fbpx

Jak się nie dać złapać w Barcelonie

Po obejrzeniu filmu „Vicky Cristina Barcelona” marzyłem, by jak najszybciej znaleźć się w tym magicznym mieście. Udało się, wylądowałem tam na wakacje. Szanse na szaloną przygodę ze ślicznymi amerykańskimi turystkami sprowadzali do zera towarzyszący mi nieletni synowie. Zatem rozkoszowaliśmy się miastem.

Po smacznej kolacji, zwabieni dźwiękami klasycznej gitary, trafiliśmy na rynek nieopodal Rambli. Usiadłem na betonowym słupku, przy nodze położyłem torbę i, jednym okiem obserwując walczących ze sobą synów, słuchałem muzyki. Z boku zaczęło się kłócić dwóch tubylców, odruchowo spojrzałem w ich stronę. Ktoś odpalił sztuczne ognie, jeszcze bardziej odwróciłem głowę. Zanim wróciłem do poprzedniej pozycji, wiedziałem już, co się wydarzyło. Ja, stary wyjadacz broniący dziesiątek hochsztaplerów, dałem się złapać na najstarszy numer świata. Oczywiście torby już nie było tam, gdzie ją postawiłem. Najprostsza metoda – ktoś odwraca uwagę turysty, gdy w tym czasie złodziej, najczęściej asekurowany przez jeszcze jedną osobę mającą utrudnić ewentualny pościg, kradnie bagaż.

Nie miałem nawet pretensji. To ja zachowałem się jak ostatnia gapa. Pozostawało mi tylko śmiać się z tego incydentu. Było to o tyle łatwe, że w torbie poza chabrową czapką, z którą objechałem pół świata, i prehistorycznymi przeciwsłonecznymi okularami był tylko notes. Mogłem zatem wyobrazić sobie miny rabusiów, gdy po brawurowo wykonanej akcji otrzymają do podziału wypłowiałą od słońca czapkę i czarny notatnik z nieczytelnymi zapiskami w nieznanym im języku. To były dzienniki kilku podróży i notatki do felietonów na najbliższe miesiące. Gdy opowiadałem o tym incydencie przyjaciołom, okazało się, że wielu przeżyło w tym mieście przygody podobne do mojej. Zatem skoro w Barcelonie obrabowano mnie z literackich pomysłów, postanowiłem w felietonie opowiedzieć zasłyszane historie o tamtejszych oszustach.
 
Para elegancko ubranych turystów szła nieco oddaloną od gwarnego centrum ulicą. Nagle z nieba na ich ubrania spadła papka konsystencją przypominająca ptasią kupę. Zażenowani sytuacją zastanawiali się, co zrobić, gdy w bramie kamienicy, przed którą stali, pojawiła się przemiła starsza pani. Natychmiast pośpieszyła z pomocą. Tak się szczęśliwie złożyło, że akurat na podwórku kamienicy robiła pranie, miała tam wodę, mydło i szmaty. Zaproponowała pechowcom, że doprowadzi ich garderobę do porządku. Turyści z radością przyjęli pomoc ujmująco uprzejmej gospodyni, która sprawnie oczyściła ich ubranie. Po kilku minutach mogli kontynuować swój spacer. W restauracji, gdzie zapragnęli zjeść lunch, zorientowali się, że zniknęły ich portfele. Gdy wrócili na podwórko, nie było tam już śladu po uroczej starszej pani, która „wyczyściła” im garderobę.

Inny turysta dotarł do wymarzonego miasta samochodem. Szukał hotelu. Nagle pech – gdy ruszył po zmianie świateł, okazało się, że złapał gumę. Musiał zjechać na pobocze, by zmienić koło. Operację utrudniał wypełniony walizami bagażnik. By się dostać do zapasowego koła, wyjął bagaż. Ustawił swój dobytek na chodniku, wyciągnął zapas i przystąpił do pracy. Przy jego samochodzie pojawiła się grupa młodych ludzi, którzy złapali walizy i rzucili się do ucieczki. Pościg był bezcelowy. Dopiero obejrzawszy dokładnie oponę, kierowca dostrzegł, że dziura w niej wygląda, jakby powstała w wyniku pchnięcia nożem. Przypomniał sobie motocyklistę, który, gdy czekali na zmianę świateł, pochylił się przy jego samochodzie. Wtedy uświadomił sobie, że uszkodzenie opony wcale nie było przypadkowe.

Mimo możliwości podobnych przygód miasto jest fantastyczne. Szczególnie powinno się tam podobać zwolennikom Franciszka z Asyżu, którzy tak samo jak on chcą się wyzbyć majątku.