Agata Kulesza: „Dbam, aby moje życie nie polegało tylko na pracy”

Agata Kulesza w sesji dla "Zwierciadła", fot. Adam Pluciński / MOVE

Sukces może kompletnie zmienić człowieka. Ale nie ją. Na spotkanie przychodzi przed czasem, uśmiechnięta, bezpretensjonalna. W dżinsowej koszuli i bez makijażu. Zwyczajna dziewczyna.

Czy miłość zawsze musi przegrać ze sztuką?
W każdym związku, a tym bardziej, kiedy kochankowie są artystami, trzeba znaleźć równowagę między potrzebą tworzenia, realizowaniem swoich pasji a poszanowaniem tej potrzeby u partnera. Jeśli są ze sobą dwie silne jednostki i każda chce się spełniać jako artysta, to muszą znaleźć wspólną płaszczyznę, gdzie mogą spotkać się jako ludzie. Myślę, że to możliwe.

Pani się udało?
Dbam, aby moje życie nie polegało tylko na pracy. Fajnie, że ją mam, ale bardzo ważna jest dla mnie prywatność. Cały czas staram się zachować balans między tymi dwoma światami. Czasami lepiej jest tu, czasami tam, życie jest przecież dynamiczne, ale nigdy nie było tak, że liczyła się tylko praca. Mnie się wydaje, że ja w ogóle nie przenoszę pracy do domu. Owszem, pracuję w domu nad rolą, ale właściwie o tym nie rozmawiam.

Nie świętuje pani nagród?
Przyjemnie je otrzymywać, cieszę się z nich, ale to nie jest domownik. Naprawdę mój zawód to nie moja rodzina, on ze mną nie mieszka, nie siedzi ze mną przy stole.

Klęska też nie siedzi?
No jasne, że nie. Oczywiście, że czasem mogę być w gorszym nastroju, mogę być zdenerwowana, ale staram się tego stanu nie przenosić na życie prywatne. I myślę, że mi się to udaje. Wierzę, że jak się o to dba, to osiągnięcie równowagi staje się możliwe.

Agata Kulesza w sesji dla „Zwierciadła”, fot. Adam Pluciński / MOVE

A czym dla Pani jest macierzyństwo?
Macierzyństwo to jedna z najważniejszych, o ile nie najważniejsza rola. Jest moim wielkim szczęściem, moją odpowiedzialnością. Ale rozumiem, że ktoś może nie chcieć mieć dzieci, może go męczyć macierzyństwo. Ludzie są różni, matki też. Ja akurat jestem skonstruowana inaczej, może dlatego, że pochodzę z takiej rodziny, w której dzieci były bardzo ważne i dba się o siebie nawzajem. Ale rozumiem, że inni mogą się bać rodzicielstwa, odpychać je, wypierać. A jeszcze inni idą w to za bardzo, stają się nadopiekuńczy.

Musiała pani kiedykolwiek wybierać, czy być bardziej mamą, czy aktorką?
Nie, nigdy. Oczywiście, zdarzały się sytuacje, że ściągałam moją mamę czy teściów, żeby pomogli w opiece nad Marianką, ale gdybym stanęła przed wyborem, czy wyjechać do pracy na pół roku, czy zostać z nią, to nie miałabym cienia wątpliwości, co wybrać. Zostałabym. I czekałabym na to, co życie mi zafunduje, nie rezygnując, oczywiście, z zawodu, który uwielbiam.

Wielka diwa polskiego aktorstwa Nina Andrycz powiedziała kiedyś, że aktorka powinna rodzić role, a nie dzieci.
Mam inny stosunek do zawodu. Ja ról nie rodzę, tylko je konstruuję. I choć się cieszę, że uprawiam taki zawód, to nigdy nie miałam dylematu, co jest ważniejsze.

Córka nie poszła w pani ślady.
Nie, Marianka nigdy nie marzyła o aktorstwie, to jej nie pociąga. Wybrała weterynarię. Kiedy rozpoznała, na czym polegają jej studia, powiedziała: „Weterynaria jest super, bo wiadomo, że zwierzę jest zbudowane tak i tak, a praca w tym zawodzie nie zależy od ocen innych”.

To była, oczywiście, aluzja do pani zawodu?
Tak, celna zresztą. Bo cokolwiek aktor zrobi, ludzie to oceniają. Jedni powiedzą, że to piękne, inni, że beznadziejne. Ale na tym polega święte prawo widza. I człowiek musi sobie z tym radzić.

Pani sobie radzi?
Staram się. Tak naprawdę sama najlepiej wiem, czy to, co zrobiłam, jest dobre, czy nie. Czasem dziwią mnie różne opinie, ale w głębi duszy myślę sobie, że można było to lepiej pociągnąć albo że mi się coś udało, że właśnie tak chciałam.

Trzeba mieć dystans do ocen?
Tak, ale też zrozumieć, że jak się wybiera taki zawód, to od ocen się nie ucieknie. Czy tego chcemy, czy nie, będziemy recenzowani, w Internecie znajdą się hejty lub zachwyty. Trzeba mieć grubą skórę zarówno w przypadku krytyki, jak i komplementów, trzeba umieć je trochę od siebie odsunąć. Gram i ocenę zostawiam widzom. Oczywiście, z ludźmi, do których mam zaufanie – bliskimi, przyjaciółmi – rozmawiam na temat roli. Czasem mnie chwalą, czasem krytykują i ja się wtedy bronię albo zgadzam. Po zagraniu roli natomiast nie mam nic do zrobienia, ona żyje swoim życiem. Koniec, kropka.

Wydaje mi się, że aktor oprócz dystansu do oceny musi mieć też duże poczucie własnej wartości.
No chyba nie do końca. Zaobserwowałam, że wśród znajomych artystów imperatywem do tworzenia jest raczej zaniżona niż wysoka samoocena. Raczej smutek i cierpienie niż radość. Większość z nich to ludzie nieśmiali, wycofani, choć ich wizerunek publiczny może być zupełnie inny. Śmiem twierdzić, że człowiek tworzy częściej z deficytów niż z nadmiaru. Przy czym na ogół nie ma potrzeby, żeby opowiadać, że nie wierzy w siebie i jest beznadziejny. Często zdarza się też tak, że ktoś niepewny w życiu bywa pewny, gdy tworzy i broni swojego dzieła. To jeden z paradoksów tego zawodu.

Agata Kulesza w sesji dla „Zwierciadła”, fot. Adam Pluciński / MOVE

Pani też jest niepewna siebie?
O tak, choć wyrobiłam już sobie pewne mechanizmy obronne. Byłam bardzo nieśmiałym dzieckiem i nadal nie mam pewności siebie, muszę nad tym ciągle pracować. Ktoś mówi: „Świetnie, świetnie”, a ja sobie myślę: „Oj, nie wiem, bądź ostrożna”. Uważam, że nie należy za bardzo przejmować się opiniami innych. Nagroda to przyjemność, ale trzeba dać sobie prawo do tego, żeby coś źle zagrać, namalować, napisać, nawet za cenę hejtu.

Pani się nie hejtuje.
Jak to nie?! Piszą: „Stara, brzydka, ma zmarszczki, źle się ubrała”. Tylko że ja tego nie czytam, a jak to do mnie dotrze, to staram się tym nie przejmować.

A swoją drogą pani popularność to fenomen. Pani wolno więcej, na przykład wystąpić w popularnym show bez uszczerbku dla reputacji aktorskiej. Zastanawiała się pani dlaczego?
Nie wiem, czy wolno mi więcej. Myślę, że dość późno wypłynęłam jako aktorka, miałam już swoje lata, swoje myślenie o zawodzie, więc wiem, jak on wygląda z sukcesem i jak wygląda bez sukcesu. I to daje siłę. Powiedziałam sobie, że chcę pojawiać się w mediach tylko w związku z moją pracą. Teraz też rozmawiamy, bo mamy o czym – zagrałam w ważnym filmie. Ale nie pojawiam się w mediach często. Nie męczę więc ludzi sobą, mam nadzieję.

Agata Kulesza w sesji dla „Zwierciadła”, fot. Adam Pluciński / MOVE

Gra pani w komediach, dramatach, serialach, w teatrze. Ale tylko Paweł Pawlikowski zobaczył w pani coś, czego nie dostrzegli inni reżyserzy – melancholię, smutek.
Kamera w filmach Pawła rzeczywiście widzi we mnie głównie smutek. Bardzo lubię z nim pracować, bo lubię aktorstwo, jakie on proponuje. Minimalistyczne, precyzyjne, cieniutkie jak papierek. Paweł pilnuje aktorów, żeby nie korzystali ze swoich nawyków, nie pozwala gestykulować, za dużo mrugać, robić min. Pilnuje, żeby prowadzić postać „w byciu”, a nie w gestach. Nie lubi pokazywactwa, teatralizacji, wszystkiego, co za duże.

O pracy z Pawłem krążą legendy. Lekko ponoć nie jest.
Po „Idzie” byłam nauczona Pawła, wiedziałam, jak pracuje. Dla niego plan to takie laboratorium, gdzie każdy detal musi być dopracowany. Znany jest z tego, że robi wiele dubli. Kiedy mówi: „Ostatni dubel”, idziemy o zakład, ile będzie tych ostatnich. Niesamowite, z jakim oddaniem ludzie dla niego pracują, jakie mają do niego zaufanie. A wynika to stąd, że on ma zaufanie do nas. Wspaniale prowadzi aktorów. Dla niego scenariusz to punkt wyjścia, który może się zmienić pod wpływem tego, co przyniesie aktor.

W „Zimnej wojnie” gra pani taką Mirę Zimińską-Sygietyńską, czyli legendarną dyrektorkę zespołu pieśni i tańca Mazowsze, który w filmie nazywa się Mazurek.
Na planie pracowaliśmy z prawdziwym zespołem Mazowsze. Musiałam zagrać, że tańczę lepiej niż oni, a oni musieli zagrać, że nie potrafią tańczyć, co było dosyć skomplikowane. Jestem pełna podziwu dla ich dyscypliny, talentu, umiejętności współpracy, energii. W ogóle spotkałam na planie wspaniałych ludzi. Na przykład Marcina Maseckiego, wybitnego muzyka. Pamiętam niesamowity moment: noc, cisza, czekamy na jakieś ujęcie w opustoszałym pałacu, gdzie stoją dwa fortepiany. I nagle Marcin siada do jednego z nich i zaczyna grać. Pomyślałam: „Ależ jestem szczęściarą, że mam taki zawód. W jakiej innej pracy mogłabym w czasie przerwy słuchać, jak gra”.

Po raz kolejny spotkała się też pani na planie z Joanną Kulig.
Mam parę ulubionych scen z Aśką, które mnie absolutnie zachwycają. W ogóle jestem wielką fanką Joasi. To chodząca energia. Wydaje się często rozkojarzona, nigdy nie wiadomo, co zrobi, a jednocześnie nosi w sobie niesamowitą wiarygodność, autentyczność nie do przecenienia. W „Zimnej wojnie” dużo zagrała, śpiewając, jest w tym zachwycająca. Twierdzi, że nie lubi tańczyć, a do tego filmu musiała ćwiczyć pół roku jak sportowiec. Uważam, że przesunęła ścianę, przekroczyła granice swoich możliwości.

W Polsce zdobyła pani wszystko, co było do zdobycia. Pora na karierę zagraniczną?
Pojawiają się propozycje zagraniczne, ale to nie jest moją ambicją. Nie chcę się ścigać, na taką intensywność, na dodatkowy stres z tym związany nie mam już chyba siły. A poza tym nie mówię perfekcyjnie po angielsku. W Polsce dostaję ciekawe propozycje, w serialu „Pułapka” dla TVN gram interesującą rolę. Bardzo dbam o to, żeby uprawiać ten zawód na swoich warunkach. Chcę mieć czas na posadzenie kwiatków na tarasie, czytanie książek. Ten zawód jest niesamowicie emocjonalny i ponoszę tego konsekwencje. Staram się więc brać na siebie taki stres, jaki mogę wytrzymać, a nie dokładać sobie ponad miarę.

Agata Kulesza w sesji dla „Zwierciadła”, fot. Adam Pluciński / MOVE

Nie boi się pani wypalenia?
Boję się tylko tego, że mnie ten zawód znudzi. Ale dzięki Bogu nadal sprawia mi radość. Ostatnio zrobiłam sobie dłuższą przerwę, odpoczęłam i zatęskniłam za graniem na nowo.

Podobno miała pani zawał?
Nie miałam! To śmieszna historia. Powiedziałam gdzieś: „Pojechałam na badania, bo myślałam, że miałam zawał, a okazało się, że mam wypłukany potas”. Media to zdanie podchwyciły i przekręciły. Jak się potem pojawiłam na zaprzyjaźnionym bazarku, wszyscy pytali: „Co się stało, pani Agato?”. Stanęłam więc na środku i krzyknęłam: „Nie miałam zawału!”. I teraz zaprzyjaźnieni sprzedawcy się śmieją: „Pani Agato, mamy świetne pomidory, na serducho ekstra”.

Jaką naukę wyciągnęła pani z tej przygody?
Że trzeba mądrze planować pracę. Byłam wtedy totalnie przemęczona. Tuż po „Idzie” pracowałam jednocześnie w „Niewinnych” i „Krwi z krwi”, przemieszczałam się z planu na plan. Do tego doszło zawirowanie medialne z Oscarami, telefon dzwonił nieustannie. Zasypiałam na stojąco. Oczywiście, aktor jest pazerny na dobre role, trudno z nich zrezygnować. Ale trzeba umieć ocenić, czy się podoła.

Ma pani jakiś sposób na regenerację?
Tak, po prostu śpię. Wtedy bardzo mało spałam, przejeżdżałam z planu na plan. Kiedyś mogłam tak żyć i pracować, teraz już nie. Myślę, że ten zawód polega też na tym, żeby mieć odwagę odkryć nie tylko swoją siłę, ale i swoje słabości.

Premiery, festiwale to przyjemność czy męka?
Dla mnie idealna byłaby taka sytuacja, żebym mogła uprawiać ten zawód, tylko grając. Czasami jednak trzeba się gdzieś pojawić. Wybieranie sukni, malowanie, czesanie, przymierzanie butów to nie mój żywioł. Rozumiem, że moim obowiązkiem jest uczestniczyć w takich wydarzeniach, ale to nie mój świat. Najszczęśliwsza czuję się wtedy, gdy wracam do domu i mogę przebrać się w dresy.