fbpx

Droga do wolności – jak uwolnić się od złych emocji?

Nie jesteśmy uczuciem, my "tylko" z tym uczuciem mamy do czynienia (Fot. iStock)
Nie jesteśmy uczuciem, my "tylko" z tym uczuciem mamy do czynienia (Fot. iStock)

Każdy z nas ma za sobą trudne doświadczenia, ale są tacy, którzy potrafią zostawić je w folderze „przeszłość”, i ci, którzy nie umieją się od nich uwolnić nawet całymi latami. Dlaczego tak się dzieje i co stoi za naszym sposobem radzenia sobie z bolesnymi zdarzeniami, tłumaczy psycholożka i socjolożka Joanna Heidtman.

Dlaczego niektórzy z nas zostają na lata z poczuciem bycia ofiarą innych ludzi albo własnego błędu, a inni potrafią się od takiego stanu uwolnić?
Bo mamy różny schemat myślenia o swoim życiu i świecie i on automatycznie się w nas uruchamia. Pierwsza grupa posiada schemat, który pozwala konstruktywnie radzić sobie z rozmaitymi trudnościami, to znaczy: „Tak, mam problem, ale to się zdarza wszystkim”; „Tak, to boli, ale poradzę sobie, zrobię to, co mogę, bo zawsze, nawet w tych trudnych okolicznościach, mogę coś zrobić”. I to wcale nie jest myślenie iluzyjne, to myślenie jak najbardziej urealnione. No i druga grupa, która ma zupełnie inny schemat: „Nic nie mogę”; „Nie mam wpływu na to, co dzieje się w moim życiu”; „Moje życie jest ciężkie, tak już będzie zawsze”. I ta „straszność” mojego życia mnie definiuje. Ostatnio prowadziłam warsztaty z osobami chorymi na SM i tam spotkałam się dokładnie z tymi dwoma schematami myślenia. Część osób mówiła: „Jestem chory/chora”. To był komunikat na poziomie tożsamości, czyli: „Byłam kiedyś innym człowiekiem, dziś jestem chora”. I to automatycznie określa tę osobę, ona jest tą chorobą. Natomiast druga grupa mówiła: „Choruję na SM”. Ten, wydawałoby się, szczegół w narracji odgrywa gigantyczną rolę!

I gdyby przenieść to na sferę emocji, to coś podobnego mówi David R. Hawkins w swojej książce „Technika uwalniania…”. Tłumaczy w niej, że nie jesteśmy uczuciem: bólem, rozpaczą, gniewem, my „tylko” z tym uczuciem mamy do czynienia…
Dokładnie tak, mamy z nim do czynienia, ono przychodzi i… może odejść! Ono nas nie definiuje! I tu jest całe sedno. Bo my bardzo często zlewamy się z naszymi uczuciami. Dlatego tak trudno jest się nam od nich uwolnić. To, co Hawkins poleca jako szalenie cenne, to nauczenie się, by stać się, choćby na moment, obserwatorem własnych uczuć. To warunek konieczny techniki uwalniania proponowanej przez Hawkinsa: zauważ swoją emocję i uznaj ją, uznaj, że ona ma prawo się w tobie pojawić. Bo – dalej – człowiek jest w stanie zarządzać jedynie tym, czego jest świadomy! To, czego świadomy nie jest, zacznie za chwilę z rozmachem zarządzać nim. Dlatego ta umiejętność bywania obserwatorem jest niezwykle skuteczna, ale – nie oszukujmy się – niezbyt łatwa. Bo my zwykle z trudnymi emocjami robimy inne sztuki: wypieramy, tłumimy, nie dopuszczamy ich.

Czy to bycie obserwatorem da się jakoś wyćwiczyć?
Muszę być szczera, czasem bez fachowej pomocy jest ciężko.

Hawkins daje jednak jakąś wskazówkę – zwraca uwagę na coś bardzo istotnego, na powiązanie uczuć z naszymi myślami. To znaczy, mówi, że człowiek jest zdolny, by do jednego trudnego uczucia całymi latami „nadpisywać” setki rozmaitych myśli. I dodaje, że te „nadpisane” myśli bardzo mocno nas blokują, utrudniają puszczenie tego uczucia, czyli jak rozumiem, utrudniają także to arcyważne stanięcie w roli obserwatora.
Człowiek kultury Zachodu – to taka scheda po Kartezjuszu – bardzo przywiązany jest do wielkiej wagi myślenia w życiu. To myślenie, oddzielone od ciała, czucia, jest gloryfikowane. Świetnie – ale tylko z istotnym zastrzeżeniem – myślenie ma dobrą moc wyłącznie wtedy, gdy jest w jakimś stopniu zdyscyplinowane… Kultura Wschodu, jakby intuicyjnie bogatsza w wiedzę o ludzkich niedoskonałościach, mówi: „Ty, człowieku, nie przesadzaj z tym myśleniem!”. Bo tu dochodzi do takiego samonapędzania się. To znaczy pojawia się w nas trudne uczucie, np. rozpacz, bo nasz partner nas zostawił, a my do tego uczucia produkujemy setki myśli, np. „Zostawił mnie, bo jestem beznadziejna”; „Już nikt nigdy mnie nie pokocha”; „Nie chcę tego przeżyć nigdy więcej, dlatego już nikomu nie zaufam” itd. Każda z tych myśli podkręca siłę tego pierwotnego uczucia, nad którym się nawet na moment nie pochyliliśmy, i – bo zawsze sprowadza się to do jednego – pogłębia w nas szeroko pojęty lęk. Im więcej tych myśli, tym trudniej uwolnić się od nienazwanego, niezidentyfikowanego bólu: gniewu, rozpaczy, smutku, poczucia winy itd. Im więcej tych myśli, tym dłużej pozostajemy w poczuciu bycia ofiarą jakiejś sytuacji, jakiegoś zdarzenia. I rzeczywiście, potrafimy się tak „doładowywać” nawet latami! A czasami trzeba po prostu wyciągnąć wtyczkę! Odłączyć zasilanie. Nauczyć się łapać moment, kiedy te myśli zaczynają namnażać się jak bakterie. To da się zrobić. Ludzie często pytają mnie bezradnie: „Co mam zrobić z tym myśleniem, bo się już od tego wręcz duszę, no, ale przecież nie myśleć nie przystoi?!”. Czasem używam metafory psa, że myśli są jak pies. Jest naszym obrońcą, przewodnikiem, przyjacielem, pod warunkiem że… chodzi przy naszej nodze, wykonuje nasze polecenia. Ale kiedy to on wyprowadza nas na spacer, biegnie, gdzie chce, szarpie nas za smycz, to jest to stan, kiedy bez wątpienia to nie my mamy umysł, ale umysł ma nas. Kompletny chaos. I w takiej sytuacji to lepiej przez jakiś czas nie myśleć w ogóle! Bo trzeba jeszcze dodatkowo pamiętać, a raczej wiedzieć, i o tym także mówi w swojej książce Hawkins, że to, co czujemy i myślimy, zabarwia nasze globalne widzenie świata, więc stan beznadziei rozlewa się z automatu na wszystko: życie od A do Z jest do kitu, do kitu jest moje wczoraj, moje dziś i moje jutro.

Ilustracja Anna Rudak
Ilustracja Anna Rudak

Hawkins wspomina jeszcze o naszym ego, pisze: „Uwalnianie negatywnych uczuć to zguba dla naszego ego, więc będzie ono stawiało opór na każdym kroku”.
Tak, ego utrzymuje w nas emocje, które Hawkins nazywa „niekorzystnymi”. Ego potrzebuje swojego uzasadnienia, swojego pokarmu. To znaczy, że automatycznie szukamy takich wyjaśnień naszych emocji i uczuć, które spowodują, że ego zostanie obronione, np. „Ja jestem OK, wina leży po stronie złego świata”, albo odwrotnie – bo ktoś mógł być wychowany w przekonaniu, że samoobwinianie jest bardzo wskazane, więc będzie siebie wciąż biczował – „To wszystko moja wina”, ale sedno rzeczy jest takie samo, w obu przypadkach nie jesteśmy wolni. I za to zniewolenie płacimy wysoką cenę. Możemy wyobrazić sobie, że są dwie siostry, które kiedyś, dawno temu coś poróżniło. Każda z nich – za sprawą swojej pierwszej emocji, którą ten konflikt przed laty wywołał, obudowanej następnie setkami myśli oraz utrwalonej obroną swojego ego – okopała się na swoim stanowisku. Jest wielce prawdopodobne, bo miałam do czynienia z takimi historiami, że żadna z nich po latach nie pamięta już nawet, o co wtedy poszło, ale obie wciąż czują tę doładowywaną przez lata emocję. A jaka jest cena? Brak siostrzanej miłości. Nie poznały swoich partnerów, dzieci. Każda z nich przez lata żyła w swojej iluzji, czy to przepełnionej gniewem, czy to poczuciem winy. Hawkins nazywa to zatrzymaniem złej energii.

I mówi także o czymś bardzo fundamentalnym jak zadanie sobie pytań: Z czym
/w czym chcę żyć, co wybieram? Czy wybieram życie w bólu, tęsknocie, rozpaczy, żalu itd.? Czy chcę się od tego uwolnić, bo – właśnie – to trzymanie się negatywnych uczuć wiele kosztuje? Odpowiedź na tak zadane pytania dla każdego o w miarę zdrowych zmysłach wydaje się oczywista…
Tylko te pytania trzeba by sobie zadać! Po pierwsze, rzadko je sobie zadajemy, a po drugie, barierą, która w moim odczuciu jest jeszcze krok przed tymi pytaniami, jest bardzo silne w naszej kulturze przekonanie, że nie mamy wyboru. My sobie po prostu nie zdajemy sprawy z tego, że mamy wybór, co będziemy odczuwać, zwłaszcza wobec wydarzeń, które już miały miejsce. Mnie kiedyś bardzo interesowały koncepcje poznawcze w pracy z emocjami i pamiętam, gdy w jednym z podręczników przeczytałam opis pewnej sytuacji. Otóż, kobietę porzucił mężczyzna, przeżyła dramat: rozpacz, żal, smutek, wszystko, co tylko się dało. Minęło pięć lat i nagle zdała sobie sprawę, że tych emocji już w niej nie ma. Więc autor pyta: Co się z nimi stało? Wyparowały? No nie. Tłumaczy zatem dalej, że w naszej kulturze bardzo modne jest takie powiedzenie: czas leczy rany. Otóż, przekonuje, czas niczego nie leczy, bo czas sam w sobie nie ma takiej mocy! Ta kobieta po prostu zmieniła swój sposób myślenia o tej sytuacji. Ot, cała filozofia!

Hawkins także mówi o takiej umiejętności, pisze, że jednym z najskuteczniejszych narzędzi radzenia sobie z przeszłością jest stworzenie dla niej nowego kontekstu.
Nowej interpretacji! I fakt, że w tej kobiecie po pięciu latach nie było tych uczuć, jest dowodem na to, że my mamy wybór!

A nie tego, że czas wyleczył ranę… Tymczasem my tę prawdę przenosimy z pokolenia na pokolenie i pokładamy w niej dużą nadzieję…
Tak dużą, że potrafimy oddać się bezwolnie w ramiona tego niby-cudownego lekarstwa – czasu. Więc pora, by tę idiotyczną „prawdę” schować do pradawnych słowników i tam ją na zawsze zostawić! Czas nie odgrywa tu absolutnie żadnej, nawet najmniejszej roli, to jest wyłącznie nasz wybór. Więc pójdźmy dalej, może gdyby się uprzeć, dałoby się spróbować dokonać go wcześniej? Może nie trzymać tej rozpaczy pięć lat, ale pięć tygodni albo pięć miesięcy? I oszczędzić sobie cztery i pół roku życia?

A co to dokładnie znaczy umieścić takie bolesne zdarzenie z przeszłości w innym kontekście, inaczej je zinterpretować? Jak to można zrobić?
Nie ma jednej złotej recepty, każdy znajdzie swój sposób. Znam osobę, która zdołała zmienić tę interpretację dzięki wierze. To znaczy, zamiast miotać się pomiędzy: „Drań, nienawidzę go” albo: „Jestem do kitu, dlatego mnie zostawił”, po powrocie z chrześcijańskich medytacji przebaczyła. Oddała ocenę tej sytuacji i wymierzenie ewentualnej kary w ręce kogoś innego. Inna kobieta zmieniła interpretację podobnego zdarzenia, sięgając po psychologiczną wiedzę. W pewnym artykule przeczytała, że zachowania jej byłego partnera to typowy rys człowieka narcystycznego, którego ofiarą padają kobiety o pewnych skłonnościach. Zrozumiała więc, że tu dokonał się pewien schemat: trafił swój na swego i ta miłość nie miała prawa potoczyć się inaczej. Owszem, ona użyła do tego procesu zmiany interpretacji myślenia, ale myślenia zdyscyplinowanego. To nie był natłok negatywnych myśli na jego czy swój temat, ale poukładany, logiczny, spójny, nieraniący tok myślenia.
Coś, czego my też bardzo potrzebujemy, to elementarna wiedza o emocjach. Bo ja się często spotykam z dorosłymi ludźmi, którzy naprawdę nie mają pojęcia, czym one są! A taka wiedza jest jak prewencja, higiena psychiczna. Myjemy codziennie zęby, żeby nam nie powypadały, a gdzie fluoryzacja naszej psychiki?

Hawkins mówi, że my czasem wcale nie chcemy poczuć się dobrze…
A, no właśnie, bo celebrowanie bólu przynosi też pewne korzyści, czasem naprawdę poważne. Chyba największą jest atencja innych. Zawsze znajdzie się grono chętnych, by ratować ofiarę z opresji, pochylić się nad nią, pogłaskać. Jeden się zmęczy i podda, znajdzie się kolejny z misją! I tak długo można brylować na salonach dla ofiar. Czasem bycie ofiarą staje się wręcz strategią na życie. Taki człowiek niczego nie chce uwalniać, wciąż czeka na swoje kolejne nagrody, co, oczywiście, nie dzieje się na poziomie świadomym, no i w ten sposób powoli, systematycznie siebie podtruwa. Raczej dobrze nie skończy, jeśli nie wydarzy się coś, co sprawi, że oprócz korzyści zauważy też ogromne koszty, jakie ponosi. Może wtedy zechce ową nagrodę w postaci uwagi innych ludzi, której potrzebuje każdy z nas, uzyskiwać w inny sposób niż tkwienie w roli ofiary złych ludzi, złego świata i trudnych doświadczeń.

Hawkins wspomina także o czymś, co nazywa energią uczucia. I dodaje, że kiedy jesteśmy przytłoczeni emocjami, warto spróbować je jakoś zneutralizować. Poleca, by opowiedzieć np. przyjacielowi, komuś bliskiemu, co czujemy. Zapewnia, że sama czynność mówienia o uczuciu redukuje jakąś część energii, która za nim stoi, i to także jedna z technik uwalniania.
Sama idea „wygadania emocji” jest rzeczywiście cenna i może być uwalniająca, zgadzam się, ale Hawkins nie dodaje, jak powinna wyglądać taka opowieść. A to jest moim zdaniem szalenie ważne. Bo są dwa rodzaje takiej opowieści, i jeden z nich nie tylko nie zredukuje energii, która stoi za uczuciem, ale je jeszcze bardziej doładuje! Mamy tendencję, co zresztą zrozumiałe, bo tak jest łatwiej, do opowiadania o swoich emocjach i danym zdarzeniu, które je wywołało, jeden do jednego, bardzo często posługując się jeszcze czasem teraźniejszym, czyli: on robi to, ja wtedy mówię to, on odpowiada, że chyba oszalałam, ja zaczynam krzyczeć itd. I taki rodzaj opowieści, który jest dokładnym odtworzeniem tego, co miało miejsce, dodatkowo dodaje emocji paliwa. Bo nasz mózg nie rozróżnia, czy coś się aktualnie naprawdę wydarza, czy my to tylko dokładnie sobie wyobrażamy, więc… odpowiada emocją. Tu potrzebne jest zatem zabarwienie choćby odrobiną bezcennego dystansu. To ma być opowieść, której rusztowaniem jest jakaś wstępna obróbka tego, co się zdarzyło, np. zastanawiam się, dlaczego poczułam się wściekła, kiedy on powiedział to i to. Czyli opowiadamy nie o tym, co się dokładnie zdarzyło, tylko o sobie odczuwającej emocje. I wtedy ta energia będzie rzeczywiście mocno wytracana. To jest trudne, ale – znowu – można wyrobić w sobie taki nawyk. Czyli jest kilka nawyków, które możemy wypracować, by sobie pomóc. By poczuć się wolnym. Bo o to właśnie chodzi w tej całej technice Hawkinsa, by poczuć się wolnym. Człowiek wolny żyje, a nie wciąż zagryza zęby, by jakoś trwać…

Joanna Heidtman, psycholożka, socjolożka, trenerka biznesu, doradczyni, coach.
Prowadzi zajęcia na studiach podyplomowych w SWPS.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze