fbpx

Moja mamusia krowa

Taksówka wiozła mnie nocą z lotniska w Bangalore do domu w Mysore. Moje powieki stawały się coraz cięższe, zasypiałam bezwiednie. Z tego pierwszego zetknięcia z Indiami pamiętam jedynie niesamowity, silny zapach jaśminu i krowę, która spała na chodniku w świetle latarni. I to uczucie, którego wcześniej nie doznałam w obcym kraju: czułam się totalnie bezpieczna.

Kiedy ponownie zamknęłam oczy, przypomniałam sobie „Requiem”, film Witolda Leszczyńskiego. Jego bohater Bartek, dwunastoletni chłopiec z polskiej wsi, kochał przyrodę. Zastanawiał się nad duszą zwierząt i roślin. Miał za przyjaciela nie psa, lecz jałówkę. Pewnego dnia została zabita przez ojca Bartka, by stać się obiadem. Pod koniec filmu dowiadujemy się, że chłopiec wyjeżdża do Indii. To kraj, w którym zwierząt się nie zabija.

Idę ulicami Mysore i podziwiam, jak wolne są tu krowy. Zawsze zastanawia mnie, dokąd idą, czy się nie zgubiły, czy są głodne? Mój nauczyciel filozofii mówi, że mają imiona i domy. Co rano wypuszczają się w miasto, chodzą niczym nieskrępowane, jedzą cokolwiek znajdą, a potem na noc wracają do domu na tak zwane Bed & Breakfast. Ludzie tutaj wierzą, że w krowie obecni są wszyscy bogowie.

Tak jak filmowy Bartek zastanawiam się dziś, dlaczego w Polsce zwierzęta nie mają dusz, a w Indiach duszę ma nawet trawa. Czy my jako ludzie także mamy duszy w Polsce mniej? Czy może mamy mniejsze serca?

Pochodzę z kraju, który jest jednym z największych eksporterów cielęciny i wołowiny w Europie, powinnam być więc oswojona z obecnością krów. Jednak czuję lęk, kiedy mam się do nich zbliżyć. Nie wiem, co lubią, a czego nie, jak mam się zachować w kontakcie z nimi. A przede wszystkim mam wyrzuty sumienia na myśl o tym, jak traktujemy te i inne stworzenia.

Nie mamy kontaktu ze zwierzętami od najmłodszych lat. Dzieci nie wiedzą, że kotlet to ciało zwierzęcia, rodzice nie zabierają ich na wieś. A w szkole? Pamiętam, jak na zajęciach ze środowiska pani mówiła: „Krowa daje mleko i daje mięso”. Jak ktoś może nam dać swoje mięso?  

Moja ciocia Sabina miała kiedyś swoją krowę. Babcia opowiadała nam, że kiedy ciocia sprzedawała ją do rzeźni, obie – krowa i ciocia Sabina – płakały. W filmie „Requiem” krowa też miała łzy w oczach, jakby przeczuwała swoją śmierć. W Indiach te zwierzęta mają oczy jeszcze bardziej rozczulające: wielkie, piękne, a spojrzenie rozumne, ufne i dobre. I patrzą spod długich rzęs jakoś tak, jakby wybaczały. Są przyjazne, nikomu nie szkodzą.

Sprzedawca jedwabiu powiedział mi, że krowy są jak nasze mamy. W hinduizmie człowiek ma siedem matek. Jedną z nich jest krowa, dawczyni mleka, a więc karmicielka. Miło jest mieć świadomość, że kiedy idziesz nieznaną ci ulicą w Indiach, przechodząc obok krowy, przechodzisz koło swojej mamy. Ja czasem myślę, że jestem tym Byczkiem Fernando z bajki.
 
Chyba każdy wegetarianin to Fernando. „Fernando lubił spokój. Lubił wąchać kwiatki, stokrotki i bławatki. W ciche wieczory letnie chadzał pod drzewo stuletnie i w jego cieniu siadywał i wąchał polne kwiatki: stokrotki i bławatki.   Jego Mamusia, krowa, patrzyła na to ze smutkiem. – Fernandziu – mówiła – zobacz, ty stajesz się odludkiem. Ryczała bardzo żałośnie: – Pomyśl, co z ciebie wyrośnie? (…) Fernando na to: – Mamo, na co mi bójki i wojny? Ja jestem byczek spokojny”.