fbpx

Miła starsza pani to nie ja

Dzisiaj mało kto pisze tak jak Krystyna Siesicka. Obrazowo i sugestywnie, ale jakby szeptem. Mimo to jej książki nadal cieszą się popularnością. „Zapałka na zakręcie”, „Zapach rumianku”, „Beethoven i dżinsy”. Ostatnio ukazało się jej opowiadanie „Powiem Julce”.

Mieszkanie na parterze kamienicy blisko Rynku Starego Miasta w Warszawie. Stare meble, bibeloty, książki i radio na honorowym miejscu. Krystyna Siesicka śmieje się: – Telewizji mogę nie oglądać, ale od radia jestem uzależniona.

Ze wstępu do strony internetowej pisarki: „Pisano o mnie źle i dobrze. Niektórym bardzo przeszkadzało, że ja sama wolę o ludziach pisać dobrze niż źle i że wybieram ze świata to, co mi się w nim podoba, a to, co mi się w nim nie podoba – zostawiam innym”.

Anna Boczar, autorka pracy magisterskiej na temat twórczości Krystyny Siesickiej, obliczyła, że w latach 1966- -2000 wydano 3 293 000 egzemplarzy jej książek. A przecież nadal są wznawiane stare i ukazują się nowe. Ostatnia, „Powiem Julce”, to mała książeczka o wielkich uczuciach – o pierwszej miłości, o przyjaźni i kobiecej solidarności. Ale także wstrząsająca opowieść o wojnie, choć ta toczy się daleko od majątku, w którym znalazła schronienie bohaterka. I wreszcie to rzecz o pamięci.

– Porwałam się na temat, który może wydawać się nie mój, bo dotyczy wojny – mówi Krystyna Siesicka. – Ale tę historię nosiłam w sobie od dawna. Zależało mi na tym, żeby opowiedzieć ją oszczędnie i delikatnie, bo jest o rzeczach niełatwych. Dużo w niej elementów opartych na moich przeżyciach, bo w majątku ziemskim podobnym do tego, który opisuję, znalazłam się
20 września 1944 r.

ŻYCIE WE DWORZE

Powstanie Warszawskie, Powiśle. Krystyna Siesicka, lat 16, harcerka, pomaga transportować na noszach rannych do szpitala przy ulicy Rozbrat. Nad głowami rozrywają się pociski. Jeden z nich trafia w łuk nad bramą, obok której przechodzi. Odłamek rani jej rękę. Później Krystyna dostaje się do obozu w Pruszkowie, w którym jest przez cztery dni. Tam ładują wszystkich do pociągu i wiozą do Oświęcimia.

Ale transport nie dojeżdża do celu, ludzie zostają wyrzuceni na łąkach niedaleko Częstochowy. Powód? Tego dnia Oświęcim nie przyjmuje. Krystyna z unieruchomioną ręką, z gorączką, leży na łące, a wokół niej tłum ludzi. Dziedzic z pobliskiego majątku, Jarosław Tymowski, zabiera z tej łąki
17 przypadkowych osób, bo tyle może pomieścić salon w jego dworze. Pół roku dramatycznego czekania wypełnionego łuskaniem fasoli, darciem pierza, obieraniem cebuli. Życie w strachu, ale też młodzieńcze miłości i przyjaźnie. W „Powiem Julce” te przeżycia autorki splotą się z jej wyobraźnią.
W lutym 1945 r. Krystyna wraca do Warszawy, do spalonego mieszkania przy Rozbrat. Już w marcu rusza liceum Batorego przy Myśliwieckiej, gdzie można kończyć naukę rozpoczętą na tajnych kompletach. W półtora roku robi dwie klasy, maturę zdaje w 1947. Potem zaczyna studia dziennikarskie.

EKSPERT OD WYCHOWANIA

Ze wstępu do strony internetowej: „Mój Tata był lotnikiem, a Mama tylko Mamą, a raczej aż Mamą. Mój starszy Brat był lekarzem, a ja długo małą dziewczynką, która marzyła o tym, że gdy dorośnie, będzie pić mocną herbatę i pisać książki. I to się spełniło”.

Iwona Pakuła, socjolożka, kiedyś wielbicielka pisarki, a teraz wydawczyni jej książek: – Byłam nawiedzoną czytelniczką Krystyny Siesickiej. Do tego stopnia, że chodziłam do biblioteki rejonowej o świcie, bo tylko wtedy byłam pewna, że dostanę książkę.

Kiedy założyła wydawnictwo Akapit Press, pierwsza myśl, która jej przyszła do głowy, to wydawanie książek ukochanej autorki.

– Krystyna jest nie tylko matką chrzestną mojego wydawnictwa, ale także przewodniczką po literaturze, sztuce. Zaszczepiła mi zainteresowanie impresjonistami, podsunęła wiele pomysłów, między innymi na książkę o Hance Bielickiej. Jest dla mnie busolą, która pozwala się nie zgubić. To rzadka relacja wydawcy i pisarza. Jest niesłychanie nowoczesną osobą. Jako jedna z pierwszych pisarek posługiwała się komputerem.

Co ukształtowało ją jako pisarkę?

– Pewnie się pani zdziwi, gdy powiem, że ukształtowały mnie moje dzieci – odpowiada Krystyna Siesicka. – Zaczęłam pisać, dopiero gdy urodził się pierwszy syn – Jarosław.
Miała wtedy 20 lat. Rodzina szybko się powiększała – rok po Jarku (dzisiaj ma 59 lat) przyszedł na świat Wojtek, pięć lat później Agnieszka, w następnym roku Jerzy, zwany Mukim, a cztery lata po nim Magda.

– Razem z dziećmi przybywało mi problemów i radości. Aż się prosiło, żeby je spisywać. I tak zaczęły powstawać felietony do „Kobiety i Życia”, które mnie samą trochę śmieszyły (wyszły w książce „Parada fiołków”). Przy piątce dzieci nie mogłam pójść do stałej pracy, więc uznałam, że to jedyne zajęcie, które daje się pogodzić z wychowaniem.

Małe formy przyniosły jej wielką popularność. Na Siesicką się czekało, o jej felietonach dyskutowało. Czytelniczki pisały do niej listy, traktowały jak eksperta od wychowania.

Potem przyszła propozycja współpracy z powstającą wówczas „Filipinką” i słynne felietony „Joanna i inni” (ukazały się w zbiorze „Przez dziurkę od klucza”).

– Przez kontakt z „Filipinką” zmienił się mój adresat, zaczęłam pisać dla dziewcząt. W tym czasie dzieci stały się już na tyle duże, że pisanie o nich byłoby niedyskrecją. Nie były więc bohaterami moich książek. To był dla mnie twórczy czas, pisałam dużo, ale przede wszystkim czułam się mamą.

 

ZAPACH RUMIANKU

Lata 70., dwa pokoje z kuchnią, dużym holem i antresolą u zbiegu Alej Jerozolimskich i Emilii Plater. Pośrodku holu duży stół z wiszącą nad nim wiecznie zapaloną lampą, która tworzy pomarańczowy krąg.

Magda Siesicka (redaktorka stron internetowych): – Zupy zawsze musiało starczyć dla koleżanki czy kolegi, a jeśli nie starczało, to się dolewało wody. Nasz dom był otwarty, pełen ludzi. Mama zawsze była obecna. Wieczorami, kiedy kładliśmy się spać, ona siadała do pisania.

Wojciech Siesicki (analityk medialny): – Do dziś słyszę stukot maszyny do pisania. To była dla mnie swego rodzaju muzyka.

Jarek Siesicki (handlowiec w komisie samochodowym): – Na mamę zawsze mogliśmy liczyć, zawsze miała dla nas czas. I tak jest do dzisiaj.
Siadała w kuchni na pokrzywionym fotelu, przy niedużym stoliku. Nad stolikiem wisiała mata, po której przemykały myszy.

Krystyna Siesicka: – Zrobiłam rzecz straszną: „zahodowałam” w domu myszy. W piekarniku trzymałam suchy chleb i one w nim bobrowały, wyjadając same środki, skórki zostawiały. Rozpanoszyły się, zwłaszcza dwie moje ukochane myszki, które nazwałam Pixi i Dixi. Nawet nasz pies je zaakceptował. Siadały na brzegu psiej miski, jadły jego jedzenie, a on czekał, aż skończą. Naprawdę! Tata moich dzieci zbuntował się kiedyś i wysypał zatrute ziarno, ale kiedy wyszedł do pracy, myśmy odkurzaczem tę trutkę sprzątnęli. Jednak w pewnym momencie powstał problem, bo myszy zamieszkały w szafie. I wtedy ktoś mi powiedział, że jest sposób na to, żeby wyniosły się same  – trzeba wysypać przy listwach podłogowych suszony rumianek. Podziałało. A ja napisałam książkę „Zapach rumianku”. Taki mieliśmy dom. Normalny. Może nie do końca normalny, ale dzieci go lubiły. Ja też. Bardzo.

Czy dzieci Krystyny Siesickiej wykorzystywały sławę mamy? Zgodnie przyznają, że nigdy.

Magda Siesicka: – W koleżeńskich układach nie był to w ogóle temat do rozmów. Owszem, zdarzało się, że nowo poznane koleżanki pytały o mamę, ale to była jedna rozmowa i cześć. Uciekałam od tego tematu. Uważałam, że to nie moja zasługa mieć mamę pisarkę.

Jerzy Siesicki (właściciel firmy z branży gastronomicznej): – Dla mnie była najnormalniejszą mamą na świecie. Czasem mawiano: „To syn tej Siesickiej”, albo: „Robisz takie błędy, a nie powinieneś, bo masz mamę pisarkę”. Ale nie byłem z tego powodu ani gnębiony, ani hołubiony.

Krystyna Siesicka: – Oni byli dość taktowni, to znaczy nie obnosili się z tym, że ja piszę, ale również tego nie ukrywali.

Jerzy Siesicki: – Mama była dla nas przede wszystkim mamą. Nie odczuwałem, że pisanie mi ją zabiera. Była zawsze, gdy tego potrzebowaliśmy.

Agnieszka Siejca (redaktorka w wydawnictwie medycznym): – Mama nie nauczyła mnie szyć ani szydełkować, nie umiem mówić po francusku ani grać na pianinie, ani nawet dobrze jeździć na rowerze. Ale to mama wpoiła mi, że „naprawdę pisze się na pewno razem”, że nie można przy jedzeniu trzymać łokci na stole i że ów stół i wspólny przy nim obiad są czymś niezwykle ważnym. I nauczyła mnie ten obiad ugotować! I pokazała, że można wygrać z biologicznym zegarem dobowym, bo doba musi mieć czasami więcej niż 24 godziny. A przede wszystkim nauczyła mnie kochać i cieszyć się tym, że mamy siebie, że mamy kogo kochać.

ŁAZIENKOWE ROZMOWY

Dzieci pamiętają dom ze szczegółami. Choinkę wieszaną pod sufitem, do góry nogami, tak że czubek był na dole. (Ten zwyczaj przeniosła do swojego domu Agnieszka). Zapach pastowanej podłogi, firanki wieszane od strony pokoju, a zasłony – od strony okna. (Tak jest dzisiaj w mieszkaniu Magdy). Czas tylko dla dzieci. (O czym stara się pamiętać Jerzy). Smak zupy grzybowej (Jarek co roku dzwoni przed Wigilią po przepis do mamy) i karpia w galarecie (którego nie może zabraknąć na wigilijnym stole w rodzinie Wojtka).

Krystyna Siesicka: – Miałam ambicje bycia dobrą mamą, która potrafi dać siebie każdemu ze swoich dzieci. Czasu było niedużo, ale starałam się mieć choć parę minut dla każdego dziecka oddzielnie. Jeżeli któreś z nich miało jakiś problem, mówiłam: Idziemy do łazienki. To było jedyne miejsce, gdzie nikt nie siedział nikomu na głowie.

Żadne z dzieci nie poszło w jej ślady. Może pójdzie wnuczek Jaś (lat 11), który wygrał konkurs literacki na opowiadanie o kocie? Ma trzynaścioro wnuków i siedmioro prawnuków. Bez przerwy są czyjeś imieniny albo urodziny. Nie musi specjalnie umawiać się na spotkania rodzinne, bo one wynikają z kalendarza.

– Byłam i myślę, że nadal jestem zwyczajną mamą. Może tym się różnię od innych mam, a przede wszystkim od babć, choć mówię o tym z zakłopotaniem, że nikomu nie dałam sobie wejść na głowę. Staram się być dobrą teściową, nie wtrącam się, więc może dlatego właśnie to naprawdę mi się udaje!

Ze wstępu na stronie internetowej: „Niewiele mogę powiedzieć o sobie, ponieważ nie lubię mówić o sobie i nie jest prawdą, że wszystkie starsze panie z moich książek to ja. Nie jestem żadną z nich. Mam dość trudny charakter, jestem uparta i potrafię się wściekać, czego nie potrafi robić żadna ze starszych pań z moich opowieści. Chciałabym bardzo być miłą starszą damą z którejś książki, ale gdzie tam! Nie jestem”.

W mieszkaniu niedaleko Rynku Starego Miasta mieszka sama. Tak zdecydowała. Towarzyszy jej kotka Misia.

Jerzy: – Ciężko z niej wydobyć, że coś jej dolega. Kiedy ostatnio miała kłopoty ze zdrowiem i chcieliśmy otoczyć ją większą opieką, odnosiłem wrażenie, że tylko czeka, kiedy damy jej spokój.
Wreszcie ma dużo czasu. Ale nie wszystko, co odkładała, da się teraz zrealizować. Nie może podróżować i czytać tyle, ile by chciała. Ale może pisać, co sprawia jej wielką przyjemność.

– Bardzo niedawno zastanawiałam się nad tym, za czym tęsknię, myśląc o swoim życiu. Otóż tęsknię za dzieciństwem moich dzieci, za ich zmartwieniami, kłopotami, za ich problemami, bo wtedy mogłam jakoś w nich uczestniczyć, mogłam im zaradzić. Teraz, gdy są dorośli, czuję się bezradna. Jeżeli mają problemy, nie mogę im pomóc, tak jak pomagałam kiedyś. I właśnie tego mi brak. Uczestniczenie w radościach jest wspaniałe, ale to prawda, że dopiero pomoc w kłopotach nadaje relacjom głębszy sens.    


KRYSTYNA SIESICKA pisarka i dziennikarka, autorka wielu powieści dla młodzieży, m.in.: „Zapałka na zakręcie” (debiut), „Jezioro osobliwości”, „Beethoven i dżinsy”, „Być babim latem”, „Czas Abrahama”, „Fotoplastykon”, „Dziewczyna Mistrza Gry”. Zaczynała od felietonów w „Kobiecie i Życiu” i „Filipince”. W 2000 roku została odznaczona medalem IBBY (Międzynarodowej Izby ds. Książek dla Młodych) za całokształt twórczości. W 2008 – Złotym Medalem Gloria Artis. W październiku ukazała się jej nowa książka „Powiem Julce”.