fbpx

Najlepsze są proste rozwiązania

Najlepsze są proste rozwiązania
fotochannels.com

Dzieci mające trudności z rzucaniem piłki, ubieraniem się albo trzymaniem nożyczek nazywano kiedyś niezdarami. Dziś można sprawdzić, czy nie cierpią przypadkiem na dyspraksję – mówi prof. Amanda Kirby, lekarz pediatra.

Co to jest dyspraksja?
– Przyjęła się nazwa rozwojowe zaburzenie koordynacji (DCD – ang. developmental coordination disorder). Używa się jej na określenie problemów motorycznych u dzieci, o których kiedyś mówiono „niezdarne”. Dyspraksja pojawia się w dzieciństwie. Trzeba pamiętać – po pierwsze – że zaburzenie to nie wynika z dystrofii mięśniowej i dziecięcego porażenia mózgowego. I po drugie – że ma wpływ na różne aspekty życia: w szkole, grupie rówieśniczej, w domu.
 
Na przykład?
– Wstała pani dzisiaj z łóżka, umyła zęby, ubrała się. I wszystko to zrobiła pani w sposób automatyczny. A dyspraktyk ma z tym problem, ponieważ zaburzenie to polega na trudnościach w koordynacji ruchowej, w planowaniu i wykonywaniu prostych czynności. Dotyka sześciu procent dzieci, częściej chłopców. Często, niestety, zostaje błędnie zdiagnozowane. Takie dziecko porusza się w niezdarny sposób, łatwo więc je zaszufladkować jako upośledzone umysłowo, czym wyrządza się mu wielką krzywdę. Jego trudności nie wiążą się bowiem z obniżoną inteligencją, bywa ona nawet wyższa niż przeciętna.

Jakie są pierwsze symptomy dyspraksji?
– Dziecko później zaczyna chodzić, jako trzylatek ciągle się wywraca, ma problem z utrzymaniem równowagi, niechlujnie je. Jako pięciolatek nie potrafi skoczyć z niewielkiej wysokości, nie jest w stanie złapać piłeczki tenisowej, iść wzdłuż linii, narysować ludzika prostymi kreskami, kiedy je, brudzi siebie i otoczenie, potrzebuje pomocy przy ubieraniu się, ma problemy z używaniem sztućców.

Dyspraksja, tak jak większość zaburzeń, w okresie szkolnym jeszcze się pogłębia?
– Tak. Dziecko z dyspraksją nie radzi sobie z pisaniem, kolorowaniem, trzymaniem nożyczek, chwytaniem, kopaniem czy rzucaniem piłki, pakowaniem tornistra, wykonywaniem poleceń nauczyciela i oczywiście ma problemy z samoobsługą. Jego ręka i ciało robią co innego, niżby ono sobie życzyło. Nawet gdyby chciało dołączyć do kolegów, widzi, że nie da rady. To bardzo frustrujące. Unika więc zbiorowych gier i zabaw, zamyka się w sobie i wycofuje z życia społecznego. Jego poczucie wartości spada, bo nawet w porównaniu z młodszym rodzeństwem wypada gorzej. Mój najstarszy syn jest dyspraktykiem. Ponieważ młodsza siostra zawsze wszystko robiła szybciej i wciąż wyrywała się z pomocą, syn mawiał, że ma dwie mamy. A to też nie było dla niego budujące.

Czy z dyspraksji się wyrasta?
– Nie. Co więcej – jeżeli takich dzieci się nie wspiera, jeszcze bardziej izolują się od świata, a ich problemy z radzeniem sobie w życiu i samooceną się pogłębiają. Intelektualnie mogą być na wyższym poziomie niż rówieśnicy, ale emocjonalnie są daleko w tyle. Mój syn, student uniwersytetu, teraz świetnie sobie radzi, ale na opanowanie wielu umiejętności musiał przeznaczyć więcej czasu niż jego młodsza siostra. Prowadzić samochód nauczył się w rok, a jej zajęło to trzy miesiące.
 
Jak wspierać takie dzieci?
– Bardzo ważne, aby patrzeć na dziecko nie tylko przez pryzmat trudności, ale też jego mocnych stron, których ma przecież wiele. Do każdego trzeba podejść indywidualnie. Taki przykład – w pierwszych klasach szkoły podstawowej dzieci uczą się, wykorzystując wszystkie zmysły: wzroku, słuchu, dotyku, smaku, natomiast potem głównie się słucha. A kiedy uczenie się przez słuchanie nie jest najmocniejszą stroną dziecka, jest ono na gorszej pozycji. Nasza pomoc powinna polegać między innymi na umożliwieniu mu uczenia się przez inne zmysły.

Czy ćwiczenia sprawdzone w terapii innych zaburzeń, np. integracji sensorycznej (SI), okazują się tu przydatne?
– Nie ma naukowych dowodów na to, że tak zwana terapia zajęciowa jest skuteczna. Nie zostało bowiem dowiedzione, że stymulacja ruchowa stosowana w zaburzeniach integracji sensorycznej wpływa na pracę półkul mózgowych. Ćwiczenie konkretnych umiejętności, tak jak każda czynność wykonywana regularnie, owszem, przynosi efekty. Jeżeli będziemy ćwiczyć łapanie piłki, to dziecko nauczy się tego, ale już gry w piłkę ręczną czy siatkową niekoniecznie. A w terapii takich zaburzeń jak dyspraksja chodzi przecież o to, aby kształtować umiejętności przydatne w innych sytuacjach życiowych.

Co więc konkretnie mają robić rodzice?
– Według mnie najważniejsze jest budowanie pewności siebie u dziecka. Gdy mój syn był mały, miał dobrego terapeutę z zakresu integracji sensorycznej, ale największa korzyść tej terapii polegała na budowaniu więzi z terapeutą, co przełożyło się na wzrost poczucia własnej wartości i pewności siebie pacjenta. Rodzicom trudno zaakceptować to, że dziecko ma takie zaburzenie. Chcieliby znaleźć sposób, za pomocą którego mogliby je całkowicie zniwelować. A takiego sposobu nie ma. Jest za to inny – dać sobie spokój z tym, co nie jest w życiu niezbędne.
 
To znaczy?
– Mój syn ma nadal bardzo nieczytelny charakter pisma, ale może przecież pisać na komputerze. Jeżeli dziecku sprawia trudność wiązanie sznurowadeł, po co tracić na to czas, lepiej kupić buty na rzepy. Zawsze trzeba zadać sobie pytanie, czego dziecko potrzebuje, jakie umiejętności są mu w życiu naprawdę niezbędne.

Jedyne, co pozostaje rodzicom, to akceptacja tego zaburzenia?
– Nie. Gdybym to zrobiła, mój syn miałby nadal wiele problemów. Chodzi o to, żeby skupić się na tym, co pomaga, czyli na wzmacnianiu dziecka. Zastanówmy się, kiedy uczeń mówi: „To dobry nauczyciel”. Wtedy, gdy ten nauczyciel go rozumie, chwali, nagradza, czyli gdy potrafi dostrzec jego mocne strony. Ważne, żeby pytać dziecko, co ono chciałoby robić – może jeździć konno, grać na instrumencie, gotować.

Czy wiemy coś o przyczynach dyspraksji?
– Wiemy mało, ponieważ badania zostały zapoczątkowane nie tak dawno. Ale jedno jest pewne – za dyspraksję odpowiedzialne są geny. Właśnie pracuję nad ich wyodrębnieniem. Trzeba jednak pamiętać, że tak jak w przypadku chorób nowotworowych fakt posiadania wadliwego genu nie oznacza, że na pewno zachorujemy, zwiększa się tylko ryzyko zachorowania. Wszystko wskazuje na to, że winne są też pewne czynniki środowiskowe. Chciałabym bardzo wyraźnie podkreślić, że jakość życia dzieci z dyspraksją wcale nie musi być gorsza. Pod warunkiem jednak, że będziemy się zajmować nie tylko tym zaburzeniem, ale i talentami dziecka.