fbpx

W umyślątku

Coś ostatnio prawie wcale nie płaczę, a jeśli już, to po filmie, smutnym i o dzieciach. I to wcale nie jest za dobrze, że tak rzadko spuszczam wodę. Paradoksalnie jak już poleci ze mnie łza, to zaczynam być euforycznie podniecona faktem, że w końcu mnie coś wzruszyło. W rezultacie całe to katharsis blednie, bo ja się cieszę rozpaczą. Z jednej strony myślę sobie, że to świetnie, że tak dzielnie i niby zdrowo znoszę trudne sytuacje, a z drugiej – zastanawiam się, czy przypadkiem nie zamieniam się w oziębłą sucz z nerwicami natręctw wynikającymi z ogromnej woli wszechogarniania swojego życia.

Jak coś mnie naprawdę wyprowadzi z równowagi i mam dosyć, to przypominam sobie, jak w dzieciństwie opracowywałam w głowie plan awaryjny. Ucieczka z domu, zamieszkanie na czyjejś działce albo w namiocie w lesie, gdzie mnie nie znajdą, i niech się martwią. Miałam nawet myśli, że jak nie zaliczę sprawdzianu, to wtedy dopiero zacznę się martwić, bo przecież zawsze można ewentualnie później rzucić się z wieżowca. Przysięgam, miałam takie frywolne myśli samobójcze. Ale one chyba tylko dawały mi dodatkowe porcje pozornego luzu w sytuacjach stresowych, że jakby co, to zawsze jest taka opcja. Pozornego, bo już znajduję u siebie siwe włosy, a lat mam 24.

Teraz, jak o tym myślę, wydaje mi się to przerażające i gdyby mi córka kiedyś powiedziała, że ma podobne myśli, chybaby już z domu nie wyszła. Bawiłybyśmy się, w co by chciała, całymi dniami i nie spuszczałabym jej z oczu. W moim dziecięcym umyślątku potrzebowałam zawsze odrobiny pewnych, racjonalnych wytłumaczeń i gwarantowanych kółek ratunkowych (jeżeli samobójstwo tudzież włóczykijstwo można zaliczyć do tej puli). Myślałam, że im będę starsza, tym odpowiedzi staną się konkretniejsze, pytań będzie coraz mniej i żyć zacznę w prostym systemie, bo przecież po to całe dzieciństwo trzeba zużyć na naukę.

Kiedy chodziłam do podstawówki, obserwowałam życie mojej babci i bardzo jej zazdrościłam. Marzyłam, żeby się z nią zamienić. Ona chodziła na zakupy, do kościoła, gotowała i nikt nad nią nie stał, nikt nic nie kazał. Relaks. Dorośli dostawali taki miły żywot, a nam, dzieciom, serwowano tyle stresu. Dlatego musiałam zawsze w głowie mieć tę furtkę.

A teraz? Teraz żadne głupie ruchy nie wchodzą w grę. Mam malutką córuniuniunię i nie dyskutuję ze sobą na tematy dotyczące jej potrzeb. Jestem dla niej, czego by sobie nie zażyczyła. Małe dzieci rzekomo są niegrzeczne czasami, ale tak naprawdę są po prostu bardzo napalone na samorozwój. Syn kolegi, jak rodzice mu zwracają uwagę typu „nie kop w stół”, odpowiada: „ale ja muszę”, i coś w tym jest. To jest model zaprogramowany na ekspresowe samodoskonalenie i nie nam dyskutować o metodach modeli, które przecież są od nas nowsze i doskonalsze. My mamy je tylko chronić od samozniszczenia, gdyby w stresie zaczynały szukać furtek, i przekazać, że gwarantowane kółka nie istnieją, nie ma nic na pewno i nie warto się bać, bo szkoda czasu. Myślę, że więcej się dowiemy na ten temat, obserwując beztroskie kryształki, niż mając niepodważalne gotowe odpowiedzi na ciągle powtarzane pytanie „dlaczego?”.

Próbuję wchodzić coraz bardziej w głowę Matyldy i nie narzucać jej swoich pomysłów na zabawy, nie zabierać jej z piaskownicy, jeżeli wciąż bawi ją grzebanie łapkami w piasku i powtarzanie „lori lori lori”. Dopóki zabawa nie wpływa negatywnie na zdrowie jej, innych dzieci lub zwierząt, na co należy bardzo uważać, gdy dziecko wchodzi w fazę pokazywania palcem, gdzie jest oko, pozwalam. Wierzę też, że wyjmowanie piany z wanny i głaskanie kałuży, sądząc po skupieniu, rozwija ją bardzo intensywnie. Kto wie, może to głęboka medytacja nad akceptacją przemijania. Gdyby mogła, nakleiłaby sobie na czoło „Do not disturb”.

Ciche obserwowanie okazuje się świetnym lekarstwem na nerwicę natręctw i metodą na bardzo głęboko oczyszczające wzruszenie.