fbpx

Karaluch na Teneryfie

Po błyskotliwym spojrzeniu, szybkości ruchów, lśniącym brązie pancerza, w końcu po sumiastym wąsie od razu poznałem, że to karaluch, tylko jego wielkość była nadnaturalna. Widziałem obfite karaluchy w Nowym Jorku, ale ten był znacznie większy, jak dorodna mysz, tylko z wąsami zamiast ogona. Na tle śnieżnobiałej łazienki zdawał się przybyszem z piekła, mówił: Wszystko wszędzie zawsze jest możliwe. – Zabij go – powiedziała stanowczo moja dobra i łagodna żona.

A ja od kilku lat nie potrafię świadomie zabić prawie niczego, co żyje, tak mi się porobiło. Jakoś samoistnie się porobiło, przecież nie stoi za tym żadna ideologia ani religia, jestem na nie odporny. A może mając coraz mniej życia przed sobą, cenię każde istnienie? Zaczynam nawet rozumieć dżinistów, widziałem ich w Indiach, chodzą ostrożnie po świecie jak po polu minowym i wiotkimi miotełkami uprzątają owady ze swej drogi.

Nie przypadkiem coraz trudniej mi jeść mięso. Tu przełom nastąpił chyba nagle; byłem zaproszony na ucztę kurzą, tłum ludzki pożerał z nieludzkim apetytem setki zamordowanych kur. Wkrótce zwłoki zostały wchłonięte, widać było tylko kości skrzydełek, piersi, udek, te ostatnie, gdy jeszcze z mięsem, takie były podobne do zgrabnych kobiecych ud… Nad polem bitwy unosiło się milczenie sytych i te ich miny – morderców. Byłem wśród nich.

Musimy jednak wrócić do karalucha, który łazi po śnieżnobiałej łazience jak po swoim. Odmawiam stanowczo pozbawienia go życia, na co moja żona mówi: „Ja to mam mężczyznę”. Nie czuję się upokorzony tą kpiną. I pomyśleć: od tysiącleci kobiety tak prowokowały swoich samców, zwykle skutecznie, aż strach pomyśleć, ile było ofiar takich jątrzących słów.

Żona w końcu zamknęła się w łazience, a ja ze zgrozą nadsłuchiwałem dochodzących stamtąd odgłosów. Zaszyłem się w sobie, udając, że piszę na komputerze, nie mogłem jednak złożyć ani jednego słowa. Słychać było szelesty, rumor pogoni, aż w końcu zapadła cisza. Potem rozległ się plusk spuszczanej wody w toalecie, jak wiadomo, takie właśnie pogrzeby najczęściej mają karaluchy – czyli dokonało się. W końcu wyszła, spojrzałem z niepokojem, nic niezmieniona, ładna i łagodna jak zawsze. – To już po nim – rzekła z półuśmiechem.

Karaluchy na Teneryfie są pewnie przybyszami, przyjechały tu z okrutnymi Hiszpanami pod pokładami ich statków. Mają się dzisiaj dobrze, podczas gdy pierwotni mieszkańcy zostali wymordowani i mało o nich wiemy. A co wiemy o swoich bliskich? O najbliższych chyba najmniej. Jak na obrazie, gdy stoimy za blisko, zamazują się krajobrazy i twarze, widzimy tylko fragmenty faktury.

Prawda ma różne odcienie, często jest to spojrzenie dziecka. Czteroletnia dziewczynka, patrząc na nagość mojego synka, wykrzykuje poruszona: – Przecież to wygląda jak trąba słonia. – Ależ oczywiście, że tak! Ciekawe, że dopiero w roku 2009 mogę upublicznić tak oczywiste, a zarazem niezwykłe odkrycie.

Z moją pierwszą żoną byłem ponad 20 lat i teraz wiem, że zupełnie jej nie znałem. Nie pomogły mi lektury psychologicznych książek ani życiowe doświadczenia, które odkładają się jak warstwy geologiczne. Z obecną żoną jestem już od lat, nie do wiary, dwunastu, ujęła mnie jej dobroć i łagodność, ujmowała przez wiele lat i już byłem pewien, że to jedyna prawda na jej temat… Ale od kiedy dokonała cudu narodzin dziecka, co chwila czymś mnie zaskakuje.

I już nawet nie wykluczam, że przyjdzie dzień, gdy spotka mnie podobny los jak owada. Sytuacja jak z opowiadania Franza Kafki: ona wyjdzie z łazienki i ze swoim łagodnym półuśmiechem powie naszemu już podrośniętemu synkowi: – To już po tacie.