fbpx

Nie ma jak w sądzie!

Szwendając się wakacyjnie po kraju, trafiłem do dawno nieodwiedzanych miejsc. Odżyły wspomnienia, przypomniałem sobie sądy, do których przyjeżdżałem przed laty.

Jeden mieścił się w starym nieodremontowanym budynku. Nie było w nim centralnego i korytarze ogrzewano, paląc w piecu. Temperatura zależała od nastroju woźnego, który mógł szczodrze dosypać węgla lub ograniczyć się do kilku symbolicznych bryłek. Na ogół, dręczony porannym kacem, nastrój miał podły i na korytarzu było strasznie zimno. W mroźne dni w sądowym holu spełniały się idee egalitaryzmu. Czekający na wywołanie sprawy: oskarżyciel, oskarżeni, ich obrońcy, ofiary i świadkowie, wspólnie przytulali się do kaflowego pieca, próbując ogrzać zmrożone ciała. Zaobserwowawszy taką scenę, pewien sędzia znalazł genialny sposób rozwiązywania sporów pomiędzy mieszkańcami miasteczka. Jego zwyczajem stało się, że wszystkie sprawy dotyczące sąsiedzkich waśni wyznaczał w dzień wigilijny o dziewiątej rano. Woźnemu zakazywał palenia w piecu i temperatura w poczekalni zbliżona była do zera. Przez kilka godzin sąd się nie pokazywał, a zacietrzewieni antagoniści z upływem czasu zapominali o pretensjach i skupiali się na tym, jak wytrwać przy siarczystym mrozie. Gdy zbliżała się pora, kiedy zasiada się do wigilijnej wieczerzy, pojawiał się sąd i rozpoczynano wywoływać sprawy. Efekt był piorunujący – żądni zemsty, najbardziej zaciekli wrogowie gotowi byli na wszelkie ustępstwa. Dzięki tej metodzie sędzia miał najlepszą statystykę w całym województwie. Większość rozstrzyganych przez niego sporów kończyła się ugodami.

W opisywanym budynku nie było też toalet. By umożliwić petentom zaspokajanie fizjologicznych potrzeb, wybudowano na podwórku drewniane wychodki. W trakcie jednej z rozpraw oskarżony pozbawiony wolności poprosił o krótką przerwę celem skorzystania z toalety. Został tam zaprowadzony przez konwojujących go milicjantów. Po kilku minutach powrócił, ledwo trzymając się na nogach. Wezwany lekarz zdiagnozował u pacjenta stan upojenia alkoholowego. Okazało się, że przyjaciele postanowili osłodzić mu niedogodności wynikające z izolacji w areszcie. Z deski w ścianie wychodka wypchnęli sęk i przez powstałą dziurę wpuścili plastikową rurkę, przez którą oskarżony mógł delektować się do woli przyniesionymi przez nich wyrobami spirytusowymi.

W sąsiednim mieście budynek sądu również miał swoją specyfikę. Użyte materiały budowlane powodowały, że latem w salach panował upał nie do zniesienia, prowadzenie rozpraw możliwe było tylko przy otwartych na oścież oknach. Naprzeciwko stał blok zamieszkany przez fanów disco polo. Taneczne melodie z magnetofonów ustawionych na parapetach wdzierały się na sale rozpraw. Atmosferze tej poddawali się świadkowie, którzy zeznając, podrygiwali w rytm piosenek, a także, podświadomie chyba, oskarżyciele i obrońcy wystukujący długopisami takty utworów.

W kolejnym mieście osobliwością sądu byli jego pracownicy. Gdy podałem szatniarce płaszcz, popatrzyła na mnie z nieukrywaną niechęcią i spytała: „Nie może pan wziąć kurtki ze sobą? Zamiast pracować, muszę ubrania przyjmować”. Był to dopiero początek niespodzianek. Czekając na wywołanie sprawy, zobaczyłem niecodzienną scenę. Z sali rozpraw wybiegł mężczyzna z wielką torbą na ramieniu. Za nim w rozwianej todze gnał sędzia, krzycząc: „Stój! Zaraz cię dopadnę!”. Spojrzałem na stojącego obok mnie adwokata. „U nas to normalka” – wyjaśnił, widząc moją zdziwioną minę. Wkrótce udało się ustalić, co zaszło. Mężczyzna z torbą na plecach był krewnym oskarżonego. Chcąc udokumentować, jak niesprawiedliwie traktowany jest podsądny, postanowił nagrać przebieg rozprawy. W tym celu w torbie przyniósł duży magnetofon, a gdy zmieniał kasetę, został zauważony przez sędziego. Na żądanie oddania jej rzucił się do ucieczki, a sędzia ścigał go, próbując skonfiskować kasetę.

Często słyszę opinie, że prawo jest nudne. Zwolenników tej teorii zapraszam do sądów – czasem można doświadczyć tam lepszych emocji niż na rollercoasterze.