fbpx

Ofiary sprawiedliwości

W trakcie zimowych ferii zaczytywałem się w „Prawniczych prawach Murphy’ego” zebranych przez Arthura Blocha. Serdecznie polecam ten dowcipny zbiór myśli opisujący chaos sal sądowych. Jako motto do felietonu wybrałem: „Gdziekolwiek jesteś i cokolwiek robisz, jest jakiś przepis, który pozwoli cię zapuszkować”. Często zdarza się, że rzeczywistość przerasta wyobraźnię satyryka. Autor zakładał, że aby trafić do aresztu, trzeba zrobić cokolwiek. Tymczasem z moich doświadczeń wynika, że może wystarczyć zupełna bezczynność.

Dwóch mężczyzn narodowości ukraińskiej postanowiło odwiedzić rodzinne strony. Wówczas podróż taką można było odbyć prywatnymi minibusami, które zabierały po kilku pasażerów. Wraz z czterema nieznanymi sobie rodakami wyruszyli w drogę. Na przedmieściach Warszawy zatrzymała ich policja.  Okazało się, że dokonano napadu na sklep. Sprzedawca zidentyfikował jednego z pasażerów jako napastnika, a w samochodzie znaleziono łupy. Przed prowadzącymi postępowanie pojawił się problem, który musieli rozwikłać. Ofiara napadu zeznała, że napastników było trzech, rozpoznała jednego rabusia, a w samochodzie zatrzymano sześciu pasażerów. Trzeba było ustalić pozostałych dwóch sprawców. Prokurator przyjął dość oryginalną metodę śledczą – zapuszkował wszystkich jadących w busie i spokojnie czekał, którzy się przyznają. Moi klienci przedstawili alibi, wydawałoby się, nie do podważenia. Wskazali budowę, na której wraz z kilkunastoma Polakami pracowali w godzinach, w których odbywał się napad. Prokuratora to nie zainteresowało przez sześć miesięcy, które mężczyźni spędzili w areszcie. Nie przesłuchał też zgłoszonych świadków. Mogłoby się to ciągnąć w nieskończoność, gdyby sprawą nie zajęła się prasa. Dziennikarz zadał proste pytanie: Jak za przestępstwo, które popełniły trzy osoby, można przetrzymywać w areszcie dwa razy więcej podejrzanych?

Po usłyszeniu wyroku uniewinniającego mężczyźni tak szybko biegli do autobusu, który miał ich zawieźć w bezpieczne miejsce, czyli na Ukrainę, że nawet nie zdążyli pozwać Polski o odszkodowanie za bezpodstawne aresztowanie.

Inną, nieco mniej dramatyczną przygodę przeżyła kobieta zajmująca wysokie stanowisko w renomowanej międzynarodowej firmie. Dostała wezwanie na policję. Przekonana, że zaszła pomyłka, poszła wyjaśnić sprawę, jednak na miejscu zamiast przeprosin usłyszała zarzuty. Dowiedziała się, że jest podejrzana o wysyłanie przez komputer gróźb swemu byłemu narzeczonemu. Z trudem skojarzyła nazwisko rzekomej ofiary. Protesty nie pomogły, policjanci jako stuprocentowe dowody jej winy przedstawili wydruki e-maili z komputera i zeznania mężczyzny, który twierdził, że zdania typu: „zabiję cię za to, że mnie zostawiłeś”, były tak charakterystyczne dla ich związku, że tylko ona mogła być autorką tych słów. Jak się okazało, prokurator poza przyjęciem domysłów pokrzywdzonego niczego nie sprawdził, zapominając, że winy nie można domniemywać, tylko trzeba jej dowieść. Na szczęście dziewczyna łatwo udowodniła swą niewinność. Komputer, z którego zostaje wysłana wiadomość, łącząc się z siecią, otrzymuje zmienny adres IP, po którym można zidentyfikować, gdzie i kiedy go użyto. W czasie gdy groźby wysyłano z kawiarenki internetowej w centrum Warszawy, dziewczyna była na szkoleniu oddalona o kilka tysięcy kilometrów.

Na koniec opowieść optymistyczna o tym, że nawet będąc ofiarami bezmyślnych restrykcji śledczych, potrafimy zachować wiarę w prawo i mądrość sądu. Uczestniczyłem w sprawie, w której dwóch lekarzy oskarżono o błąd w sztuce.

Po wieloletnim procesie zostali uniewinnieni, gdyż sąd nie dopatrzył się w ich zachowaniu błędu. Po wyroku lekarz wyznał, że on w ogóle nie brał udziału w udzielaniu pomocy choremu, konsultował go wtedy samodzielnie jego kolega.
 
– Dlaczego nie powiedział pan tego wcześniej przed sądem? – pytałem zdziwiony.

– Nikt by mi nie uwierzył – odparł. – A poza tym czytałem kartę choroby. Gdybym tam był, zachowałbym się identycznie jak badający doktor, a zatem wyrok był adekwatną oceną także mojej pracy.