fbpx

Fenomen 63 dni. Powstanie Warszawskie

Fenomen 63 dni. Powstanie Warszawskie
1 sierpnia 2020 roku przypada 76. rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego. (Fot. iStock)

Szczyt heroizmu i bohaterstwa czy tragedia i wierzchołek głupoty? Dowód na bezprzykładne umiłowanie wolności czy błąd i zbrodnia na własnym narodzie? Dyskusja o tym, czym było Powstanie Warszawskie, zaczęła się już w jego trakcie. A jej napięcie właśnie sięga zenitu.

31 sierpnia, dokładnie w połowie trwania Powstania Warszawskiego, było już wiadomo, że polskiemu dowództwu nie uda się połączyć walczącej Starówki ze Śródmieściem. Atak na Niemców, mimo że skoordynowany z obu stron, nie powiódł się. Część oddziałów, te najbardziej elitarne, bo składające się z ubranych w niemieckie panterki żołnierzy Kedywu czy Zośki, postanowiła zatem przebijać się inaczej. Nie jak pozostałe formacje kanałami, ale górą, przez Ogród Saski. W praktyce oznaczało to przejście przez pozycje niemieckie z karabinami przewieszonymi przez ramię. Fortel ten uznawany jest dziś za najsprytniejszą akcję powstania. Za logistyczny majstersztyk i dowód na brawurową odwagę żołnierzy AK. Uczestnikiem tej akcji był Stanisław Likiernik pseudonim „Staszek”.

Gdy razem z Emilem Maratem (współautorem wywiadu rzeki z tym żołnierzem Kedywu pt. „Made in Poland”) mówimy mu, że akcja uchodzi za legendarną, że mówi się o niej jak o dowodzie na genialną umiejętność improwizacji w warunkach bojowych, wzrusza tylko ramionami. – Genialna? Była beznadziejna, ale tylko to mogliśmy zrobić – mówi poruszony.

Dziś – przyznali to i inni powstańcy – wiadomo, że aby akcja się udała, trzeba było uciszyć jednego z żołnierzy Kedywu. Na słynnym zdjęciu, zrobionym 2 sierpnia 1944 r., reprodukowanym w wielu opracowaniach Powstania Warszawskiego, stoi on w pierwszym szeregu z chojracko przewieszonym karabinem. Cztery tygodnie później został ciężko ranny i głośno wył z bólu. Nie dałby rady iść. Koledzy musieli go dobić. Zrobili to. – To też waszym zdaniem jest „genialne”? – pyta pan Stanisław.

Utracona szansa Stalina

Powstanie Warszawskie to fenomen. Zgodni co do tego są zwolennicy jego wybuchu, jak i zdeklarowani przeciwnicy. Gdy streszczamy panu Stanisławowi dyskusję publicystyczną, jaka toczy się na ten temat w Polsce i na emigracji od lat, wzrusza ramionami. To mitologizowanie warszawskiego zrywu, rocznicowe celebry, a zwłaszcza zapatrzenie młodych ludzi w powstańcze biografie wywołuje w nim lekką irytację. A już z równowagi wyprowadza go coraz bardziej prężny ruch rekonstruktorów historycznych. Co roku w rocznicę walk hobbyści ci odgrywają sceny ataków i odwrotów na stołecznych ulicach.

– Kiedyś miałem prelekcję dla młodych ludzi w szkole i połowa z nich była poprzebierana w panterki. Organizator nawet mnie zapytał: „Czy to panu nie przeszkadza?”. „Przeszkadza – odpowiedziałem – ale niech tam. Niech sobie noszą”. Primo: to nie jest ten sam kolor, to nie wygląda tak jak tamte panterki. Secundo: kochani, jaki to przebieranie ma sens? Jak mam się przebrać, to wolę od razu za Napoleona, a nie za jakiegoś pętaka z Kedywu takiego jak ja.

Ten „pętak z Kedywu” ma na koncie kilkanaście akcji w podziemiu. Brał udział w likwidacji postrachu Warszawy Karla Schmalza „Panienki”. Władysław Bartoszewski uznał tę akcję za najlepiej przeprowadzoną przez AK w stolicy. W powstaniu przeszedł cały szlak bojowy z Kedywem, a potem Zośką, był wiele razy ranny. W trakcie wspomnianego przechodzenia przez Ogród Saski szedł, krzywiąc się z bólu, bo miał przestrzelone pośladki. – Siadałem „półgębkiem” – kpi z tej rany. Zgadza się jednak, że powstanie to fenomen. Z wielu powodów, przede wszystkim historycznych. W dziejach całej drugiej wojny światowej żadna podziemna armia żadnego z okupowanych krajów nie wpłynęła tak totalnie na rozwój wypadków. Przyznał to nawet marszałek Wasyl Czujkow. Po upadku ZSRR napisał: „Gdyby nie Powstanie Warszawskie, wojnę można było zakończyć pół roku wcześniej, nie w maju 1945 r., ale do grudnia 1944, gdyby nie decyzja Stalina wstrzymująca 1. Front Białoruski w sierpniu 1944 […]. Mogliśmy dojść dalej na zachód, nie do Berlina i nad Łabę, ale aż do Renu”. Te wypowiedziane dopiero w latach 90. słowa potwierdzali również emerytowani dowódcy powstania. Idąc tym tokiem rozumowania, można powiedzieć, że Europa zawdzięcza „szalonym” Polakom to, że Armia Czerwona nie zajęła całych Niemiec i nie przesunęła żelaznej kurtyny bardziej na Zachód. W słowach Czujkowa pobrzmiewa żal za startą z powierzchni ziemi Warszawą i żal czerwonoarmisty. „Mogliśmy mieć więcej!” – mówił marszałek, żałując że Stalin skupił się na upokorzeniu Polski, a nie na podboju Europy.

Golgota i Reduta Ordona

Czy powstanie to jednak fenomen militarny? Pan Stanisław ma co do tego wiele wątpliwości, twierdzi, że tak naprawdę strzelać w powstaniu potrafiło kilkuset profesjonalistów, reszta to były – jego zdaniem – dzieciaki. Tymczasem wśród historyków panuje przekonanie, że pod nosem okupanta do walki przygotowało się prawie 37 tysięcy zaprzysiężonych żołnierzy. Wprawdzie tylko co 25. był uzbrojony w broń ręczną, zaś amunicji starczyło im na dwa, trzy dni, ale po wybuchu walk przyłączyli się do nich cywile. Czyli o tym, że czysto wojskowa akcja stała się insurekcją narodową, zdecydowali bezbronni warszawiacy. „Dopiero kiedy ludność cywilna stanęła do walki, zaczęto tę walkę nazywać Powstaniem Warszawskim” – wspominał w 1973 r. faktyczny dowódca powstania gen. Tadeusz Pełczyński w słynnym wywiadzie z francuskim dziennikarzem Jeanem-François Steinerem. „To leży w psychice polskiej, że o wyzwolenie, o niepodległość naród chce sam walczyć” – mówił. A zatem fenomenem było to, że pół miliona ludzi stanęło do otwartej walki na bardzo małym terenie, zdobywając broń w zasadzie na wrogu.

„Tymi, którzy wystawiają najwyższą ocenę powstaniu, uważając, że była to akcja na najwyższym poziomie, są Niemcy” – mówił były powstaniec Władysław Bartoszewski w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” w 2002 r.: „[…] książki niemieckich sztabowców to pieśń ku czci Polaków. Dla nich powstanie to był niepojęty fenomen. 63 dni! Stłumiła je dopiero specjalnie sprowadzona do Warszawy po ośmiu tygodniach elitarna 19. Dywizja Pancerna Wehrmachtu, bo tysiące policjantów, esesmanów, oddziały międzynarodowe nie były w stanie powstania stłumić. Palono dom po domu, wyrzynano mieszkańców, a powstanie trwało”. Ten ostatni tragiczny czynnik również buduje niezwykłość tego zrywu. Ogółem w ciągu 63 dni zginęło ok. 180 tys. ludzi. Niektóre kraje zaangażowane w wojnę nie straciły tylu obywateli w ciągu sześciu lat.

Właśnie ta gigantyczna skala ofiar, ten ogrom zniszczenia: zburzone miasto, zniszczone muzea, kolekcje, wypalone do cna bezcenne księgozbiory, zrównane z ziemią – budowane przez pokolenia – warszawskie domy i pałace budzą chyba największe emocje. To dziś też największa trudność w zrozumieniu fenomenu powstania. Tadeusz Sobolewski zwrócił uwagę na poczucie uczestniczenia w święcie nawet przez uwięzionych w piwnicach cywili. Bo powstanie miało aurę karnawału. Ludzie byli – przynajmniej na początku – w narkotycznej euforii. Czuli się jak główni bohaterowie polskiej historii. „Frajda przeżycia” – jak pisał Białoszewski – to bycie razem, na kupie, w centrum „dziania się” dało warszawiakom pewność, że uczestniczą w najważniejszym momencie dziejowym. To poczucie działa zresztą do dziś. Warszawa w tym kontekście to i Golgota, i Termopile, i święty szaniec, i jedna wielka reduta Ordona w walce ze wszystkimi. I mimo że powstanie zakończyło się klęską – jest drugim, tym razem szalonym i obłędnym, cudem nad Wisłą. Dlaczego? Z tego można się dziś śmiać i wiele osób śmieje się gorzkim śmiechem coraz głośniej, ale powstanie w głębi serc milionów Polaków uratowało coś dla pokoleń najcenniejszego. Lapidarnie ujęła to w powstańczych wspomnieniach Barbara Wyrzykowska, rocznik 1925. Na pytanie, co zyskało jej pokolenie na powstaniu, odpowiedziała: „Honor to rzecz bezcenna”.

Konserwy i koniak

Jeden z najodważniejszych powstańców Jan Więckowski pseudonim „Drogosław”, szef kompanii w batalionie „Zośka”, wyznał w jednym z wywiadów: „[…]w tym skondensowanym idealizmie, jakim było powstanie, wszystko, co materialne, zostało odłożone na bok. Byliśmy odurzeni idealizmem”. I być może właśnie to „odurzenie idealizmem” to klucz do zrozumienia, czym było powstanie dla samych jego uczestników. W bardzo wielu wspomnieniach przebija świadomość, że dni walki były latami świetlnymi w rozwoju emocjonalnym młodziutkich żołnierzy AK. To była inicjacja i przyspieszony kurs dojrzałości. Młodzi ludzie nagle wyszli spod kurateli rodziców i musieli decydować o życiu i śmierci, o losie swoim i tysięcy cywili, o losie miasta w końcu i – w ich poczuciu – o losie „świętej polskiej sprawy”. Jak się to przekładało na emocje? Skutkiem była między innymi eksplozja uczuć.

Halina Degórska „Iga”, łączniczka pułku „Broda 53”, w rozmowie z historykiem Januszem Zawodnym wyznała: „Kiedy byłam ranna, to mojemu dowódcy zebrało się na miłość. Odmówiłam mu – on później zginął, a ja miałam wyrzuty sumienia! Inny chłopiec też zaczął mówić do mnie namiętnie, że mnie chce. Ja byłam ranna. Jakoś nie mogłam tych spraw pogodzić. Mężczyznom było łatwiej emocjonalnie […]”.

Potwierdza to Jerzy Janczewski „Glinka”: „Pod presją walki wybuchła intensywność uczuć. Istniało pewne rozluźnienie norm. Znałem 18-letnią sanitariuszkę, która uważała mnie za bohatera. Alkoholu nie piliśmy, ale jak w nocy znaleźliśmy puste mieszkanie, to się kochaliśmy, oddając się sobie bez opamiętania”. Każdy zresztą pamięta swoje powstanie inaczej. Intensywność uczuć? Tak. Abstynencja? Skąd! Kazimierz Tuleja „Góral”, lekarz z batalionu „Chrobry II”, wspomina moment, gdy na Starówce żołnierze znaleźli skład butelek z alkoholem. Dowódca kazał je potłuc i wylać do rynsztoka. „Kilku chłopców położyło się na ulicy i piło rozlany płyn”. Zresztą o rozluźnieniu norm związanych z piciem wspomina wielu powstańców, pisze o tym historyk Janusz Marszalec w książce o porządku publicznym w powstaniu. Dowództwo widziało problem, alkoholu było sporo, więc okazji do picia i upijania się nie brakowało. Powstaniec i pisarz Jan Kurdwanowski przyznawał zresztą, że większe spożycie nie wynikało tylko z chęci i wolnej woli. W powstaniu po prostu panował głód. Może nie na początku, ale im bliżej kapitulacji, tym większe były kłopoty ze zdobyciem czegokolwiek do jedzenia i picia. „Z kulinarnego punktu widzenia podzieliłbym powstanie na następujące okresy – pisał. – Okres wolski – grochówka i papierosy, okres wczesnostaromiejski – konserwy i koniak […]”.

Powstańcze wspomnienia to również obraz pękania obyczajowych barier. Bliskość związana z ciągłym przebywaniem obok siebie, ramię w ramię, przy jednoczesnym stałym zagrożeniu śmiercią i kalectwem powodowała przyspieszone emocjonalne dojrzewanie.

Irena Turkowska „Danka”, sanitariuszka, zwróciła na przykład uwagę, że do powstania szła przede wszystkim patriotyczna młodzież z dobrych domów. „Jeden z chłopców prał na kwaterze swoją osobistą bieliznę. Weszłam do pokoju w towarzystwie pchor. »Słonia« – chłopak był tak zażenowany, że przepraszał mnie, całując w rękę – i w zakłopotaniu pocałował w rękę także »Słonia«!”.

Łączniczka Jadwiga Gac wspominała, że oprócz opatrywania rannych brała także udział w wyprawach zaopatrzeniowych po jęczmień z browarów Haberbusch i Schiele na Grzybowskiej. „Nie miałam spodni i martwiłam się w czasie tych przepraw nie o to, że mogę być zabita, ale o to, czy przy przeskakiwaniu przez mur chłopcy nie zobaczą moich majtek”. Po kilku tygodniach frontowego życia razem młodzi zmieniali się nie do poznania. Dobrze to ilustruje wspomnienie łączniczki Bohdany Marii Domańskiej pseudonim „Czarna”. Ewakuując się ze swoim oddziałem z Żoliborza, zdecydowała się wejść do kanałów w samej bieliźnie. Po dramatycznych próbach ominięcia niemieckich pozycji, gdy dowódca zdecydował jednak, że oddział wyjdzie w okolicach Dworca Gdańskiego wprost pod lufy karabinów, ta uprosiła go, że wyjdzie pierwsza. „Dlaczego? – wspominała. – Bo kobieta. To będzie zupełnie co innego, jak pierwsza wyjdzie kobieta”. I wyszła ku zdumieniu Niemców w samym biustonoszu i majtkach!

W powstaniu według oficjalnych statystyk zawarto 256 małżeństw. Dziś trudno to sprawdzić, ale zapewne większość z nich została zawarta spontanicznie. Maria Huber i Kazimierz Piechotka, legendarna skądinąd para, pobrali się 30 sierpnia w kościele Dzieciątka Jezus przy ul. Moniuszki po wyjściu Kazimierza z kanałów. Pani Maria wspominała to bez cienia ironii: „Pojawił się na Bartoszewicza w mundurze esesmańskim, znaczy w panterce. Powiedział : »Słuchaj, to jest jedyny moment, żebyśmy się pobrali, bo ja mam wreszcie całe spodnie«”.

Pretekst, by wykończyć

Jest taka znana anegdota dotycząca spotkania wspomnianego już generała Pełczyńskiego ze znanym pisarzem Stefanem Kisielewskim. Do ich zabawnej rozmowy doszło w 1957 r. w Londynie. „Spotkaliśmy się, a że on był z »dwójki« – oficer wywiadu – to zaczął mnie wywiadowczo traktować” – relacjonował potem Kisiel.

Pełczyński pyta: Czy pan służył w wojsku? Mówię: Służyłem. Pełczyński: A w którym pułku? Mówię: W takim a takim. Pełczyński: A kto to jest Jerzy Turowicz? Mówię: Redaktor »Tygodnika Powszechnego«. Pełczyński: Czy on służył w wojsku? Mówię: O ile wiem, to nie. Pełczyński: A dlaczego nie? Mówię: Nie wiem, dlaczego nie służył. Pełczyński: A Stanisław Stomma służył w wojsku? W końcu mnie to zdenerwowało i mówię: Panie generale, teraz ja chcę panu zadać pytanie. Pełczyński: Proszę bardzo. Więc ja mówię: Fortepian. Smoking. Biblioteka po ojcu. Pełczyński: Co? Mówię: Przepadły mi w Powstaniu Warszawskim 1944 roku i chcę wiedzieć dlaczego. Tadeusz Pełczyński wściekł się, wyzywał mnie od demagogów. Rozstaliśmy się niedobrze. Był to porządny człowiek, ale ewidentnie Warszawę zburzył.

Powyższa rozmowa nie tyle pokazuje kłopot z dogadaniem się wojskowego z cywilem, ile głównie obrazuje trudności interpretacyjne powstania. Widać to również dziś. Powstanie to jeden z niewielu polskich tematów, które rozpalają emocje między przedstawicielami tego samego pokolenia, ale również między pokoleniami.

To, co dla jednych stanowiło szczyt patriotyzmu, dla drugich było odmętami głupoty. To również fenomen chyba na skalę światową. Mało jest w dziejach ostatniej wojny tak zażartych sporów o sensowność inicjowania walk w mieście i trwania w oporze za cenę życia setek tysięcy ludzi. Dyskusja o sensowność wojny w Warszawie zaczęła się… zanim wybuchły walki.

Stanisław Likiernik wspomina, że w przeddzień wybuchu powstania usiadł na dachu kamienicy ze swoim przyjacielem Romanem Bratnym. Rozmawiali o powodzeniu akcji. Bratny wyśmiał entuzjazm „Staszka”: „Ruscy nawołują do walki z Niemcami – miał mu powiedzieć – a kiedy już zaczniemy, zatrzymają się i pozwolą Niemcom nas wykończyć”. Miał rację, jak się okazało. I dlatego pan Stanisław jest dziś wielkim przeciwnikiem powstania. Ale na przeciwległej szali jego krytycznego zdania umieścić można tak samo uprawniony, choć inny sąd.

Matka Antoniego Szczęsnego Godlewskiego, legendarnego Antka Rozpylacza, tak wiele lat po wojnie wspominała pogrzeb syna: „Koledzy nieśli go na ramionach, szłam obok, ludzie płakali, a ja nie potrafiłam. Nie płakałam, bo ja w sercu czułam dumę… Tak, byłam dumna z mojego syna”. Obok dumy z powstania istnieje również świadomość fatalnej klęski i wyboru samobójstwa jako opcji politycznej.

Sowieckie świństwo

Co ciekawe, świadomość fatalnej sytuacji, w jakiej się znaleźli, mieli również dowódcy powstania, uczestnicy słynnych narad na najwyższym szczeblu AK tuż przed ogłoszeniem godziny W w lipcu 1944 r. „Niemcy nas zmiażdżą” – uczciwie przyznał wtedy gen. Pełczyński pytany, co się stanie, jeśli Sowieci wstrzymają swoje natarcie na Warszawę na początku sierpnia. Znając przebieg tych rozmów, a także ich ostateczne konsekwencje, gen. Władysław Anders w znanej rozmowie z Januszem Zawodnym eksplodował: „Jestem na kolanach przed powstaniem, ale to było nieszczęście”. Gdzie indziej dodał nawet, że dowódcy powstania za swoją lekkomyślność powinni trafić pod sąd. Z kolei Adam Ciołkosz, członek Rady Narodowej w Londynie, uważał, że decyzja o wybuchu powstania była „naturalna i poprawna”. „Kosztowało strasznie dużo, setki tysięcy poległych, zrównanie z ziemią całej Warszawy, ale to było konieczne” – powiedział Zawodnemu. Podobnie premier Stanisław Mikołajczyk. Choć w wielu wywiadach odżegnywał się od odpowiedzialności za rozpoczęcie walk, przyznał, że „powstanie było nie do uniknięcia”. Chyba najdobitniej wytłumaczył to we wspomnianej rozmowie gen. Pełczyński. Po klęsce powstania przyznał, że ono osiągnęło swój cel. Ten cel to było światło, które trzeba było zapalić przy wejściu do czarnego tunelu, jakim była komunistyczna okupacja. „Dramatem Polski jest, że Polacy muszą umierać, żeby Polska mogła żyć” – mówił i w zasadzie zgadzał się z nim cały polski emigracyjny Londyn.

Zgadzał się, ponieważ generał zrzucił odpowiedzialność za zniszczenie Warszawy jako centrum polskości na Sowietów. „Stalin był policjantem, a nie politykiem, i miał zamiar zniszczyć AK” – powiedział Steinerowi. I dodał, że powstanie musiało wybuchnąć, bo „[…]gdyby Rosjanie zajęli Warszawę i nas wytaszczyli do Irkucka, i głosili, że byliśmy tchórzami, bo nie zaczęliśmy walki – to byłaby dla nas i dla Armii Krajowej klęska sięgająca w historię […]. Sowieci nigdy się nie wyplączą aż do momentu, kiedy padną na kolana i powiedzą: zrobiliśmy Warszawie świństwo”.

A jednak nie wszyscy dziś zgadzają się z dowódcą powstania. Już wcześniej polemizowali z nim publicysta Stanisław Cat-Mackiewicz i historyk Władysław Pobóg-Malinowski. Ich argumenty powtarzane są dziś jak mantra przez przeciwników zrywu. A tych, za sprawą książki „Obłęd ’44” Piotra Zychowicza, jakby przybywa. Ich guru, nieżyjący już prof. Paweł Wieczorkiewicz, krytycznie oceniał w zasadzie każdy aspekt powstania. Przede wszystkim oskarżał dowódców. „[…] kto tak naprawdę dowodził powstaniem. Bór-Komorowski modlił się. Okulicki, jak twierdzą świadkowie, głównie pił, a w polu teoretycznie dowodził Chruściel, który nie miał mocy wykonawczej. Ale Chruściel nie chciał się poddać, chciał do końca walczyć. I przez ten bałagan zginęło ponad sto tysięcy ludzi” – mówił w rozmowie z Rafałem Jabłońskim dla „Rzeczpospolitej”.

Jego zdaniem polityczna głupota, fałszywe ambicje i rachuby, a także mały format dowódców sprawiły, że powstanie należy oceniać jako zbrodnię na własnym narodzie. Zbrodnię przy jednoczesnym osobistym tchórzostwie. „Znana jest historia jednego z dowódców oddziałów, któremu „Monter”, Antoni Chruściel, zarzucił tchórzostwo. Gdy potem przyniesiono go z rozpłatanym brzuchem, spytał: „Kto tu jest tchórzem, panie pułkowniku?”. I to jest pytanie, które trzeba by zadać Chruścielowi, Pełczyńskiemu i Okulickiemu. Nie zginął żaden ze sztabowych oficerów w myśl koncepcji, że walką dowodzi się z tyłów”.

Wieczorkiewicz wytoczył na koniec działo najcięższego kalibru. Powstanie było klęską, wszyscy uczestnicy mieli po niej gigantycznego moralnego kaca i dlatego „sztuką stało się przekucie klęski w legendę. Bo jeśli jest klęska, to jedyną korzyścią, jaką można z niej mieć, staje się legenda”. A obok legendy używane bardzo często jako argument za sensownością powstania – moralne zwycięstwo.

Dziś na młodym pokoleniu takie argumenty nie robią wrażenia. Jest tak jak na spotkaniu w jednym z warszawskich liceów. Gdy prelegent cytował słynne słowa Stalina, które ten skierował 3 sierpnia 1944 r. do premiera Stanisława Mikołajczyka: „Cóż to jest ta wasza Armia Krajowa? Co to za armia bez artylerii, bez czołgów, bez lotnictwa? Nawet broni ręcznej nie ma dosyć […]” – uczniowie spontanicznie odpowiedzieli i Stalinowi, i prelegentowi, śpiewając hymn Parasola: „[…] choć na »tygrysy« mają visy, bo warszawiaki fajne chłopaki są, tarara!”.

Błogosławię, bo nas zamordujesz

Ten zdumiewający kult powstania dostrzega również dyrektor Muzeum Powstania Warszawskiego Jan Ołdakowski: „Myśmy ten spór o polską pamięć wygrali. Z opowieści o Armii Krajowej i powstaniu wyrosła samoświadomość kolejnego pokolenia, które teraz nie może się od historii oderwać” – powiedział w jednym z wywiadów. Wtórował mu Dariusz Gawin, jego zastępca. On z kolei zwrócił uwagę, że komunistyczne kłamstwa o powstaniu oraz zatajanie prawdy o Katyniu były kłamstwami założycielskimi Polski Ludowej, czymś w rodzaju kamieni węgielnych nowego systemu. Ten fałsz był nie do zniesienia. Umiłowanie wolności u Polaków jest tak samo duże jak umiłowanie prawdy.

Dziś PRL to myślowy skansen. Młode pokolenie powstańców co najmniej szanuje. Władysław Bartoszewski z kolei uważa, że powstanie było punktem odniesienia dla wszystkich powojennych pokoleń. Jego zdaniem „syndrom powstania powstrzymał społeczeństwo od skrajnych form działania w latach zrywów 1956, 1970 i 1980 roku”. Dzięki hekatombie 63 dni Polacy nie byli już tak hojni w rozlewaniu krwi w walce o wolność. Z tego chyba najbardziej cieszy się Stanisław Likiernik.

– Co wy ciągle z tym fenomenem? – wypala w końcu. – Fenomenalne to były jedynie konkretne momenty. I opowiada. Tak samo jak opowiadał Romanowi Bratnemu 60 lat temu. Wtedy jego wspomnienia złożyły się na przeżycia głównego bohatera powieści „Kolumbowie. Rocznik 20”. Pan Stanisław jest prototypem tej postaci, zresztą razem z nieżyjącym już Krzysztofem Sobieszczańskim, który nosił pseudonim „Kolumb”. Czy zatem to, co dziś twierdzi pan Stanisław, jest głosem legendarnego pokolenia Kolumbów?

– To są tylko moje słowa tak jak rana w moim tyłku! – mówi.

2 września 1944 r. Starówka była już opanowana przez nieprzyjaciela. Niemcy kazali wyjść wszystkim pacjentom szpitala Pod Krzywą Latarnią, którzy mogli to zrobić o własnych siłach. Z piwnic wyszło 20 osób, resztę Niemcy podpalili. A potem chcieli rozstrzelać tych, którzy byli już na powierzchni. Gdy niemiecki oficer wyciągnął broń, leżący na noszach ranny żołnierz Kedywu Olgierd Cemerski „Remec” pobłogosławił go znakiem krzyża. Niemca zamurowało. Stanął jak wryty i krzyknął: „Co pan robi!?”.

Stanisław Likiernik opowiada to, co jemu z kolei opowiedział kolega z oddziału: – Remec powiedział: „Jestem księdzem. Wiem, że nas rozstrzelacie, ale was błogosławię i przebaczam z góry…”. Ten genialny podstęp uratował całą grupę. Nawet hitlerowski oficer był pod wrażeniem odwagi i miłosierdzia polskiego kapłana. Ewakuowano ich po tej scenie do szpitala na Woli. I wiecie, co tu jest mądre i głupie, śmieszne i tragiczne? Że Remec ani nie był księdzem, ani nawet nie był wierzący.

Artykuł ukazał się w „Zwierciadle” we wrześniu 2014 roku. Stanisław Bolesław Likiernik (ps. „Staszek”, „Stach”), podpułkownik Wojska Polskiego, żołnierz Armii Krajowej, uczestnik powstania warszawskiego, politolog, zmarł 17 kwietnia 2018 w Wersalu.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze