fbpx

O fałszerzu Żelazce i inne historie

Buszując po bibliotece przyjaciół, znalazłem starą zakurzoną książkę – wspomnienia prokuratora z okresu międzywojnia. Przez resztę wieczoru byłem towarzysko stracony. Na pożółkłych kartkach odnalazłem świat rodem z „Vabanku” Juliusza Machulskiego. Kwinto istniał naprawdę – był bankierem skazanym za malwersacje, również komisarz Przygoda pracował wtedy w policji. Opowieści z sal sądowych niczym nie ustępują barwnej fabule filmu.

Na ławie oskarżonych zasiadła grupa mężczyzn, którym zarzucano fałszowanie pieniędzy. Wśród nich był ślusarz o nazwisku Żelazko, pomawiany przez współoskarżonych o skonstruowanie sztancy służącej do nacinania boków monet. Znaleziono nawet u niego tę maszynę, ale mężczyzna szedł w zaparte. Sąd powołał biegłych z zakresu mechaniki. Po oględzinach uznali, że urządzenie jest tak prymitywne, że przy jego użyciu nie można było dokonać fałszerstwa. Słysząc ten korzystny dla siebie werdykt, Żelazko nie wytrzymał, zerwał się z ławy oskarżonych i z okrzykiem: „Nie mogę słuchać tych bzdur, oni mnie obrażają”, wkroczył na środek sali, gdzie stała poddawana ekspertyzie sztanca. Wytknął ekspertom – profesorom politechniki – brak kwalifikacji, po czym poprosił sąd o zgodę na zademonstrowanie, jak działa urządzenie. Sędzia zezwolił, a Żelazko na oczach publiki pokazał, jak fachowo fałszuje się monety. Biegli pokiwali z uznaniem głowami i przeprosili za wydanie błędnej opinii, zaś Wysoki Sąd zrobił to, co musiał – wymierzył oskarżonemu karę czterech lat pozbawienia wolności.

O prawnikach z tego okresu krążyły legendy. Jedna z najbarwniejszych postaci to Zenon Poklewski-Koziełł. Sędzią był sprawiedliwym, jednak motywy jego orzeczeń wywoływały często zdumienie u jurystów trzymających się ściśle litery paragrafów. Karząc łagodnym wyrokiem dwóch dżentelmenów, którzy próbowali rozstrzygnąć towarzyski konflikt za pomocą pięści, uzasadnił to w następujący sposób: „Baby muszą się kłócić, chłopy muszą się bić – ludzka rzecz”. Przed tym sędzią debiutował jako adwokat nieżyjący już mecenas Henryk Nowogródzki. Gdy wszedł na salę, sędzia rzucił: „Patrzcie Państwo, do czego to dochodzi, tacy gówniarze chodzą w togach”, i spytał mecenasa, czy to jego pierwsze samodzielne wystąpienie. Stremowany nowicjusz potwierdził. Wtedy sędzia zdecydował, że tę sprawę rozpozna poza kolejnością, po czym poinstruował obrońcę: „Tylko nic nie mów, Henryczku, bo tylko sprawę popsujesz”, po czym zwrócił się do oskarżyciela: „No cóż, panie prokuratorze, nie ma rady. To jego pierwsza sprawa, niech ją wygra, muszę karę zawiesić”.

Polecam państwu książkę Olgierda Missuny „Wspomnienia z sali sądowej” –  to lektura wyborna. Mnie urzekła opowieść aktualna ze względu na toczącą się dyskusję o korupcji – pokazująca, jak można połączyć w sposób elegancki przyjęcie przez urzędnika państwowego prezentu danego z serca z obowiązującymi zasadami etyki. Do autora wspomnień w trakcie prokuratorskiego dyżuru zgłosiła się słynna malarka z prośbą o pomoc w sprawie, w której została oszukana przez jeden z teatrów. Prokurator podjął zdecydowane działania, które poskutkowały natychmiastowym uregulowaniem należności. Następnego dnia artystka wysłała mu list z podziękowaniami, dołączając album ze zdjęciami swoich obrazów. Prokurator nie wiedział, co zrobić. Wręczenie mu prezentu jako urzędnikowi było łapówką, jednak było oczywiste, że nie taka intencja towarzyszyła ofiarodawczyni. Udał się do swojego szefa po radę, jak postąpić w tak delikatnej sytuacji. Szybko znaleźli rozwiązanie. Obdarowany ustalił, jaki jest koszt albumu, po czym wybrał się do kwiaciarni i za taką samą kwotę nabył kosz kwiatów, który wraz z biletem wizytowym polecił wysłać artystce. Okazuje się, że z najtrudniejszej sytuacji można znaleźć eleganckie wyjście.