń na temat procedury adopcyjnej. Pierwszą przeszli w Krakowie, za darmo, w państwowym ośrodku adopcyjnym, który mieścił się w starym budynku. Drugą usiłowali przejść w Warszawie w niepublicznym ośrodku usytuowanym w nowoczesnych wnętrzach, za spore pieniądze. Pierwsza okazała się dobrą przygodą, zwieńczoną dość szybką adopcją, druga niemiłym doświadczeniem, z którego nic nie wynikło. Postuluje: – Trzeba stworzyć ranking ośrodków adopcyjnych, wzorem szpitali w akcji „Rodzić po ludzku”. Wypełniając dwa lata temu ankietę adopcyjną w warszawskim ośrodku, w rubryce: „oczekiwania” wpisała: „żadnych”. Mimo to do dziś nie doczekała się finału. Pyta: czy ośrodki adopcyjne i domy dziecka są naprawdę zainteresowane przygotowywaniem dzieci do adopcji?

 

– W ośrodku w Krakowie pracowali z nami wspaniali ludzie. Bardzo dobrze przeprowadzili nas przez cały proces. Docierano do naszej głębokiej motywacji. Nagle uświadomiliśmy sobie, że pragnienie dziecka to nie żaden altruizm, żadne myślenie Bóg wie o czym, tylko o tym, żeby być mamą i tatą. Po prostu.

W trakcie tych spotkań okazało się, że na wiele spraw Magda ma inne poglądy niż mąż. Na przykład uważała, że macierzyństwo adopcyjne niczym się nie różni od naturalnego, mąż – że się różni. Zostawili sobie ten temat jako nierozstrzygnięty.

Teraz jedno wiedzą na pewno – kocha się tak samo. Inne są tylko życiowe sytuacje rodzin, inne problemy. Magdzie czasami było łatwiej. Nie przechodziła przez trudy ciąży i porodu. Ale bez doświadczenia tych dziewięciu miesięcy ciężko było jej od razu stać się matką. Cały czas szukała książek dla matek adopcyjnych. Dopiero po jakimś czasie zrozumiała, że powinna czytać zwykłe książki dla zwykłych matek, bo tak samo karmi, przewija.

– Bardzo pomogła mi koleżanka, która ma pięcioro biologicznych dzieci. Kiedy urodziła trzecie, zadzwoniła: „mam wielki problem, tylko ty możesz mi pomóc”. Myślę sobie, matko, taki wzór macierzyństwa dzwoni po radę właśnie do mnie? Okazało się, że zawsze karmiła piersią, a teraz dziecko jest uczulone i musi karmić sztucznie. No, a kto lepiej zna się na mieszankach i butelkach jak nie ja? I wtedy zrozumiałam, że nie powinnam się porównywać, bo nie ma znaczenia, czy urodziłam, czy nie. Ważne, że kocham, że czuję się matką.

Z serduszka, a nie z brzuszka

Otwarcie rozmawiają z dziećmi o adopcji. Ale uważają, że trzeba dostosować informację do wieku dziecka.

Córeczka Marty Kinga jako kilkulatka, bawiąc się lalką, zapytała: – Ja też wyszłam z brzuszka? Marta odpowiedziała: – Tak, ale z brzuszka innej mamy. I tyle. Potem co jakiś czas pojawiały się kolejne pytania. Marta mówiła tylko to, co Kinga chciała wiedzieć.

Pewnego razu w pociągu Kinga wymyśliła przedziwną zabawę, która polegała na tym, że mamy zadaniem było mocno ją trzymać, a jej – wydostać się z uścisku.  – Miałam wrażenie, że w tej zabawie ona potrzebowała urodzić się ze mnie – mówi Marta. – Kiedy Kinga poszła do szkoły, na jakimś spotkaniu matki miały opowiedzieć o narodzinach swoich dzieci. Byłam tak tym zaskoczona, że się rozpłakałam. Ale otarłam łzy i powiedziałam prawdę. I to było oczyszczające. Kiedy potem dzieci miały opowiedzieć na lekcji o swoim rodzeństwie, Kinga bez problemu mówiła o swoich biologicznych braciach i siostrach, a ma ich ośmioro. Z trzema siostrami utrzymujemy kontakt.

Wszystkie mamy mają podobną zasadę: gdy ktoś pyta na przykład, jak czuły się w ciąży, one odpowiadają nawet obcej osobie, że ich dzieci są adoptowane. Nie wymyślają niestworzonych historii i niczego nie udają. Ale niepytane, nie opowiadają wszystkiego na lewo i prawo.

Justyna: – Mówię Krzysiowi i Klaudii, że są adoptowani, że długo ich szukaliśmy w niebiosach i w chmurkach. Że mamusia nie nosiła ich w brzuszku, ale w serduszku. Kiedy idę do lekarza, mówię tak, jak jest, że nie wiem, jakie choroby panowały w ich rodzinach. Nazywamy ich adoptusiami. Chcemy, żeby słowo „adopcja” miało dla nich pozytywny wydźwięk.

Beata podobnie. Chce, żeby to słowo kojarzyło się Pawełkowi jak najlepiej. Dlatego zwraca się do niego: „ty mój adoptku”. Mówi: „jesteś dzieckiem z chmur, szukaliśmy cię po całym świecie i na szczęście znaleźliśmy”.

– Liczę się z tym, że kiedyś będzie chciał wiedzieć więcej. Jesteśmy na to gotowi, chcemy mu pomóc dotrzeć do rodziców biologicznych, kiedy zapragnie ich odnaleźć. Nie oceniam jego matki. Nie mogła go wychować, ale dała mu szansę – świadomie zrzekła się praw już w szpitalu. Będę jej wdzięczna do końca życia.

Justyna i Beata (koleżanki ze studiów) podzieliły się swoimi doświadczeniami w książce pt. „Dziecko z chmur” (wydawnictwo Nasza Księgarnia). To słodko-gorzka opowieść o potrzebie macierzyństwa, walce o dziecko, o radościach i trudach adopcji. A także o potędze małżeńskiej miłości – cichymi bohaterami książki są ich mężowie.

Bożena zaprowadziła kiedyś syna do szkoły i mówi: – Przyjdę po ciebie o dwunastej. A on pyta z wyrzutem: – A kiedyś?

– Zrozumiałam, że ktoś kiedyś po niego nie przyszedł i on to pamiętał. Powiedziałam: – To nie ja, to chyba jakaś inna pani. Ja zawsze po ciebie przychodzę. I na tym się skończyło. Potem wracał do pytań o swoje pochodzenie. Powiedziałam mu, że jeżeli będzie chciał, to spróbujemy odnaleźć jego biologicznych rodziców.

Co dało im macierzyństwo?

Beata: – Bogatsze życie. Nie twierdzę, że wszyscy muszą mieć dzieci. A ponieważ myśmy bardzo chcieli, to dzięki Pawełkowi mam poczucie wielkiego życiowego spełnienia. Otworzyły się dla mnie kolejne drzwi. Do tej pory patrzyłam tylko na wschód i zachód, a tu się okazało, że jest jeszcze północ i południe. Przeżywam emocje, których wcześniej nie doświadczałam. Wreszcie rozumiem, co to znaczy kochać bezwarunkowo.

Bożena: – Dzięki Andrzejowi zyskałam dużo życiowych doświadczeń. A te doświadczenia dały mi dużo siły psychicznej. Z całą pewnością jestem teraz o wiele silniejsza niż kiedyś.

Marta: – Moje życie zatoczyło krąg. Niby wszystko się zmieniło, a tak naprawdę pozostało takie samo. Mogę nadal robić to, co robiłam, tyle że z dzieckiem. Ludzie czasami mówią: „jakie to humanitarne, co zrobiłaś”. A ja nie adoptowałam Kingi z pobudek humanitarnych, tylko z powodu nadmiaru uczuć.

Już po zaadoptowaniu Kingi Marta dowiedziała się, że znany psychoterapeuta Bert Hellinger jest przeciwny adopcji. Poszła na tak zwane ustawienia, czyli terapię jego metodą. I co się okazało? Że dla Kingi adopcja nie jest problemem, tylko dobrodziejstwem. Wygląda na to, że jej biologiczni rodzice „wyrzucili ją z systemu”, więc żadna energia z tamtej strony już jej nie ciągnie.

Justyna: – Ktoś kiedyś pięknie powiedział, że nie zawsze dostajemy to, czego chcemy, ale zawsze to, co jest nam potrzebne. Moje dzieci są mi na pewno potrzebne. Dzięki nim stałam się silniejsza i bardziej zadowolona z życia, bo problemy, które sobie stwarzałam, teraz są malutkimi przeciwnościami losu. Najważniejsze jest szczęście i zdrowie moich dzieci. Za nie oddałabym życie. Nauczyły mnie optymizmu i radości. Cieszyć się z tego, co się ma, a w trudnościach szukać głębszego sensu. Ciocia z rodziny zastępczej, która wcześniej opiekowała się Krzysiem, powiedziała mi, że połączą nas nie tylko więzi, ale porządne marynarskie węzły. Miała rację.