1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zwierciadło poleca
  4. >
  5. Już jest lipcowe wydanie miesięcznika „Sens”. Na okładce Grażyna Torbicka

Już jest lipcowe wydanie miesięcznika „Sens”. Na okładce Grażyna Torbicka

Fot. materiały prasowe Wydawnictwa Zwierciadło
Fot. materiały prasowe Wydawnictwa Zwierciadło
Lipcowe wydanie „Sensu” zwiastuje zbliżające się wakacje. Warto wykorzystać je, bo zasilić energetycznie organizm. Podpowiadamy jak.

„Od początku istnienia kina jego największą siłą było zbiorowe przeżywanie. Inaczej odbierasz film w domu, a inaczej kiedy siedzisz w pełnej sali – nie zdajesz sobie nawet sprawy, jak bardzo twoja percepcja uzależniona jest od tego, jak reagują inni. Czy słyszysz przyspieszony oddech, śmiech, a może chrapanie… (...) Poza tym zwykle idziesz do kina w towarzystwie, więc kiedy seans się kończy, w naturalny sposób zaczynacie rozmawiać o tym, co właśnie widzieliście. Kiedy rozmawiasz z przyjaciółmi o tym, co ich poruszyło, może okazać się, że każdego rusza co innego, bo ma związek z jego osobistą historią. I tu zaczyna się prawdziwe życie filmu, bo każdy film tak naprawdę «wyświetla się» w naszej głowie” – mówi Grażyna Torbicka w rozmowie z redaktor naczelną Joanną Olekszyk.

A jak przeżywać zbiorowo, a jednak odczuwać samodzielnie? O tym, jak chronić swoją autonomię w związku, w pracy, w kontakcie z emocjonalnie niedojrzałymi rodzicami i jak uczyć dzieci zdrowego przeżywania emocji – piszemy w Temacie Numeru.

Co jeszcze w numerze?

  • Kontakt z naturą – korzyści z przebywania w plenerze, chodzenia boso czy wypraw do lasu, które w rubryce „Wychowanie z SENSem” przedstawia pedagożka Ewa Nowak, na pewno odnoszą się także do dorosłych.
  • Rozsądne wystawianie się na słońce – twórczynie marki Bodymaps, Ewa Stępniewska i Adrianna Małyszko przekonują, że każdy znajdzie kostium plażowy dla siebie.
  • Bliskie wyprawy – przykład podróżnika Mateusza Waligóry pokazuje, że nie miejsce się liczy, a poczucie bycia w drodze.

A w naszym Temacie Dodatkowym zachęcamy, żeby zwolnić. Katarzyna Miller dzieli się z czytelnikami doświadczeniem życiowego flow, czyli takiego stanu „w którym ani się człowiek nie nudzi, ani się nie śpieszy, nie nabiera za dużo do kubeczka, że aż się mu przelewa, tylko w sam raz”; Hanna Samson przypomina, że dobrze mieć na co czekać, a trenerka Małgorzata Kniaź radzi, jak utrzymać zdrową równowagę w pracy zdalnej.

Ponadto w numerze m.in.:

  • W cyklu „Mentorki” gościmy s. Elizę Myk z Domu Chłopaków w Broniszewicach.
  • Filmoterapia z „Supernovą” – filmolożka Grażyna Torbicka i psycholożka Martyna Harland rozmawiają o tym, czy zdrowie partnerów to jeszcze przestrzeń indywidualna każdego z nich, czy już przestrzeń wspólna związku.
  • Poradnik kreatywnego pisania
  • Kolejny portret psychoastrologiczny: poznajemy Raka.
  • Polecenia książek i filmów rozwojowych.
  • Informator o warsztatach

Życzymy Wam, mili Czytelnicy, pełnych emocji lektur i relaksujących wakacji!

Redakcja magazynu SENS

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zwierciadło poleca

"Sens" z Salmą Hayek na okładce już w sprzedaży

W lutowym wydaniu piszemy oczywiście o miłości. Choć nieco na przekór... Zastanawiamy się również nad potrzebą duchowości we współczesnym świecie. Co jeszcze w numerze?

„Pandemiczno-zimowe otumanienie dopadło nas wszystkich. A tzw. narodowa kwarantanna tylko stwarza ku niemu idealne warunki. Nie musimy wstawać skoro świt i jechać do pracy, bo przeważnie jesteśmy na home office, nie biegamy po pracy po wyprzedażach, nie złościmy się na to, że potem przez korki spóźnimy się na fitness, czyjeś urodziny czy promocję nowej marki. Świat nas nie woła. Nikt nas nie woła. Mamy wreszcie ten czas dla siebie.  I to tylko od nas zależy, jak go wykorzystamy” – przypomina redaktor naczelna Joanna Olekszyk

Nasza okładkowa bohaterka, Salma Hayek wykorzystała ostatnie miesiące na rolę Ajak, przywódczyni marvelowskich superbohaterów w firmie „Eternals”, który ma mieć premierę w lutym. Aktorka nie ukrywa radości z tego, że wreszcie wcieliła się w nieustraszoną wojowniczkę. Podobnie jak nie ukrywa swojego wieku – jesienią skończyła 54 lata. Jest w doskonałej formie, a od kiedy została mamą  (jej córka ma 13 lata) zaczęła jeszcze bardziej dbać o zdrowie. Niektórzy zarzucają Salmie, że zwolniła tempo, co ona sama skomentowała następująco: „Przede mną nowe wyzwania, ale są one związane z moją córką. Dzięki niej zrozumiałam, że powinnam trochę zwolnić tempo. (...) Nie przyjmuję już wszystkich ofert z Hollywood, częściej wybieram te od miejscowych twórców, by nie przeżywać rozłąki z rodziną. Mam już taki komfort, że czytam tylko te scenariusze, które mnie interesują”.

Można by powiedzieć, że gwiazda poszła na kompromis... A to właśnie on jest przedmiotem lutowego Tematu Numeru, w którym z pomocą ekspertów: psychologów, terapeutów, prawników – zastanawiamy się nad kompromisami w miłości. Czy i na ile jest na nie miejsce, jeśli chodzi o dzieci, światopogląd, pieniądze... a nawet rozstanie, gdy dylemat przyjmuje formę pytania: rozwód czy separacja?

Dodatkowy Temat Numeru opowiada o potrzebie duchowości we współczesnym świecie. Ewa Klepacka-Gryz pisze o nowych wyzwaniach w terapii (słowo „terapia” oznacza nic innego jak „leczenie duszy”); Hanna Samson bada, czy poszukiwaniom czegoś większego musi towarzyszyć zinstytucjonalizowana religia, a pochodząca z Ameryki Południowej terapeutka Ranjana A.Pomar zdradza sposoby na praktykowanie szamanizmu w dużym mieście.

Kontynuujemy także nasze stałe cykle, m.in.: „Kasia na kryzys”, w którym Katarzyna Miller dzieli się nowymi interpretacjami popularnych baśni; „Rodzaj męski”, gdzie toczy się rozmowa o zmianie z męskiej perspektywy i ostatni już odcinek „Terapii Jednego Spotkania”. W lutowym SENSie nie brakuje oczywiście kolejnego portretu psychoastrologicznego –  dziennikarka Aleksandra Nowakowska i astrolog Piotr Gibaszewski odsłaniają przed nami tajemnice zodiakalnego Wodnika.

Jeszcze raz przywołujemy wstępniak Joanny Olekszyk i jej słowa, że to każdy samodzielnie decyduje, na co przeznaczy dany mu czas. Ale może przyda się Wam, Drodzy Czytelnicy, mała podpowiedź, co warto uwzględnić w swoich planach? Oczywiście, lekturę SENSu, do której zapraszamy, jak zawsze dołączając serdeczności i podziękowania za Waszą obecność od całej redakcji.

  1. Kultura

Aktorka, która wyprzedziła swoje czasy. Marlena Dietrich oczami Tomasza Raczka

Marlenę Dietrich kochały miliony, ale też miliony uważały za zdrajczynię w drogim futrze. (Fot. Getty Images)
Marlenę Dietrich kochały miliony, ale też miliony uważały za zdrajczynię w drogim futrze. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Fascynująca, odważna, burząca stereotypy, a może skoncentrowana na sobie, żądna wrażeń i niemogąca pogodzić się z upływem czasu? Kochały ją miliony, ale też miliony uważały za zdrajczynię w drogim futrze. Jaka była naprawdę Marlena Dietrich, gwiazda starego kina, a jednocześnie na wskroś nowoczesna kobieta, próbujemy ustalić razem z Tomaszem Raczkiem, krytykiem i publicystą, prywatnie jej wielkim fanem.

Marlena Dietrich w jednej ze scen filmu 'Destry znowu w siodle' z 1939 roku. (Fot. East News) Marlena Dietrich w jednej ze scen filmu "Destry znowu w siodle" z 1939 roku. (Fot. East News)

Marlena Dietrich (własc. Marie Magdalene Dietrich) urodziła się 27 grudnia 1901 roku w berlińskiej dzielnicy Schöneberg. Międzynarodowy rozgłos przyniósł jej film "Błękitny anioł" z 1930 roku. Jej najbardziej znane piosenki to "Falling In Love Again", "Where Have All The Flowers Gone" czy "Lili Marlene". Zmarła 6 maja 1992 roku w Paryżu.

W czasach, kiedy Marlena Dietrich była na topie, widzowie po obejrzanym filmie z jej udziałem pytani, co im się najbardziej podobało, odpowiadali: „Nogi Marleny Dietrich”.
W dodatku podobno ubezpieczone na jakieś bajońskie sumy. O niczyich nogach się tyle nie mówiło, co o jej i jeszcze może Josephine Baker. W związku z tym wszyscy chcieli zobaczyć, co jest w nich tak wyjątkowego, że aż tyle kosztują. Rzeczywiście miała piękne nogi, i bardzo długo się nimi chwaliła, nawet jako pani mocno już w latach. Jednak w jej ostatniej  filmowej roli,  filmie „Zwyczajny żigolo” z 1978 roku, już ich nie zobaczymy. W kontrakcie miał się znaleźć zapis, że nie można pokazywać jej od pasa w dół. W scenie, w której występuje, a gra tam epizod szefowej żigolaków, pojawia się w pustej restauracji, staje za fortepianem, który w połowie ją zakrywa i śpiewa tytułową piosenkę „Just a gigolo” tym swoim zduszonym głosem, tak jakby każdy wyraz miał być ostatnim. To było właściwie jej pożegnanie z karierą, ostatni publiczny występ. Wzięła udział jeszcze w dokumencie Maximiliana Schella „Marlene” z 1984 roku, ale jedynie jako narratorka. Od tego czasu aż do śmierci zaszyła się w swoim apartamencie w Paryżu i całkowicie wycofała z życia publicznego.

Mówiono, że – podobnie jak w wypadku jej filmowej rywalki Grety Garbo, która w wieku 36 lat zniknęła z przestrzeni publicznej był to wynik jej niepogodzenia się z upływającym czasem.
Na pewno zdawała sobie sprawę z tego, że jej słynne nogi nie są już takie, jakie chciałaby, by były. Ale poza tym była osobą bardzo inteligentną i nowoczesną, podchodziła do sprawy wręcz marketingowo. Miała świadomość, że w jej interesie jest utrzymać mit pięknych nóg i że dla jej kariery i wizerunku lepiej będzie, jeśli ich już nie pokaże. Myślę, że z jej strony była to czysta kalkulacja.

Kiedy umawialiśmy się na tę rozmowę, powiedział pan, że spośród wszystkich gwiazd złotej ery Hollywood wybrałby pan właśnie Marlenę Dietrich jako tę najbardziej intrygującą, mimo upływu tylu lat. Dlaczego?
Dla mnie ona jest niezmiennie intrygująca i bardzo współczesna w swoim podejściu do kariery i życia. Powiedziałbym nawet, że Dietrich miała kilka żyć, niczym kot. Pewnie nie doliczylibyśmy się aż siedmiu, ale pięciu na pewno. Najpierw była przedwojenną gwiazdą filmową w Niemczech, prawdziwym brylantem w kolekcji aktorek UFA, największej niemieckiej wytwórni filmowej. I zrobiła tam naprawdę porządną, profesjonalną karierę – była po szkole teatralnej, umiała grać na skrzypcach, tańczyć, śpiewać, znała języki obce, nie była tylko piękną kobietą, która świetnie prezentuje się przed kamerą, ale osobą doskonale – oczywiście według europejskich standardów – przygotowaną do tego zawodu. Te jej nogi pojawiły się trochę przez przypadek, w „Błękitnym aniele” Josefa von Sternberga, jej pierwszej znaczącej roli. I wszyscy zwrócili na nie uwagę. W ten sposób zaczęła się jej międzynarodowa kariera. Von Sternberg był nią zachwycony, a że był wtedy już uznanym reżyserem w Hollywood, ściągnął ją tam i kręcili  film za filmem. „Maroko”, „Szanghaj Ekspres”, „Zniesławiona” – stały się głównym elementem jej dorobku filmowego. I tak zaczęło się drugie życie Marleny Dietrich. Bo Marlena niemiecka i amerykańska to były dwie różne aktorki. W Ameryce po raz pierwszy dała się komuś uformować. Tym kimś był Sternberg. Stworzył praktycznie cały jej wizerunek filmowy, łącznie z fryzurą, słynnymi brwiami, sposobem ubierania się, co z dzisiejszego punktu widzenia, kiedy już wiemy, jak silną była osobowością, jest aż zdumiewające. Jej wizerunek nie zasadzał się tylko na tym, jak gra i jak wygląda, ale też – co zależało już tylko od reżysera i operatora – jak jest filmowana, pokazywana. To były te piękne czarno-białe zdjęcia, niesłychanie rzeźbiące jej twarz i sylwetkę.

Jestem prawie pewna, że to właśnie w „Perłach z lamusa”, które prowadził pan z Zygmuntem Kałużyńskim, usłyszałam po raz pierwszy, że Dietrich wiedziała, że ma dość płaską twarz i trzeba oświetlać ją z góry, by tworzyła coś na kształt trójkąta.
I moim zdaniem fakt, że ona się tego nauczyła, był właśnie zasługą von Sternberga. Tworząc jej wizerunek, w pełni świadomie odrzucił to, co w niej było słabsze, a wyeksponował to, co było najlepsze. A ona równie świadomie się na to zgodziła. I z tym perfekcyjnie uszytym wizerunkiem dotrwała do II wojny światowej. Wtedy dopiero pokazała się od zupełnie innej strony, która nie jest wcale typowa dla gwiazd ekranu, mianowicie od strony poglądów politycznych. Powiedziała: „W żadnym wypadku nie wracam do Niemiec, bo jestem przeciwko faszyzmowi”. To była bardzo trudna decyzja dla niej jako Niemki, bo opowiedziała się przeciwko swojej ojczyźnie.

Ale ona opowiedziała się przeciw faszyzmowi…
Pani mówi to z dzisiejszej perspektywy. Jeśli przy niej zostaniemy, to można by pomyśleć: a co w tym heroicznego, że nie popierała Hitlera? Wtedy dla Niemców znaczyło to jedno: opowiedziała się przeciwko ich realnej władzy – faszystowskiej czy nie. Nie dość tego, w Niemczech została jej matka. Dietrich, odmawiając powrotu do Berlina, zamknęła więc sobie jakąkolwiek drogę do kontaktu z nią. Tamta decyzja miała swoje konsekwencje do końca życia aktorki, a nawet jeszcze długo po jej śmierci. Kiedy po raz pierwszy wystąpiła po wojnie w Berlinie, to wcale nie powiedziano jej: „Wiemy, że Hitler i faszyzm były wielką pomyłką i plamą na historii Niemiec – miałaś rację”. O nie, mówiono nadal: „Ty zaparłaś się swojej ojczyzny”. Nie wybaczono jej tego. Bardzo trudno jej było odbudować swoją pozycję w Niemczech. Właściwie do dzisiaj zdarzają się protesty wokół jej grobu na berlińskim cmentarzu.

Czytałam o napisie bezczeszczącym jej grób: „tu leży „k... w futrze”. Dopiero po jej śmierci, w stulecie urodzin, w 2001 roku burmistrz Berlina Klaus Wowereit przeprosił ją za krzywdy, których doznała ze strony rodaków.
Oczywiście ta bardziej światła część społeczeństwa rozumiała jej powody i zgadzała się z nimi, ale byli tacy – w Polsce też by pewnie się znaleźli – którzy nigdy jej tego nie zapomnieli. Krótko mówiąc, wtedy rozpoczęło się kolejne, trzecie już życie Marleny Dietrich. Silnej, świadomej intelektualnie i politycznie osoby, w dodatku odważnej, która jest w stanie podjąć decyzje formujące jej życie, z konsekwencjami ciągnącymi się przez lata. A to nie było typowe!

Gdybym teraz panią zapytał, jakie poglądy polityczne miała Pola Negri albo Greta Garbo – nie wiemy tego, bo wtedy gwiazdy nie zdradzały się ze swoimi sympatiami lub antypatiami politycznymi. A Marlena robiła więcej – jeździła na front śpiewać dla amerykańskich żołnierzy. I tego nie mogli jej zapomnieć rodacy: „Jak to?! Śpiewała dla tych, którzy walczyli z naszymi chłopcami?! Faszyści, nie faszyści, ale to byli nasi chłopcy. A ona śpiewała dla wrogów, którzy ich zabijali”. Uważam, że to był z jej strony wielki akt odwagi. Gdybym miał wymienić współczesną gwiazdę, która byłaby jej największą spadkobierczynią, to wskazałbym na Jane Fondę. Ona wzięła to, co najlepsze, z przykładu Marleny. Może nie ma jej talentu wokalnego, ale ma tę samą świadomość, tę samą odwagę i to samo zdecydowanie, by bronić swoich poglądów.

Skończyła się II wojna światowa. Czy dla Marleny zaczęło się kolejne, czwarte życie?
Próbowała wrócić do filmu, ale to było już niemożliwe. Świat się zmienił. Dla tej Marleny Dietrich, którą była przed wojną, nie było już miejsca. Skończyło się zapotrzebowanie na gwiazdy w starym stylu. Weszliśmy w lata 50., 60., pojawiły się nowe twarze i nowe kariery. Przykładem ich była choćby Brigitte Bardot, bezpośrednia, zwyczajna, bosonoga. A mądra Marlena, kiedy zobaczyła, że jej kariera w Stanach Zjednoczonych się wypaliła, wyjechała do Paryża, który zawsze kochała, a że była poliglotką, mogła sobie na to swobodnie pozwolić. Z Paryża było też bliżej do Niemiec, zaczęła więc jeździć do ojczyzny i odwiedzać matkę, dawać koncerty, od początku oswajać Niemców ze sobą. Zagrała w kilku filmach, w tym w „Wyroku w Norymberdze”, ostatnim dużym filmie ze znaczącą rolą. I cóż, trzeba było wymyślić siebie na nowo. A ponieważ zawsze śpiewała w filmach, wpadła na pomysł, że bardziej płynnym przejściem z tamtej kariery do nowej stanie się estrada. Będzie wychodziła na scenę nadal jako wielka gwiazda, posągowa, niedostępna i odpowiednio oświetlona – do tego wyśpiewująca swoim niesamowitym, seksownym głosem największe standardy (Dietrich nigdy nie miała wielkiego głosu, ale miała ogromny talent posługiwania się nim). I to zaiskrzyło! Tak narodziło się czwarte wcielenie Marleny, z którym objechała cały świat.

W tym Polskę, gdzie koncertowała dwukrotnie.
Zgadza się, i za każdym razem była niesamowicie magnetyczna, fascynująca. Do tego z szerokimi artystycznymi horyzontami. Dowód? Nie wahała się wziąć od młodego muzyka Czesława Niemena piosenki „Czy mnie jeszcze pamiętasz?”, którą usłyszała w Sali Kongresowej, podczas koncertu Czarno-Czarnych, i włączyć ją do swojego repertuaru z nowym tekstem w języku niemieckim. Nawet dzisiaj mało jest artystów światowej klasy, którzy biorą jakąś polską piosenkę, bo zobaczyli w niej potencjał. We wszystkim, co robiła, co mówiła i co pisała Marlena Dietrich, przejawiała się niezwykła umiejętność krytycznego spojrzenia i nazwijmy to po imieniu – inteligencja, która wcale nie jest taka częsta i oczywista u gwiazd.

Dietrich była też trendsetterką. To ona wymyśliła na przykład słynne naked dress, czyli sukienki, które wyglądają jakby się nie miało niczego na sobie, jedynie kryształki i frędzle.
I pajety! Wyglądała w nich zjawiskowo. Widziałem jej ostatni zarejestrowany koncert w Londynie, była ubrana w tak wymagającą suknię, że każdy mankament figury byłby w niej od razu widoczny – podobno zszywano ją na niej przed wejściem na estradę – a prezentowała się bez zarzutu. Myślę, że ona całe życie miała świadomość, że musi być właśnie bez zarzutu, a jeśli zarzuty się pojawią, to nie będzie jej wcale.

To również w pewnym sensie akt odwagi.
Też bym tak to określił. Marlena wiele razy dała wyraz swojej niepokornej naturze, że wspomnę jeszcze o wielokrotnym odrzuceniu zaproszenia Adolfa Hitlera, który bardzo chciał ją ściągnąć ze Stanów do Niemiec i za każdym razem obiecywał, że będzie grała, w czym będzie chciała, a ona za każdym razem mówiła: nie.

Kiedy myślę o filmie, który najbardziej oddaje jej charakter i osobowość jako artystki, wybrałabym chyba „Maroko”, w którym nie dość, że pali papierosa za papierosem, to jeszcze gra w smokingu i całuje kobietę.
Można powiedzieć, że „Maroko” było jej „Casablancą”. Ja wymieniłbym jeszcze „Szanghaj Ekspres”. Oczywiście należałoby się zastanowić, ile w tej kreacji było geniuszu reżysera, a ile jej inwencji, ale na pewno czuła się w tej odsłonie jak ryba w wodzie. Nie była laleczką, która daje się ustawić i wystylizować, ale działo się to przy jej udziale, a od pewnego czasu nawet z jej inicjatywy.

Marlena Dietrich w słynnej 'naked dress' podczas koncertu Deutsches Theater w 1960 roku. (Fot. A.Schorr/BEW Photo) Marlena Dietrich w słynnej "naked dress" podczas koncertu Deutsches Theater w 1960 roku. (Fot. A.Schorr/BEW Photo)

Dużo się mówiło o jej życiu miłosnym. Miała tylko jednego męża – filmowca Rudolfa Siebera, któremu urodziła córkę Marię i z którym przyjaźniła się do końca, choć wiedli życia całkowicie osobne. Miała też kochanków, w tym tak znanych jak Erich Maria Remarque czy Jean Gabin, oraz kochanki…
Marlena była biseksualna, co na tamte czasy było bardzo ekscentryczne. Powiedziałbym, że jej życie uczuciowo-seksualne ukazywało ją pod jeszcze innym kątem, że to było jej piąte życie. W tej sferze okazała się chyba najbardziej postępowa. Jej córka podsumowała to wprawdzie w swoich wspomnieniach tak, że matka z niej była żadna: zawsze niedostępna, skoncentrowana na sobie i chłodna. Macierzyństwo ewidentnie nie było dla niej przeżyciem artystycznym. A seks – owszem. Ona stale potrzebowała bodźców. Męskie, powiedziałbym nawet: lesbijskie elementy jej wizerunku, jak wspomniany przez panią smoking czy pocałunek z inną kobietą, nie wisiały w powietrzu, tylko odnajdywały uzasadnienie w jej osobowości, co czyniło ją jeszcze bardziej fascynującą. I to dla obu płci. Mężczyźni byli ogromnie zauroczeni Marleną, ale i kobiety ją podziwiały. Niektóre aktorki irytują inne kobiety, a są takie, które kobiety kochają. Zygmunt Kałużyński zawsze powtarzał, że gwiazdą, która stała się sławna dzięki temu, że właśnie kochały ją kobiety, bo mężczyźni mniej zwracali na nią uwagę – była Audrey Hepburn. Dziś przyznałbym mu rację. Natomiast Marlena fascynowała po równo.

Marlena Dietrich i mężczyźni jej życia: pisarz Erich Maria Remarque, który uwiecznił ją na kartach powieści 'Łuk triumfalny' (na pierwszym planie) i reżyser Josef von Sternberg, który stworzył jej filmowy wizerunek. (Fot. East News) Marlena Dietrich i mężczyźni jej życia: pisarz Erich Maria Remarque, który uwiecznił ją na kartach powieści "Łuk triumfalny" (na pierwszym planie) i reżyser Josef von Sternberg, który stworzył jej filmowy wizerunek. (Fot. East News)

Czytałam, że największe gwiazdy kina miały w sobie właśnie to coś, co przyciągało obie płcie. Na przykład James Dean czy współcześnie – Angelina Jolie.
Angelinę Jolie to bym tu jednak oprotestował. Mam z nią taki problem, że dużo wiemy o jej wydarzeniach miłosno-rodzinnych czy zdrowotnych, nawet o jej zaangażowaniu społecznym, natomiast gdybym miał wymienić jej wybitne role, to nie wymieniłbym żadnej. Dlatego nie nazwałbym jej gwiazdą. Natomiast rzeczywiście może pociągać swoim wyglądem i seksapilem.

Kiedy patrzę na życie Marleny Dietrich, zastanawiam się, czy epoka gwiazd się już ewidentnie skończyła. Czy aktorki wzbudzają dziś takie emocje jak kiedyś? Może – jak powiedziała Catherine Deneuve – stały się zbyt dostępne, zbyt zwyczajne?
Myślę, że obecnie największe emocje, zarówno te pozytywne, jak i negatywne, wzbudzają gwiazdy, które nazwałbym działaczkami. To kobiety z silną osobowością, inteligencją i silnym ego, do tego zaangażowane w sprawy społeczno-polityczne w sposób wyrazisty, biorące udział w marszach, a nawet dające się aresztować. Wspomnieliśmy już Jane Fondę. Do tego grona zaliczyłbym jeszcze Meryl Streep, której poczynania śledzę z zainteresowaniem zarówno kiedy gra, jak i kiedy przemawia. Z całego grona kobiet, o których mówimy, jest ona zdecydowanie najwybitniejszą aktorką. Natomiast młode gwiazdy, moim zdaniem, są dziś głównie celebrytkami: wiemy o tym, w co się ubierają czy jak mieszkają, a rzadko wiemy, jakie mają poglądy. Ale dzisiaj jest miejsce i na takie gwiazdy, i na inne oraz na dziesiątki celebrytek, co więcej – i będzie to najbardziej rewolucyjna koncepcja mojego autorstwa – uważam, że nie tylko nastąpił koniec zapotrzebowania na gwiazdy, do których się ludzie modlą i które uważają za archetypy kobiecości, ale że gwiazdami przyszłości będą… twory wirtualne, wykreowane, nieistniejące w realnym życiu.

Marlena Dietrich ze swoją przyjaciółką, piosenkarką Edith Piaf. (Fot. East News) Marlena Dietrich ze swoją przyjaciółką, piosenkarką Edith Piaf. (Fot. East News)

Ma pan na myśli na przykład postaci z gier komputerowych, jak Tomb Raider?
Dokładnie tak. Edward Gordon Craig, wielki reformator teatru, który wraz z kilkoma kolegami wymyślił na początku XX wieku zawód reżysera, powiedział, że żeby teatr mógł zrobić krok dalej, potrzebna jest Nadmarioneta, czyli sztuczny aktor lub aktorka. Bo największym problemem dla sztuki jest fakt, że aktorzy są ludźmi. Nadmarionetka nie dozna kontuzji, nie powie, że się nie rozbierze do tej sceny czy nie powie jakiejś kwestii, bo obraża jej uczucia religijne. Dzisiaj, czyli 100 lat później, okazało się, że teoria Craiga jest możliwa do realizacji – stało się to w „Avatarze” Jamesa Camerona. Moim zdaniem będzie coraz więcej wirtualnych aktorów z „wkładką” ludzką, potrzebną do tego, by odwzorować ludzkie ruchy czy mimikę. I powiem pani, że ja jestem gotowy na taką gwiazdę.

Czyli Marlena, stworzona komputerowo, może powrócić?
Myślę, że jeśli już, to będzie to nad-Marlena, ktoś zupełnie inny, kto nie będzie powtarzał tego, co już było i kto – co najważniejsze – nie będzie się starzał ani umierał.

Tomasz Raczek, teatrolog, krytyk filmowy i publicysta, wydawca Instytutu Wydawniczego Latarnik. Autor programów radiowych, telewizyjnych i internetowych, m.in. legendarnych „Pereł z lamusa”, które prowadził wspólnie z Zygmuntem Kałużyńskim. Obecnie ma swój kanał „Wideorecenzja Tomasza Raczka“ na YouTubie, a w nowo powstałym Radiu Nowy Świat prowadzi program „Raczek Movie”.

  1. Zwierciadło poleca

Styczniowy numer „Sensu" już w sprzedaży

Bohaterką naszej okładki jest cudownie nieperfekcyjna Emma Thompson. A w Temacie Numeru pytamy czy można być szczęśliwym w trudnym czasie?

 

No bo z czego się cieszyć, skoro nasze plany wzięły w łeb, towarzyszy nam frustracja, lęk i poczucie niepewności? Tylko czy aby nie mylimy szczęścia z radością i przyjemnością? Tych rzeczywiście ostatnio mniej. A jednak wciąż mamy wiele rzeczy, za które możemy być wdzięczni i które są w zasięgu naszego działania. „Jest tylko jedna droga do szczęścia – przestać się martwić rzeczami, na które nie mamy wpływu” – przekonywał wieki temu grecki lozof Epiktet. Jego słowa przywołuje w tym numerze coach Piotr Bucki. Jeśli coś od nas nie zależy – przestaje być ważne – tłumaczy. „Szczęście to spokój umysłu” – pisze w książce „Oświecenie 24h na dobę” Nitya Patrycja Pruchnik, przewodniczka duchowa, z którą też rozmawiamy. Oboje przekonują, że najważniejsze to znaleźć oparcie w sobie,  skoro świat już nam go nie daje.

A jak widzi to Emma Thompson? Mówi o sobie, że jest wielką szczęściarą. Długo marzyła o tym, by zostać matką, z pierwszym mężem to się nie udało, mimo leczenia i mnóstwa badań. Dzisiaj dzieci to jej największa duma. Gwiazda cieszy się życiem, kocha swoją pracę i jest naprawdę rewelacyjna w tym, co robi. Choć w ubiegłym roku skończyła 60 lat, absolutnie nie myśli o emeryturze. Co więcej, przyznaje, że dopiero teraz czuje się fantastycznie.

W naszym Temacie Specjalnym nawołujemy do odpoczynku. Problem z odpoczywaniem nie polega na tym, że nie mamy pomysłu, jak to zrobić, a na tym, że przestaliśmy rozpoznawać stan zmęczenia. Nie czekajmy na weekend, wakacje czy ... emeryturę? Bo odpoczynek jest równie ważny jak oddech!

"Sens" nie byłby sobą, gdyby zabrakło tekstów o relacjach. „Świat to połączenie przeciwności, skrajności, jin i jang. Można się żreć z kimś, kto jest inny, a można się od niego czegoś dowiadywać i odnajdować w sobie inne odpowiedzi. Ale to wymaga spojrzenia na siebie z boku” – mówi Katarzyna Miller, z którą rozmawiamy o skonfliktowaniu społeczeństwa. W cyklu „Rodzaj męski” pytamy psychoterapeutę Marcina Grudnia, czy dobrze być chłopcem, a z dziennikarką medyczną Bożena Stasiak, autorką książki „Zwierzenia Polaków”, zastanawiamy się, dlaczego tzw. biały seks coraz częściej zastępuje tradycyjne życie intymne.

Styczniowe wydanie przynosi również psychoastrologiczny portret Koziorożca, lekcję cieszenia się drobnymi przyjemnościami od Angilków i zachętę do zabawy, z której w dorosłości rezygnujemy – ze szkodą dla siebie i całej rodziny, więc czas to zmienić, zwłaszcza że nadchodzi karnawał.

Nie sposób zakończyć inaczej niż nawiązaniem do świąt. „Nie dwa razy się nie zdarza”, owszem, ale w tym roku czas Bożego Narodzenia i przełomu roku naprawdę będzie inny. Nie wszyscy usiądą razem przy wigilijnym stole, nie będzie tak wielkiego zamieszania z prezentami, wyjazdami na narty czy przyjęciami. Część́ z nas być́ może spędzi go w samotności czy nawet kwarantannie. Ale tym bardziej starajmy się przeżyć go świadomie!

Z najlepszymi życzeniami dla Was, Mili Czytelnicy!

Redakcja Sensu

  1. Zwierciadło poleca

Grudniowy numer "Sensu" już w sprzedaży

Grudniowy numer
Grudniowy numer "Sensu" już w sprzedaży
Na okładkę grudniowego wydania magazynu "Sens" trafiła Agatha Christie. Niekwestionowana królowa kryminału, to jej zawdzięczają swoje istnienie legendarni Hercule Poirot i panna Marple. Joanna Olekszyk w rozmowie z tłumaczką książek Christie Anną Bańkowską - sprawdza, ile w nich z życia i pasji samej autorki, oraz z których powieść - zapewne ku zaskoczeniu niejednego czytelnika - była ona najbardziej dumna.

Temat Numeru poświęcamy zdradzie - o jej istocie, powodach i "życiu po" mówią terapeuci. Katarzyna Miller wyjaśnia, czym może być zdrada i dlaczego tak rani. Robert Rutkowski sięga do motywacji osoby, która posuwa się do niewierności. Joanna Godecka radzi, jak zareagować na zdradę wobec przyjaciela. Ewa Klepacka-Gryz przedstawia krajobraz po bitwie.

Temat Dodatkowy przygotowaliśmy pod hasłem "Stres precz!". Bieżący rok dostarczał i nadal dostarcza nam silnych emocji, a te warto od razu rozładowywać. Tym razem proponujemy "nie robić nic" - to wcale niełatwe, bo żyjemy pod presją efektywności i każda przeznaczona na tzw. nic nierobienie chwila wywołuje w nas wyrzuty sumienia... Oraz, wspierając się wedyjską tradycją, przedstawiamy kilka inspiracji do znalezienia spokoju w wielkim mieście.

Grudniowym wydaniem inaugurujemy rubrykę "psychoastrologia". Jakie wyzwania czekają nas w 2021 roku? Jak poszczególne znaki Zodiaku mogą wykorzystać ten okres dla swojego rozwoju?

Co jeszcze? Jak zwykle, wiele tekstów o relacjach: w cyklu Terapia Jednego Spotkania szukamy źródła niepokojów, jakie w wielu z nas wywołują święta; w rubryce Trudny Temat pytamy ekspertkę, na czym polega dobra opieka nad seniorami; w tekście o nastolatkach wyjaśniamy, dlaczego najfajniejsza rodzina nie zastąpi przyjaciół.

Numer ukazuje się w listopadzie, zatem na świąteczne życzenia przyjdzie jeszcze czas, dziś przede wszystkim życzymy Wam, Drodzy Czytelnicy, dostrzegania małych radości na co dzień (jakkolwiek burzliwie jest wokół nas) do czego - mamy nadzieję - lektura naszego magazynu trochę się przyczyni.

Najserdeczniej, Redakcja magazynu "Sens"

  1. Zwierciadło poleca

Listopadowy numer SENSu już w sprzedaży

Listopad to kulminacja jesieni a krótkie dnie skłaniają do melancholii - niewiele osób wyczekuje tego okresu w roku. Skoro jednak przeżywamy go regularnie, to może warto zmienić swoje przekonania? Do dostrzeżenia zalet jesieni zachęca Katarzyna Miller w kolejnym odcinku cyklu „Kasia na kryzys”.

Do doświadczenia kryzysu wracamy w jeszcze kilku tekstach, m.in w rozmowach z psychoterapeutą Pawłem Droździakiem - o tym, co oznacza dla mężczyzny bycie porzuconym oraz Joanną Górską i Robertem Szulcem - o tym, jak walka z rakiem wzmocniła ich związek.

Co jeszcze nas wzmacnia i buduje naszą odporność, którą Redaktor Naczelna Joanna Olekszyk wytypowała w swoim wstępniaku do listopadowego SENSu na słowo roku? Uważność, celebrowanie chwili, relacje, ale i odpowiednia dieta. Odżywianiu poświęciliśmy Temat Specjalny numeru - w czterech tekstach z udziałem ekspertów szukamy odpowiedzi na pytanie: jakie jedzenie służy nam najbardziej?

A w Temacie Numeru skupiamy się na mózgu, naszym najwierniejszym przyjacielu. Z troski i nadgorliwości czasami stawia organizm w stan alarmu bez szczególnego powodu, ale taka jest jego rola, ponieważ dąży do tego, by uchronić nas przed niebezpieczeństwem. Ostatnie dziesięciolecia przyniosły rozwój wiedzy o funkcjonowaniu tego naszego osobistego komputera, a i tak jesteśmy dopiero na początku drogi. Co jednak wcale nie oznacza, że nie mamy wpływu na pracę mózgu - wprost przeciwnie, odpowiednimi ćwiczeniami i stymulacją możemy mu pomóc dłużej zachować formę.

I zataczając koło, wracamy do początku, czyli bohaterki okładki: „Walecznej i romantycznej” Keiry Knightley, uznanej aktorki i matki dwóch córek, którym nie opowiada tradycyjnych bajek. Na łamach SENSu gościmy jeszcze jedną aktorkę: Romę Gąsiorowską - po latach wykonywania zawodu już wie, czego zabrakło w jej edukacji i dziś chce zapełnia tę lukę w swojej szkole aktorskiej.

Zainspirowani słowami Katarzyny Miller życzymy Wam, Drodzy Czytelnicy, przyjemnego jesiennego spowolnienia, w którym łatwiej znaleźć czas na spotkania i rozwojowe lektury - redakcja SENSu