fbpx

Lampa naftowa

W zasadzie potem jest porządek. Coś wraca na swoje miejsce, coś pachnie świeżością, a coś innego zostaje wyrzucone. Przypominam sobie grudniowy, zeszłoroczny felieton. Wygrzebywałam wówczas z pamięci szpitalne koty, które udając czarne pantery, wymruczały przychylną – wbrew oczywistościom – historię.

Całkiem niedawno kupiłam sobie lampę naftową. Zapalam ją wieczorami, które podczas zimowych miesięcy rozpychają się w czasie tak, jakby czuły, że nie zdążą podejrzeć, co dzieje się w ludzkich gniazdach: kto kocha, kto ucieka, kto czeka z gorącą herbatą, a kto już nigdy więcej czekać nie chce. Poza tym ta lampa sprzyja koncentracji.

Tak jak dzisiaj. Jednak kłębek myśli nie ułożył się tak sprawnie jak na ogół. Jedna z nitek skojarzeń zaprowadziła mnie do albumu, który – obok innych – leży na półce. Spojrzał na mnie Paul Delvaux i jego lampy naftowe!
 
Rzeczywiście, kilka dni temu oglądałam przed snem tę książkę i jak zawsze po swojemu i bez jakiejkolwiek merytorycznej mapy błąkałam się po reprodukcjach i tłumaczyłam sobie obrazy. Bardzo to lubię. Jednak wróćmy do samego artysty. Czytałam kiedyś, że był to mężczyzna wyjątkowo rozpieszczany przez matkę, która obsesyjnie nie chciała pozwolić, aby kiedykolwiek uległ kobiecym czarom. Nie pamiętam, gdzie o tym przeczytałam, i nie mam pojęcia, czy to autentyczny element biografii artysty. Ale gdyby tak było, to bez wątpienia udało mu się odrzucić purytańskie ograniczenia i wyczarować na płótnie wiele kobiet: pięknych, czasem rozmarzonych, innym razem zimnych. Kobiet bez mężczyzn. Myśląc o Delvaux, zaczęłam zastanawiać się, czy przypadkiem kupienie lampy nie było skutkiem zatopienia się w kilku jego obrazach (choćby „Orszaku” czy „Świątyni”). A potem, kiedy przez telefon podzieliłam się tym błahym przecież spostrzeżeniem ze znajomym, usłyszałam pytanie: czy to nie tak, że szukam takich obrazów, zdjęć i tekstów, które wywołają we mnie wzruszenie nad samą sobą? Czy takie seanse nie są tylko usprawiedliwianiem samotności? Gorzej! Jej zwielokrotnieniem. O Losie! Nie chciałam kupić lampy po to, aby uszczelnić ramy swojego pozornie bezpiecznego świata.

A może znajomy ma rację? Nie ma co ukrywać, popełniamy w życiu błędy, pozwalamy zaklejać sobie usta, zabijać pasje, posłusznie ulegamy paskudnej tresurze. Tak – w moim przekonaniu – bywa np. z przemocą domową. Dostałam niedawno cudny list od Czytelniczki, w którym pisała, że „przemoc jest jak filmy Almodóvara – wszystko dzieje się niepostrzeżenie. Wszystko dzieje się szeptem. Ogłuszający jest tylko krzyk własnej duszy rozbrzmiewający pytaniem: Co tu się dzieje? Jak to możliwe?”. No właśnie: niepostrzeżenie. Lampę także mogłam kupić niepostrzeżenie, aby – wbrew temu, o czym marzę – uszczelnić świat.

No i znowu piszę o czymś, co mogłoby mnie wepchnąć pod kołdrę i uśpić na kilka miesięcy. Ale nie tym razem. Nie pozwolę. Bo przecież: Delvaux malował też inne obrazy, ja mogę rozwijać skrzydła, nie zasłaniając się przed światem, a w domu jest tyle szpar, że chcąc je skutecznie uszczelnić, musiałabym go wybudować od nowa.

Zostaje jeszcze bliskość świąt. Kolorowej i rozświetlonej radości dla Biski. I czas kartek świątecznych, o których w tym roku nie zapomnę. Nie żadne SMS-y, niby-listy na monitorze, ale prawdziwe, z literami spod dłoni, w kopercie albo bez. Choć kilka, choć dla Tych Wyjątkowych w moich historiach. I będę czekać na bożonarodzeniowe cuda od listonosza. Przygotujemy dla nich miejsca: świeże i pachnące.