fbpx

Projekt dziecko

fotochannels.com

Kochamy, inwestujemy, planujemy. Świetnie. A co z okazji Dnia Dziecka? Zauważmy, że jest.

Ma zaplanowany każdy etap edukacji, a każdy dzień wypełniony starannie wybranymi zajęciami. Na liście oczekujących do renomowanej szkoły znajduje się jeszcze przed narodzeniem. Dziecko w naszych czasach to całe przedsięwzięcie.

A tak niedawno wystarczyło zapisać potomka na korki z angielskiego, by mieć poczucie dobrze spełnionego rodzicielskiego obowiązku. Teraz stoimy przed wiele większym wyzwaniem – należy zadbać także o jego emocjonalny rozwój oraz twórczą aktywność. Zdaliśmy sobie sprawę, że aby poradzić sobie w życiu, potrzeba więcej niż tylko edukacji.

Przyczyny zamieszania

– Dzieci stanowią w Polsce jedną z trzech najważniejszych wartości. Ich dobro jest dla nas tak ważne, jak zdrowie i partner. Wokół dziecka i jego wychowania ogniskuje się współczesne życie rodzinne – twierdzi socjolog Wiesław Łagodziński z GUS-u.

Można śmiało powiedzieć, że dla większości z nas dzieci są sensem życia, że cenimy je bardziej niż pieniądze czy pracę. Nawet jeśli rodzina żyje skromnie, to dziecko jest zadbane, ma gdzie mieszkać, co jeść, w co się ubrać.

– Jeśli rodzina musi zacisnąć pasa, to ograniczenia dosięgają dzieci dopiero na ostatnim etapie – tłumaczy Łagodziński.

Tę obserwację potwierdza ostatnia „Diagnoza Społeczna”, z której wynika, że rodzice wysupłają ostatnie pieniądze na komórkę czy komputer dla dziecka, żeby nie odstawało od swoich kolegów.

– Współcześni rodzice są poddani olbrzymiej presji – przyznaje Marta Olcoń-Kubicka, socjolożka, która w swojej książce „Indywidualizacja a nowe formy wspólnotowości” (wyd. Scholar, 2009) używa terminu „projekt dziecko”.

– Rodzicielstwo stało się dziś misją, zadaniem do wykonania. Jesteśmy bombardowani informacjami, co trzeba robić, by osiągnąć sukces w jego realizacji. Rodzice boją się, że mogą coś zaniedbać, dlatego stymulują dziecko różnymi bodźcami. Chcą mieć poczucie, że zrobili wszystko, co trzeba, by w efekcie otrzymać nowy model człowieka szczęśliwego, samodzielnego, elastycznego, otoczonego gronem wiernych przyjaciół i rodziną, który będzie potrafił zadbać o jakość swojego życia – wylicza.

Inwestycja w rozwój emocjonalny i edukację dzieci to także podświadome działanie na rzecz rodziny – szansa na przedłużenie jej dobrej passy. Rodzice chcą, żeby ich dzieci lepiej się uczyły, radziły sobie ze stresem, zdobyły średnie czy wyższe wykształcenie, zostały kimś w życiu i – co najważniejsze – były w przyszłości szczęśliwymi ludźmi, którzy realizują marzenia, swoje lub rodziców. Często chodzi też o przekonanie, że są lepszymi rodzicami niż ich rodzice byli dla nich. Albo o rekompensowanie sobie swojego zgrzebnego dzieciństwa w czasach komuny – zasypują pociechę zabawkami czy zapisują na modne zajęcia.

– Nie zastanawiają się często, że robią to dla siebie, a dziecko wolałoby może w tym czasie robić coś zupełnie innego – mówi Anna Perlińska, pedagog, redaktor naczelna portalu Miasto Dzieci. Na zapotrzebowanie rodziców rynek odpowiada natychmiast. W dużych miastach rodzice mogą wybierać wśród nieskończenie wielu propozycji zajęć dodatkowych i warsztatów. Centra edukacyjne rosną jak grzyby po deszczu. Zajęcia prowadzą także domy kultury, muzea, teatry, restauracje, księgarnie oraz ośrodki sportowe. Tylko korzystać!

Na każdym etapie

Zacząć inwestować można nawet wtedy, gdy dziecko jest jeszcze w brzuchu matki. – Nowością są warsztaty organizowane dla przyszłych mam i ich dzieci. Nie klasyczne szkoły rodzenia, lecz zajęcia, które mają w programie przy masowanie brzuszka i czytanie książeczek przy muzyce relaksacyjnej – opowiada Anna Perlińska z Miasta Dzieci.

Często tuż po narodzinach dziecka rodzice inwestują w supermodny kurs noszenia maleństwa w chuście, co ma wpłynąć na jego harmonijny rozwój i budowanie więzi z rodzicem. Ciekawostką są także warsztaty edukacyjne dla dzieci do lat trzech. Ośrodki stosujące metodę Glenna Domana zachęcają do nauki czytania i matematyki już od noworodka. Dużą popularnością cieszą się nadal lekcje angielskiego. Na zajęcia do szkół sieci Helen Doron mogą uczestniczyć już trzymiesięczne niemowlaki.

Rodzice wiedzą, najczęściej z mediów, że maluchom trzeba czytać przez co najmniej 20 minut dziennie. Wożą na basen niemowlęta. Hitem ostatnich sezonów okazały się zajęcia familijne, podczas których dzieci z rodzicami lepią gliniane naczynia, tańczą, malują, a nawet uczą się grać na skrzypcach. Rodzice chętnie w nich uczestniczą. Zdają sobie bowiem sprawę z tego, że powinni poświęcać swoim pociechom więcej czasu, bo to najlepsza inwestycja w budowanie zanikającej relacji rodzic–dziecko.

– Wspólne zajęcia są doskonałą okazją do superzabawy, wyjścia poza rutynę dnia codziennego. Dzieci mogą zobaczyć wyluzowanych i uśmiechniętych rodziców – zauważa Anna Perlińska. Odkąd w telewizji nastała moda na taniec, wielu rodziców zaczęło posyłać dzieci na zajęcia taneczne. W czołówce popularności utrzymują się też ciągle sztuki walki.

– Zapisałam syna na karate, bo uważam, że sport najlepiej kształtuje charakter – tłumaczy Magda, mama 6-latka. – Nie mam ambicji sportowych, jestem samotną matką, więc fakt, że Piotrek ćwiczy w grupie, której większość stanowią chłopcy, dobrze mu zrobi, bo pozna też męski świat. Ma kolegów i ze szkoły, ale również z klubu – to ważne. Czy jest zadowolony? Pewnie wolałby w tym czasie oglądać kreskówki, ale przecież życie nie składa się z samych przyjemności – to też lekcja dla niego.

Posyłając dzieci na zajęcia dodatkowe, rodzice chcą wyposażyć je w coś, co nazywamy kapitałem społecznym. – Nie ma już rodzin wielopokoleniowych ani podwórek z trzepakiem, przy którym ogniskowało się życie dzieciaków z kamienicy czy bloku. Zapisując jedynaka na zajęcia, rodzice chcą dać mu namiastkę relacji społecznych, nauczyć życia w grupie, wyprowadzić poza dom, w inne środowisko – komentuje Anna Perlińska.

– Zdają też sobie sprawę z „wyścigu szczurów”. Widzą, że inne dzieci chodzą na takie zajęcia, więc chcą zrobić wszystko, by ich dziecko nie było gorsze – dodaje.

 

Posag: edukacja

Karate to nie jedyna inwestycja Magdy. Wybrała także Piotrkowi odpowiednią szkołę prywatną. Dlaczego? – W mniejszych klasach, przy indywidualnym podejściu do ucznia więcej się nauczy. Jako samotny rodzic potrzebuję też wsparcia w wychowaniu syna, a szkoła państwowa nie pomoże mi w tym – uważa. Syna zapisała, gdy miał trzy lata.

Krystyna Iwińska do upatrzonej szkoły społecznej zgłosiła swojego jeszcze wcześniej, bo zaraz po urodzeniu. Dla niej było też ważne indywidualne podejście do ucznia. Dziś Maciek ma sześć lat i przejawia ponadprzeciętne zdolności.

– Syn poszedł do „zerówki” rok wcześniej, a już czytał i liczył. Chcieliśmy, żeby szkoła rozwijała jego umiejętności i dawała emocjonalne wsparcie – opowiada.

Maciek ma bardzo dużo zajęć pozalekcyjnych (muzyka, angielski, integracja sensoryczna) i dzień kończy między godziną 16 a 18. – To późno jak na sześciolatka
– przyznaje mama. – Ale z drugiej strony, chcę pokazać mu wszystkie możliwości, pielęgnować jego talent muzyczny, żeby kiedyś nie miał poczucia straty, żalu, że czegoś nie spróbował – tłumaczy.

Kamila i Paweł, syna Mikołaja posłali najpierw do przedszkola waldorfskiego, potem do szkoły społecznej. Dlaczego? Bo postawili na jego rozwój emocjonalny, licząc, że to będzie podstawą sukcesów w wymarzonej przez niego dziedzinie.

– Uważamy, że jeśli dziecko prawidłowo rozwija się w tej sferze, poradzi sobie później w życiu. Nasz wybór się sprawdził . Mikołaj bardzo szybko nauczył się
w szkole czytać i było to dla niego prawdziwą radością. Nie przeżywa porażek, ma ugruntowane poczucie własnej wartości – tłumaczą.

Anna Dziama, dyrektor Podstawowej Szkoły Społecznej w Wesołej, potwierdza zmianę w podejściu rodziców. – Jeszcze kilka lat temu pytali mnie głównie o „twarde” wyniki. Teraz ważne jest także, czy dziecko jest w szkole traktowane jak partner, czy nauczy się tzw. miękkich umiejętności, które pozwolą mu się odnaleźć w grupie.

Sukces edukacyjny jest jednak w dalszym ciągu podstawowym miernikiem efektów inwestowania. Co piąty rodzic przeznacza pieniądze na kursy językowe,
a co ósmy na korepetycje. Po to, by dziecko zdobyło więcej punktów na maturze i dostało się na studia na dobrej uczelni.

Wielu rodziców, także tych, których nie stać na prywatną szkołę czy przedszkole, nie zostawia tej sfery przypadkowi, czyli rejonizacji: na forach internetowych dyskutują, która placówka oferuje najwięcej zajęć dodatkowych, śledzą rankingi. – Zdarza się, że meldują je fikcyjnie w dzielnicy, w której działa lepsze gimnazjum – twierdzi Marta Olcoń-Kubicka.

Wszystko, co najlepsze

Pedagog Magdalena Kochanek, zauważa, że dorośli zbyt często ustawiają się w roli rodzica, a nie przyjaciela.

– Wyznaczają sobie jakieś zadanie, traktują dziecko jak inwestycję. A przecież podstawowa relacja między rodzicem i dzieckiem to relacja człowiek–człowiek, żywa, bezpośrednia więź, a nie rola do wykonania – tłumaczy. – Rodzice powinni nadążać za tym, jak dziecko zmienia się na przestrzeni lat, akceptować te zmiany, także człowieka, jakim się staje. Być uważnym, dostrzegać to, co w literaturze określa się „duchowym centrum”. Bo dobry rodzic widzi najgłębsze „ja” swojego dziecka i stara się je odsłonić. Pomaga mu odkryć talenty, możliwości.

Zdaniem Kochanek, problemy rodzą się wtedy, gdy narzucamy dziecku swoją wolę, odmawiamy wielu rzeczy, których pragnie.

– Niezależnie jakie cele inwestycyjne stawiają rodzice, wszyscy moi rozmówcy podkreślają, że nie wolno zapomnieć o dziecku.

– Najcenniejsze, co możemy mu dać, to nasz czas – mówi Anna
Perlińska. – Obecność jest podstawą relacji. Reszta to dodatki – podkreśla Joanna Korczak-Grochowska, psycholożka.

– Dziecko musi wiedzieć, że jest obecne w życiu rodziny, że jego uczucia są odwzajemniane, że jest kochane. Ono przede wszystkim potrzebuje ciepła i czułości.

Gabriela Baron, psycholożka, dodaje: – Zamiast gnać z dzieckiem z warsztatów na warsztaty, warto czasem po prostu usiąść przy stole i zobaczyć, dokąd nas to spotkanie poprowadzi. To może nam dać znacznie więcej niż jakieś obowiązkowe wyjście. Dziecko bardzo potrzebuje kontaktu z nami, poczucia bezpieczeństwa. Gdy tego zabraknie, może się okazać, że kiedy zostaniemy z nim sam na sam – nie bardzo będziemy wiedzieć, co robić.

Magdalena Kochanek uważa, że każde działanie powinno być odpowiedzią na potrzeby dziecka. Jeśli czegoś bardzo chce, to należy mu to umożliwić. Zapisywać na zajęcia, kupować ubrania, zabawki, wyjazdy, wszystko, na co rodziców stać, byle było to zgodne z jego potrzebami.

Młodsze dziecko realizuje się poprzez twórczą ekspresję, rysowanie, granie, taniec, a starsze musi także odpowiadać na wymagania swojego środowiska. Jeśli mamy pieniądze na fajne ciuchy, to dlaczego mu ich nie kupić? Może markowe ubranie pomoże mu przetrwać w klasie!