fbpx

Wykluczona cyfrowo

Materiały prasowe / Zdzisław Jurkiewicz, "Omega"

Nieszczęścia chodzą po ludziach, ale mojego adresu nie mają. Nie miały, do czasu. Bo oto dziś nastał taki dzień, że siedzę i patrzę w „błękitny ekran śmierci”.

Blue screen. Wygląda to jak świetliste niebo nocą, bez chmur i bez gwiazd… Bez jednej nawet ikonki! Pustka głęboka. Można dowolnie przesuwać mysz – żadnej reakcji. Złota kombinacja Ctrl+Alt+Del też nie skutkuje. Klawiatura jest jak zamrożona. Odruchowo dociskałam jeszcze wtyczki kabelków, ale już z silnym podejrzeniem, że niczego nie odczaruję.

O najwyższy umyśle!

To, co mi się przydarzyło, to klasyczna katastrofa komputerowa. Już z samego rana było coś nie tak. Czułam niemiłe dreszcze, gdy słuchałam jakiegoś tarcia, telepania, jakby się kołpak na kole auta obluzował. Gdy nie bez obaw zresetowałam komputer i patrzyłam, jak mozolnie ożywa pod hasłem „Uruchamianie systemu Windows”, pragnęłam z nim razem wieszać na pulpicie ikonkę po ikonce, by ulżyć mu w trudzie. Zawsze tak empatycznie reaguję na życie wewnętrzne wszelkiego sprzętu AGD, a już do komputera jestem przywiązana w najwyższym stopniu. Nic to jednak nie pomogło. Przede mną wyświetlił się złowrogi napis: ROZPOCZYNANIE ZRZUCANIA PAMIĘCI FIZYCZNEJ. Matko Boska, jakiej pamięci? Przecież to jest moja pamięć, mój dorobek, trzy lata życia! Półtorej powieści, tom wierszy, wszystkie wstępy i artykuły, scenariusze spotkań, setki fotografii i dwa tysiące listów! Odjechałam fotelem pół metra od biurka i złożyłam na kolanach lodowate dłonie. W mojej głowie zwizualizowała się paszcza koparki z moim dorobkiem, która otwiera się nad wysypiskiem jakiejś pamięci zbiorowej informatycznego społeczeństwa i zrzuca wszystko! Przeszył mnie dreszcz. Tylko nie to! Jeszcze nie teraz!

O Najwyższy Umyśle, błagam, oszczędź trzy lata mojej pracy, w tym 250 mejli miłosnych do Zet. I tyleż odpowiedzi. Ja już będę wszystko na bieżąco kopiować, kupię sobie wypalarkę i będę wypalać raz w miesiącu, jak porządny użytkownik. Co zrobiłam nie tak? Przecież mam płyn w spreju do czyszczenia ekranu i specjalną miotełkę z włosków jak puch. Dawno się oduczyłam walenia w klawisze i tylko jedno: ten bałagan w plikach, żadnego przejrzystego systemu przechowywania danych. No, ale od bałaganu jeszcze nikt nie umarł! Umarł…

Uwalony twardziel

Ratunek w panu Tadziu. Numer pana Tadzia gdzie jest? Tylko on zdoła uratować, przekopiować, wypalić mój dorobek.

Pan Tadzio może jutro. Dopiero jutro! Mówi, że proszę na spacer pójść albo coś ciekawego robić, jest tyle ciekawych rzeczy do robienia wieczorem. Ale ja nie mogę nic innego, bo gdy się martwię, to całą głową. Siadam więc do „cudzego” sprzętu i wchodzę na internetowe forum, które mi wyskoczyło z wyszukiwarki, gdy wklepałam słowa „walnięty dysk”. Walnięty dysk, uwalony twardziel. „Barakuda mieli talerzami?” – pyta mnie ktoś, kto się podpisał Platon. I jeszcze sugeruje, że może złapałam rootkita i dołączyłam do armii komputerów zombi potajemnie wykonujących polecenia jakiegoś hakera, który miał taką akurat fantazję, by mi zawiesić system. Ktoś inny pociesza: „Mój dzieciak miał w swoim kompie ten sam problem, też mu się winda wieszała, nosił dysk po kumplach i sprawdzał, a w końcu i tak musiałem wyłożyć kasę na nowy”. Nowy? Przecież ten dwóch lat nie miał. „Zrobisz sobie z niego podstawkę do lampki”, żartuje ów „tatuś dzieciaka”. A co pisze niejaki Gżehó? On zapytuje, czy nie podkręciłam komputera, bo „wraz z podkręceniem procka rośnie częstotliwość szyny PCI, a dyski twarde są bardzo czułe na tym punkcie”. Kurczę, nie podkręcałam mu żadnego procka, nic mu nie urosło i w ogóle nie jest czuły na nic. Dość. Zagłębiam się we wcześniejsze posty, szukając mądrzejszych opinii w podobnej sprawie, i znajduję taką abrakadabrę: „W programie Norton Ghost, który bootuje z dyskietki w Dosie przed inicjalizacją Windowsa, widzę wszystkie partycje tego dysku, ale…” …Ale po jakiemu oni mówią? Ja nic z tego nie rozumiem! A za to mi się natentychmiast cudne gadki Polaków z Jackowa w Czikago przypominają: „Jakeśmy frydża po stepsach mufowali, to takżeśmy flory zeskreczowali, że trza było peintować”. Oto współczesna wieża Babel, sploty i rozploty giętkich języków.

Nie lubię cudzych komputerów. Czuję obcość. Za twarde klawisze, inna kolorystyka, inne odzywki i polecenia. No to co, że młodszy, szybszy, gdy nie łapię z nim kontaktu… Muszę odzyskać swój, dziękuję, do widzenia. Wracam do siebie.

Zero. na. koncie

To ja może telewizor pooglądam. Gdzie pilot? Na stole nie ma. Na półkach nie ma. Pomiędzy pryzmy najświeższych książek nie wpadł. Może za tapczanem? Nie, same kable. A jeśli zawinęłam w kołdrę i jest w skrzyni na pościel? Przecież nieraz zasypiam z pilotem. Nic z tego. Nigdzie nie ma, a mój 14-calowy grundig nie ma przycisków na skrzynce. Trudno, może jutro się znajdzie, pocieszam się, zadzwonię sobie do Basi, ona każde nieszczęście tak śmiesznie opowiada… Ale nie łączy. Już trzeci raz komórka nie łączy. No co jest… Sprawdzam u operatora. „Masz. Zero. Złotych. Na. Koncie”. O, nie! Totalna klęska! Przecież to wygląda jak początek końca cywilizacji. Jestem wykluczona cyfrowo! Tak to się fachowo nazywa. Jeszcze tylko brakuje, żeby światło zgasło. Nawet nie umiem sobie wyobrazić takiej chwili, gdy zmasowany atak hakerów przerywa wszelką łączność na świecie i stają wszystkie instytucje, z wyjątkiem chyba przedszkoli. Raz po raz to ćwiczymy jako ludzkość, strasząc się wirusem, elektronicznym włamaniem do Pentagonu albo najprościej – przeciętym kablem na dnie oceanu. „Co by było gdyby” to najbardziej ekscytująca gra gatunku homo sapiens.

Mogłabym po prostu wziąć pióro i papier. Przecież pamiętam, jak to działa. Ale tak się boję o swój komputer jak o ważny organ wewnętrzny, że nie mogę zebrać myśli. Wygląda na to, że pójdę dziś spać przed 22. Ale jak ja pójdę spać o tej porze, przecież nie zasnę. Gdzie są moje tabletki na sen? Powinny być w szufladzie po prawej koło starego dziurkacza. Chociaż pół wezmę. Teraz takie inteligentne pigułki wymyślili, które w ogóle nie otępiają, bo trafiają w konkretną fazę albo falę mózgową. Już po paru minutach śpisz jak dziecko. I nie pamiętasz, że nie wysłałaś bardzo ważnych mejli, nie dokończyłaś pisać tekstu w terminie i nie potwierdziłaś przyjazdu do Nowego Sącza. Jutro przyjdzie pan Tadzio. Odpali z Nortona. I wszystko się uratuje.