fbpx

Wątek apokaliptyczny

Jest taka sprawa, taka mała jedna kwestia, o której dużo się ostatnio mówi, i nie wiadomo, czy to tak na serio, czy trochę jest to może jednak śmieszne. Otóż zbliża się ponoć koniec świata.

I teraz tak, nie wiemy, czy: a) Wszystko się skończy, bo Majowie w wigilię bożonarodzeniową 2012 zawijają swój terminarzyk, gaszą światło i wychodzą z biura, b) Księżyce planety Nubrii uderzą w naszą ziemską kulę, c) Zamorduje nas pandemia, a słońce resztę skremuje, d) Amerykanie nas wykluczą z elity żywych szczepionką na tę pandemiczną chorobę, zanim cokolwiek z punktów a, b i c się zdarzy, i będą sobie resztę oglądać sami.

Pewnie jest jeszcze kilka punktów, które pominęłam z niewiedzy, ale w sumie to może i się cieszę, że moja świadomość bardziej już umęczona nie jest, niż jest. Gdybym miała wybierać, to wolę coś z kategorii szybkie pierdyknięcie niż siły zbrojne ze strzykawkami, ale kto wie, może zaliczymy wszystko.

Naprawdę zapytałam ostatnio siebie, co ja na to. Bo wiadomo, rozmawiamy, nakręcamy się albo tylko udajemy, bo wtedy jest jakoś ciekawiej. Im więcej afer i zazębiających się historii, tym bardziej życie przypomina serial. Bartek Królik za Sistarsowych czasów, jak wchodził do busa w trasie, to ciągle mówił: „Słuchajcie, jest afera!”, i wszystkim zaraz oczy się świeciły. Potem okazywało się, że aferą jest ładna pani ekspedientka na stacji benzynowej albo faktycznie trudny problem. Ja tam zawsze lubiłam, jak to mówił, bo coś było na rzeczy. To jest jak oglądanie dobrego serialu, „Chirurgów” czy „Przystanku Alaska”. Ale nie o tym chciałam.

Wracając do wątku apokaliptycznego – jako królowa dygresji przywołuję się tu do porządku – co ja na to? W filmie Jodie Foster wytrzeszczyłaby oczy i kropelki łez zatrzepotałyby jak w japońskiej mandze na znieruchomiałej twarzy, zacisnęłaby szczęki, ale bródka by się jej nie zatrzęsła. Niby szok, ale wiadomo, że ma gotowy plan działania. A mnie to coś nic nie dziwi i nie straszy. Jeżeli faktycznie matka ziemia zakłada dębową jesionkę, to i tak nie ma, żeby nie było. Nasze dusze przetransportują się na inne planety, może tam istoty są nieco rozważniejsze, dbają o lodowce, nie mordują się i nie zjadają. Jest sympatyczniej po prostu. Odrodzimy się jako ich kosmo-żuki albo cyberryby, bo za takie wybryki, jakieśmy tu naszej mamusi ziemi sprawili, to nie wiem, czy nas obsadzą jakoś wyżej. A jak znikniemy całkiem, to w sumie też ulga, totalny odpoczynek racz dać nam, Panie.

Niezależnie od tego, czy pogłoski o końcu są prawdziwe, czy nie, myślę, że są tu po coś. Cały myk polega na tym, że się raczej nie dowiemy po co, aż do ewentualnej godziny zero. Zapytałam na Facebooku swoich znajomych, jakie są ich odczucia w tej kwestii. Jeden kolega spytał astrologa, czy może w związku z tym nie spłacać kredytu, a on na to, że jeśli wierzyć Majom, to luz, ale co z odsetkami, jeśli pomylili się o sto lat? Niektórzy mają wielką wiarę w Boga i niczego się nie boją oprócz jego oceny dotyczącej ich całokształtu. Nieustraszeni bogobojni. Przyszywany dziadek mojej córki napisał: „będzie, jak mawiają angole: everything will be ok at the end. If it’s not ok, it’s not the end”. I to do mnie mówi. Przemawia też do mnie plan typu „Spieniężę, co mam, i wyprowadzam się na Hawaje all inclusive”.

Mnie to chyba rozluźnia. Z opcją w tyle głowy, że naprawdę wszystko się kończy, możemy zacząć panicznie gonić za sukcesem i szeroko pojętym spełnieniem lub przyjąć, że wszystko mamy już porobione, że nie dążymy nigdzie, tylko żyjemy, właśnie tu rozkładamy namiot i już nie ma narzekań. Nie widzimy tego, bo skoro mamy jeszcze tyle czasu, to niemożliwe, że wolno nam już po prostu zacząć cieszyć się życiem. A przyjmując, że to by było na tyle, możemy pić sobie herbatę na ławce, mrużyć oczy na słońcu i uwierzyć, że to o to chodziło. Mamy wielką szansę spokojnie posmakować esencji.