Co daje nam praca?

Dziś ludzie nie chcą pracować tylko dla pieniędzy. Chcą się rozwijać, chcą poczucia, że ich starania czemuś ważnemu służą. (Fot. iStock)

Jak zarabiać pieniądze, by to nie stało się naszą udręką? Czy jeśli w pracę nie zaangażujemy się bez reszty, mamy szansę ją utrzymać? Odpowiedzi szuka psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Czy Adam i Ewa pracowali? A może, przez ich ochotę na jabłka, my teraz musimy się trudzić? Po co nam właściwie praca?
Z punktu widzenia fizyki odpowiedź jest prosta – pracą jest każde działanie, które wiąże się z koniecznością wydatkowania energii. Dla fizyka więc cały wszechświat stoi pracą – bo zgodnie z tą definicją pracują: słońce, rośliny, wiatr pewnie też. Także można śmiało powiedzieć, że wszelkie przejawy życia są pracą. Wracając do Adama i Ewy, to samo ich istnienie ( jeśli w ogóle istnieli) w sensie fizycznym było pracą, ale wszystko, co było im potrzebne do egzystencji, zapewniała im rajska natura. Zapewne więc leniuchowali na całego niczym rentier żyjący z procentów od odziedziczonego kapitału.

Czy praca to wyznacznik naszej godności, jak głosi chrześcijaństwo, dowód dojrzałości, jak pisał Zygmunt Freud, czy to może po prostu naturalna potrzeba człowieka?
Praca człowieka w pewnym momencie dziejów niejako dopadła. Dopadła szczególnie tych, którzy wędrując na północ, wylądowali w wymagającym klimacie umiarkowanym, czyli boleśnie zderzyli się z zimą. Okazało się wtedy, że trzeba budować ciepłe schronienia, magazynować żywność itp. I to dopiero było prawdziwe wygnanie z raju. Tu można zaryzykować paralelę do rajskiego mitu – od tego momentu zaczęły się wszelkie nieszczęścia ludzkości. Jednym z tych nieszczęść niewątpliwie jest praca.

Dla wszystkich jest ona nieszczęściem?
Nomadzi wędrujący po ogromnych, przebogatych w żywność połaciach ziemi nie musieli niczego gromadzić, nosić ze sobą, przechowywać na zapas, a to znaczy, że nie było wówczas w ludziach żadnej potrzeby bogacenia się. Jednocześnie nie istniało więc pole dla chciwości, konkurencji. Ale raj się skończył. I tym samym praca – czyli trud dodatkowy, większy niż ten potrzebny nomadom do zapewnienia sobie i rodzinie przetrwania – stała się koniecznością. Została nawet podniesiona do rangi obowiązku i cnoty. Czyż nie tak to wygląda do dziś także w naszym kraju?

Pracujemy więc, gdy wytwarzamy więcej, niż sami potrzebujemy, by m.in. zapłacić podatki! W porządku. Nieszczęście tkwi gdzie indziej: w tym, że – wbrew obietnicom – nie pracujemy mniej. Odwrotnie. Musimy pracować coraz więcej, nawet gdy wcale nie mamy chęci rywalizować.
To prawda, że zwyczajny człowiek, który nie chce brać udziału w szaleńczej rywalizacji, bo nie ma rozbuchanych konsumpcyjnych ambicji, ale chce utrzymać się na tym samym poziomie życia, który sobie przez lata wypracował, musi spędzać w pracy coraz więcej czasu. Bo ceny i koszty poziomu życia uważanego za przyzwoity wciąż rosną, co sprawia, że mimo nominalnego wzrostu dochodów realnie zarabiamy wciąż tyle samo albo mniej. W rezultacie pracujemy coraz więcej i zarabiamy coraz więcej, ale tylko po to, by… wydawać więcej. Wygląda więc na to, że system ekonomiczny przestaje służyć ludziom i że to raczej ludzie służą systemowi oraz dalszemu bogaceniu się tych, którzy dysponują kapitałem, czyli owego 1 proc. posiadającego 80 proc. tego, co da się przeliczyć na pieniądze na tej planecie.

System ekonomiczny służy nielicznym, a nawet sam sobie?
Na to wygląda. Praca powoli przestaje być miejscem, w którym zarabiamy na godne życie i w którym możemy realizować swoje ważne ludzkie potrzeby, jak choćby potrzebę autonomii, samorealizacji. Przestaje być czymś, co może dawać poczucie sensu. Dziś to system realizuje swoje potrzeby poprzez naszą pracę i pieniądze, które zarobimy. System karmi się tylko zyskiem. A od zysku wciąż rośnie, więc ciągle potrzebuje go więcej. Oznacza to, że potrzebuje też coraz więcej uzależnionych od konsumowania ludzi, gotowych zapracowywać się na śmierć, by kupić sobie kolejną rzecz nadającą pozorny sens pracy i życiu.

Jak się nie dać zamienić w takiego człowieka?
Formę obrony może stanowić rozwijanie pasji. Może nią być zaangażowanie w sprawy społeczne czy znalezienie czasu na rozwój duchowy. Najważniejsze, by nie zamiatać pod dywan tego, czego naprawdę potrzebujemy, czyli nie odkładać na potem życia w zgodzie z wyznawanymi przez siebie wartościami. System z pewnością nie będzie nam w tym pomagał, przeciwnie – promuje raczej te antyludzkie idee. Co więcej, system dąży do tego, by pracę ludzi zastąpić pracą robotów.

Czy dziś potrzeba sensu, o której wspomniałeś, jest dla nas równie ważna co wysokość wynagrodzenia?
Można czuć się użytecznym, zarabiając na minimalnym poziomie i płacąc minimalne podatki. To zależy od tego, czy nasza praca przyczynia się do wytworzenia czegoś pożytecznego, czy też służy tylko zarobieniu pieniędzy albo wręcz polega na wciskaniu ludziom czegoś, co im szkodzi. Wtedy można zarabiać dużo, zajmować wysoką pozycję społeczną, ale nie mieć poczucia sensu, bycia użytecznym, a jeszcze cierpieć z powodu niespokojnego sumienia.

Niektórzy próbują je zagłuszyć…
Tak, ale nie warto tego robić. Sumienie jest fundamentem systemu wartości, który większość z nas ma, i nasza praca nie powinna wchodzić z nim w konflikt. To, co robimy, nie może kłócić się z tym, co uważamy za dobre, bo to źle się kończy. Kiedy na przykład pracujemy w firmie, która produkuje coś, co szkodzi lub zagraża ludziom, gdy produkuje coś, co służy przemocy, agresji, zniszczeniu życia, sumienie nie da nam spokoju. Prawdopodobnie zapłacimy za to zdrowiem psychicznym, a jeśli uda nam się jakoś zagłuszyć emocje, to zacznie pewnie chorować nasze ciało…

Z różnych „ważnych mównic” można usłyszeć, że w sumie chciwość to nic bardzo złego…
Niewątpliwie teza ta służy systemowi, ale dla człowieka jest zdecydowanie lepiej, gdy pieniądze, podobnie jak prestiż i status, stają się skutkiem ubocznym dobrej i sensownej pracy. Można więc np. być chirurgiem i robić tak fantastyczne nowatorskie operacje, że wieść rozniesie się po świecie i nasz prestiż urośnie, choć wcale nam na tym nie zależało. W rezultacie zaczną przychodzić różne intratne propozycje i znacząco wzrosną nasze zarobki. Ale nadal podstawowym źródłem satysfakcji będzie dla nas to, że ratujemy ludziom życie.

praca marzeń
Idealnie jeśli pieniądze, prestiż i status, stają się skutkiem ubocznym sensownej pracy. Bo wtedy karmimy nasze ważne potrzeby. (Fot. iStock)

Niekoniecznie musimy rywalizować, by czuć satysfakcję?
Zdrowa rywalizacja i konkurencja są przydatne, ale tylko wtedy, gdy dotyczą jakości tego, co robimy, a nie zwiększania zysku. Najważniejsze dla nas, dla naszego dobrostanu jest poczucie, że to, co robimy, ma sens, że dajemy ludziom coś, czego potrzebują. Ale uwaga: nie to, czego oni chcą. A więc np. zdrową żywność, a nie fast foody. Jednak każda praca, także ta, która jest zarazem pasją i misją, powinna nam zapewniać możliwość godnego życia.

Dość subiektywne jest jednak to poczucie godnego życia…
To prawda, ale bywa też tak, że gdy praca jest jednocześnie pasją i szczęśliwie nie nadwyręża sumienia, to poczucie satysfakcji z jej efektów sprawia, że nie zależy nam aż tak bardzo na wysokich zarobkach. Bo wówczas nasze poczucie godności nie ma z dochodami tak wiele wspólnego, jak w sytuacji, gdy traktujemy pracę jedynie jako źródło dochodu. Pracując wyłącznie po to, by się bogacić, opieramy nasze poczucie godności tylko na tym, co posiadamy. Gdy praca daje nam poczucie sensu, to w zamian za trochę mniejsze dochody zaspokajamy równie ważną i silną potrzebę sprawiedliwości.

To pocieszające, że bogacenie się za wszelką cenę nie jawi się jako dobra strategia na życie.
Zdecydowanie tak, bo wtedy źródłem satysfakcji jest nie to, co robię, lecz przede wszystkim to, co dzięki temu posiadam. A takie życie, prędzej czy później, staje się udręką, a możliwość kupowania nowych dóbr jedyną za tę udrękę rekompensatą. Nieuchronnie prowadzi to do uzależnienia od konsumpcji. Ponadto nałóg stopniowo niszczy także efektywność naszej pracy, więc prowadzić może do jej utraty.

Kiedy tracę pracę, którą znosiłam dla pieniędzy, to nie tylko nie stać mnie na te kolejne dobra, ale też wypadam ze środowiska, świata, w którym tyle czasu funkcjonowałam!
To bardzo trudna sytuacja dla ludzi nastawionych na konsumpcyjne wyścigi. Tracąc pracę, trafiają w kompletną pustkę, bo najczęściej także swój wolny czas spędzali z ludźmi, z którymi tak naprawdę konkurowali. Ponieważ znaczna część ich prawdziwych przyjaciół czy bliskich znajomych nie osiągnęła tak wysokiego materialnego poziomu, więc nie jeździła z nimi na narty do hotelu 5+, nie nurkowała z nimi w Australii.

No właśnie, prawdziwe przyjaźnie…
Tam, gdzie są duże pieniądze, forma potrafi zdominować treść. I dlatego, choć rezygnacja z pracy, która daje wyłącznie duże pieniądze, jest decyzją heroiczną, wielu ludzi się na nią zdobywa. W którymś momencie czują bowiem, że żyją w emocjonalnej pustce. Bo nawet kiedy otoczymy się najpiękniejszymi przedmiotami i ludźmi, którzy obsługują nas i nasz majątek, to jednak któregoś dnia poczujemy się samotni. Wyprowadzamy się wtedy z pilnie strzeżonych apartamentowców i szukamy mieszkania na warszawskiej Pradze. Wcale nie po to, by było taniej, lecz by żyć wśród ludzi, których nie musimy wciąż podejrzewać, że w coś z nami grają.

W mojej książce „Po szczęście do pracy” mówisz o jeszcze jednym ryzyku: gonimy za pieniędzmi, myśląc, że one dadzą nam wolność – podczas gdy w istocie szansę na wolność właśnie tracimy.
Pieniądze mogą dać pewien rodzaj wolności: swobodę podróżowania, możliwość realizowania marzeń, ale tylko pod warunkiem, że potrafimy konstruktywnie i z dyscypliną tymi zasobami zarządzać. Jednak gdy ma się naprawdę ogromne pieniądze, zwykle trudno nie ulec pokusie całkowitego zaangażowania się w środowiskowe konkurowanie na przedmioty i wpływy. A wtedy z pasji i marzeń nici.

No i wielu ludzi w tych szklanych biurowcach ma w pewnym momencie poczucie, że ich praca w zasadzie nie ma żadnego znaczenia…
Na szczęście pojawiają się też pracodawcy, którzy zaczynają zauważać, że ich pracownicy pragną poczucia sensu, poczucia, że ich starania czemuś ważnemu służą. Pokolenie millennialsów nie zgadza się już na pracę, która ma być jedynie źródłem pieniędzy. Chcą pracy będącej dobrym, satysfakcjonującym obszarem ich życia. Pracy sensownej, dającej poczucie sprawstwa i satysfakcji. W końcu pracy, która nie kłóci się z ich sumieniem, w którą można się zaangażować i dzięki której można się rozwijać.

I tak brzmi właśnie definicja pracy marzeń?
Zdecydowanie tak. I każdemu należy takiej pracy życzyć. Ale jeszcze lepsza jest praca, którą się kocha. Bo to już wtedy nie praca, a bardziej zabawa, przyjemny sposób spędzania czasu. Pewnie taką pracą zajmowali się w raju Adam i Ewa…