fbpx

Ekstramocne bez filtra

fotochannels.com

Mowa nie o popularnej niegdyś używce, lecz o promieniach słonecznych. Stosowane bez umiaru mogą nam zaszkodzić – zwłaszcza że coraz częściej spędzamy urlop w ciepłych krajach, a filtrująca niebezpieczne promienie warstwa ozonowa robi się coraz cieńsza.

Bez słońca nie ma życia – w małych dawkach mobilizuje funkcje odpornościowe skóry, przyspiesza produkcję witaminy D niezbędnej dla zdrowia kości, poprawia nastrój i zapobiega depresjom. Jednak nasz organizm potrzebuje tak niewielkiej dawki promieniowania UV, że nie jest ona w stanie przyciemnić nam skóry. Opalenizna jest więc zawsze mniej lub bardziej nasiloną reakcją obronną na różne niekorzystne procesy zachodzące w skórze pod wpływem działania promieni UV. Wszystko to wiemy. Jednak od czasu, kiedy modę na romantyczną bladość zastąpiła moda na „zdrową” opaleniznę, zdążyliśmy się od słońca trochę uzależnić. Z badań przeprowadzonych w zeszłym roku przez firmę Bioderma w ramach kampanii edukacyjnej „Słoneczny patrol dla skóry” wynika, że opalanie jest naszym ulubionym sposobem spędzania wakacji – na plaży przebywamy wtedy średnio 4,5 godziny dziennie.

Nadal też całkiem duża część plażowiczów nie przejmuje się zbytnio ochroną skóry. Co piąta kobieta i co trzeci mężczyzna nie używa żadnych kosmetyków chroniących skórę przed słońcem, a połowa ze stosujących filtry wybiera faktory ochrony dużo niższe od zalecanego przez lekarzy SPF 30. Może dlatego zarówno dermatolodzy, jak i kosmetolodzy traktują jako jedno z największych wyzwań przekonanie Polaków do chronienia skóry odpowiednimi kremami. Nachylenia promienia Światło słoneczne składa się w 40 proc. z widzialnych promieni świetlnych, 59 proc. stanowią podczerwone promienie cieplne, a zaledwie 1 proc. – promienie ultrafioletowe (UV). Tylko te ostatnie wywołują na naszej skórze opaleniznę. Częściowo pochłaniane są przez warstwę ozonową. Nie przebija się przez nią promieniowanie UVC – i całe szczęście, bo byłoby dla nas zabójcze. Eliminowana jest też pewna ilość promieni typu UVA i UVB. Kolejną część promieni UV zatrzymują chmury. Jednak nawet niewielka ilość ultrafioletu, która dociera do Ziemi, potrafi wyrządzić nam szkody. Rozmiar tych szkód zależy od kilku czynników.

Promienie typu UVB najsilniej działają na terenach położonych blisko równika, między 30. stopniem szerokości geograficznej południowej a 30. stopniem szerokości geograficznej północnej. Najmocniejsze są latem, w słoneczne południe i wysoko w górach – intensywność promieniowania UVB rośnie o 15 proc. z każdym tysiącem metrów wysokości. Gdy słońce jest nisko nad horyzontem i jego promienie przebywają dłuższą drogę przez atmosferę, działanie UVB jest dużo słabsze. Dlatego najmniej zagrożeni poparzeniami skóry jesteśmy rano i wczesnym wieczorem. Natężenie promieniowania UVA nie zależy tak bardzo od położenia geograficznego, pory roku czy stopnia zachmurzenia – w ciągu całego roku jego działanie jest dość podobne. Warto też wziąć pod uwagę to, że promienie działają na nas silniej, kiedy odbijają się od śniegu, lodu, powierzchni wody, piasku lub betonu. Jak się przed nimi chronić? Dotychczas nie wymyślono na to lepszego sposobu niż kosmetyki z filtrami.

Na plażę i lato w mieście

Lekarze zajmujący się chorobami skóry zgodnie twierdzą, że kosmetyki z filtrem przeciwsłonecznym powinniśmy stosować codziennie i przez cały rok. Są tego pewni od czasu, gdy w latach 90. XX wieku liczne badania potwierdziły szkodliwe działanie na skórę promieni UVA. Do tamtej pory za najniebezpieczniejsze uchodziło promieniowanie UVB, odpowiedzialne za oparzenia skóry, słoneczne alergie i zmiany w strukturze DNA komórek prowadzące czasem do powstania nowotworów. Okazało się jednak, że również niskoenergetyczne (a więc niewywołujące poparzeń), ale wnikające głęboko w skórę promieniowanie UVA jest dla nas bardzo niekorzystne. Nie tylko uszkadza ścianki naczyń krwionośnych i niszczy białka podporowe skóry, powodując jej szybsze starzenie, lecz także może powodować poważne uszkodzenia DNA. W odróżnieniu od promieniowania UVB promieniowanie UVA przenika przez szyby i materiały, z których szyte są ubrania. Dermatolodzy szacują, że tylko za jedną piątą szkód słonecznych w skórze odpowiada jej opalanie. Reszty zniszczeń dokonują promienie UV atakujące naszą skórę podczas spacerów, pracy przy dziennym świetle czy jazdy samochodem. Dlatego warto kosmetyki z filtrami stosować nie tylko podczas wakacji, ale też chronić nimi skórę na co dzień. Tym bardziej że do dyspozycji mamy cały arsenał preparatów – kremy na dzień z wysokim filtrem UVB-UVA, podkłady z filtrem przeciwsłonecznym oraz wyspecjalizowane kremy ochronne na plażę dopasowane do konkretnych potrzeb skóry. Duża część dostępnych w drogeriach i aptekach preparatów to kosmetyki dobrej jakości z filtrami najnowszej generacji. I tylko od nas zależy, czy zrobimy z nich właściwy użytek – posmarujemy skórę co najmniej 20 minut przed wyjściem na słońce, nałożymy dużo kosmetyku (około 20 g na całe ciało) i będziemy dosmarowywać się mniej więcej co dwie godziny i po każdej kąpieli.

W zastępstwie słońca

Dermatolodzy od lat powtarzają, że najbezpieczniejsza opalenizna pochodzi z tubki. Kosmetolodzy co roku opracowują receptury nowych samoopalaczy. Nie wymyślono jednak substancji, która barwi skórę lepiej niż dihydroksyaceton (DHA). Działa najszybciej i najskuteczniej – ma jednak nieprzyjemny zapach, którego nie da się wyeliminować ani trwale zamaskować. Ułatwiono nam za to stosowanie przy ciemniających skórę preparatów. Samoopalacze w mgiełce pokrywają skórę równą, jednolitą warstwą, a ponieważ ich aplikatory działają pod dowolnym kątem, możemy nałożyć preparat nawet w trudno dostępnych miejscach na skórze.
Z myślą o osobach nieposiadających wielkiego doświadczeniaw stosowaniu samoopalaczy opracowano też kosmetyki, które są połączeniem kremu nawilżającego i samoopalacza.

Dbają one o właściwy poziom wilgoci w naskórku, a uzyskana z ich pomocą „opalenizna” jest delikatniejsza i pojawia się stopniowo. Oczywiście sztuczna opalenizna nie jest tak równa i trwała jak ta uzyskana na plaży. To jednak na razie jedyny sposób na to, by zjeść ciasteczko i mieć ciasteczko, czyli nadać skórze złocisty odcień bez narażania jej na niszczące działanie promieni słonecznych.