Julianne Moore – silna, uparta i wrażliwa

Julianne Moore podczas premiery filmu "Kingsman: The Golden Circle" w Londynie, sierpień 2017 roku, fot. BEW PHOTO

Osobowość barwna niczym kolor włosów – to chyba cecha każdego rudzielca. Julianne Moore od zawsze wyróżniała się z tłumu – nie tylko wyglądem. Z jednej strony ponadprzeciętnie wrażliwa, z drugiej – uparta i silna. Emocjonalna i oczytana. Żadna aktorka tak pięknie nie płacze i nie śmieje się całą sobą. Od ponad dwóch dekad wierna jednemu mężczyźnie i swojemu wizerunkowi.

Piegi, rude włosy i delikatną cerę odziedziczyła po matce – z pochodzenia Szkotce. Delikatna do tego stopnia, że latem musiała przechodzić na zacienioną stronę ulicy, bo tak wrażliwa była na słońce. Tom Ford, projektant i bliski przyjaciel, który obsadził ją w jednej z głównych ról w swoim debiutanckim filmie „Samotny mężczyzna”, powiedział, że kiedy patrzy się na nią poprzez obiektyw kamery – jej porcelanowa cera nabiera niesamowitego blasku. W młodości Julianne miała jednak problem ze swoją odmiennością – w Ameryce jej celtycki wygląd wyróżniał ją, ale i piętnował. Do dziś pamięta, że dzieci nazywały ją „piegowata truskawką”, czego bardzo nie lubiła. Po latach, już jako dojrzała kobieta i matka dwójki dzieci, napisała książeczkę pod takim własnie tytułem („Freckleface Strawberry”), w której chciała przekazać innym dzieciom, że można zaakceptować swój odmienny wygląd i się nim nie przejmować. W wywiadzie dla „Interview” przyznała, że do dziś nie przepada za swoimi piegami, ale nie myśli o nich już tak często jak kiedyś. Na antenie CBS cieszyła się, że jej córka Liv odziedziczyła po niej kolor włosów: „Ma przepiękny odcień. Czy to nie cudowne, że wiele kobiet farbuje włosy, by uzyskać taki wygląd, a ona się z nim urodziła?” – mówiła.

Jako dziecko pochłaniała tony książek, była trochę nieśmiała i marzycielska. Chciała zostać lekarzem. Z racji pracy ojca, który był wojskowym (aktorka przyszła na świat w 1960 roku w bazie wojskowej Fort Bragg w Północnej Karolinie), często się przeprowadzali – nie tylko na terytorium Stanów Zjednoczonych. To podczas jednej z takich przeprowadzek – we Frankfurcie nad Menem po raz pierwszy postanowiła, że chce przenieść się do Nowego Jorku i zostać aktorką. Wtedy też z Julie Anne Smith stała się Julianne Moore, łącząc swoje imię z drugimi imionami rodziców. Charakterystyczny wygląd utrudnił jej jednak początki w kinie. „Jesteś ruda, zauważalna. Są role, których nigdy nie dostaniesz, bo za bardzo się wyróżniasz” – słyszała. Dlatego zaczęła od oper mydlanych, stopniowo przechodząc do epizodów na dużym ekranie. Przełom w jej karierze nastąpił, kiedy była już dobrze po trzydziestce. Zagrała wtedy u Roberta Altmana w „Na skróty” oraz w „Boogie Nights” i „Magnolii” Paula Thomasa Andersona. Hollywood oszalało na punkcie jej emocjonalności i siły na ekranie. Dziś ma na koncie ponad 75 ról.

Potrafię płakać

„Julianne Moore loves to cry” – to filmik łączący sceny z 20 filmów (m.in. z „Godzin”, „Magnolii”, „Jurassic Park”, „Daleko od nieba”, „Miasta ślepców” i „Hannibala”), w których Julianne płacze, ale też hołd złożony aktorce przez jej fanów, którzy uważają, że nikt tak nie roni łez na ekranie jak ona. Rzeczywiście, jej bohaterki są zwykle bardzo emocjonalne i podejmują niełatwe życiowe decyzje, jak chociażby matka i żona porzucająca swoją rodzinę w „Godzinach” czy wykładowczyni literatury w „Motyl. Still Alice”, która w wyniku postępującej choroby Alzheimera traci pamieć i świadomość – aktorka dostała za nią swojego pierwszego Oscara. „Potrafię płakać” – mówiła Julianne w jednym z wywiadów. „Nie ma w tym wielkiej tajemnicy. Nie używam cebuli ani specjalnych kropel. Po prostu myślę o sobie, innych, o rzeczach, które sprawiają mi przykrość. To, co widać na ekranie, nie jest gra”. Podczas gdy w kinie płacz jest jej znakiem rozpoznawczym, w życiu codziennym wygrywa uśmiech. Potrafiłaby nim roztopić lodowiec. Julianne śmieje się bowiem całą sobą – przymyka oczy, odrzuca do tyłu głowę. Co ciekawe, jednym z pierwszych filmów, w których w całej krasie można podziwiać ten jej naturalny dar, jest „Gloria Bell”. To remake hiszpańskiego filmu „Gloria” Sebastiána Lelio, opowiadający o rozwódce z dwójką dorosłych dzieci, która chwyta życie całymi garściami. Bohaterka w która wciela się Julianne, chodzi do nocnych klubów, bo kocha tańczyć, śpiewa na głos, kiedy jedzie samochodem, potrafi wyruszyć z niedawno poznanym mężczyzną do Las Vegas i nie załamać się, kiedy wizja romantycznego weekendu legnie w gruzach. Sama Julianne w wywiadach podkreśla, że unikalne w tym filmie jest to, że główna bohaterka jest singielką po pięćdziesiątce, która prowadzi zwykłe życie, ale jednocześnie jest spełniona, szczęśliwa i otwarta na wszystko, co przyniesie los. W skrócie – tak też można by określić samą Julianne, no, może oprócz tego, że od ponad 20 lat jest w udanym związku.

Julianne Moore w filmie „Bel Canto” (2018), fot. BEW PHOTO

Razem z reżyserem Bartem Freundlichem, którego poznała na planie niezależnego filmu „The Myth of Fingerprints”, oraz dwójką dzieci: córka Liv i synem Calebem wiedzie proste, osiadłe życie na Manhattanie. Z dala od ogarniętego manią osiągania sławy i robienia kariery Hollywood, z dala od skandali i ścianek. Poza reżyserką Rebeccą Miller, u której zagrała zabawną rolę w filmie „Plan Maggie”, grono jej najbliższych przyjaciół stanowią osoby spoza branży. Dzięki temu Julianne zachowuje swoją prywatność dla siebie. W jednym z wywiadów uchyliła jednak rąbka tajemnicy. Wyznała, że choć są z Bartem małżeństwem od 15 lat, to na ten krok zdecydowali się dopiero po narodzinach córki i za radą terapeuty, który zwrócił uwagę, że taka publiczna przysięga daje poczucie więzi i bezpieczeństwa nie tylko małżonkom, ale i ich dzieciom. Odkąd zyskała status gwiazdy, wprowadziła też następującą zasadę: w ciągu roku gra w filmach, których plan zdjęciowy jest w Nowym Jorku. Zagraniczne lokalizacje wchodzą w grę tylko w wakacje – bo wtedy może wziąć ze sobą w podroż całą rodzinę.

Nie zadzieraj ze mną

Delikatna uroda, niewielki wzrost i duża skłonność do wzruszeń sprawiają, że łatwo zbagatelizować jej siłę i zdecydowanie. Ostatnio aktorka udziela się aktywnie zarówno w ruchu #MeeToo, jak i w promowaniu kobiet w biznesie filmowym. Jest też związana z organizacjami Everytown for Gun Safety i Moms Demand Action, które walczą z powszechnym dostępem do broni palnej na terenie Stanów Zjednoczonych. Najistotniejszy jest jednak dla niej aspekt kobiecy. W wywiadzie dla magazynu „Porter” powiedziała niedawno, że to niesamowite, że w ciągu dnia – począwszy od odwiezienia dzieci do szkoły, zrobienia zakupów, po zajęcia jogi, obiad czy spotkania na mieście – otaczają ją same kobiety, podczas gdy podczas pracy na planie filmowym – nadal stanowią one rzadkość. Postanowiła to zmienić – choć jej agent i rzecznik prasowy są mężczyznami, cała reszta ekipy, z którą pracuje, składa się teraz z kobiet. Kiedy przeczytała o firmie inwestycyjnej Ellevest, stworzonej przez kobiety i dla kobiet, od razu wpłaciła do niej swoje pieniądze. Wspomina też, że w momencie, gdy ruch #MeToo kiełkował, usłyszała wypowiedź starszego dżentelmena, który martwił się, że teraz nikt nie będzie chciał zatrudnić aktorek – aktywistek. „Same siebie zatrudnimy!” – odpowiedziała mu. Piękny dowód jej waleczności dała aktorka Alicia Vikander, która w wywiadzie dla „Vogue” opowiedziała o sytuacji z początku swojej kariery. Była wtedy 23 letnia debiutantką na planie filmu „Siódmy syn”. W przerwie zdjęciowej pewien wysoko postawiony w branży filmowej mężczyzna zażartował z niej w bardzo okrutny sposób. „Byłam ogromnie zawstydzona i postanowiłam zbyć to śmiechem” – opowiada aktorka. Ale Julianne, która też była wtedy na planie, odwróciła się do niego i powiedziała: „Jeśli jeszcze raz powiesz lub zrobisz coś takiego, wyjdę stąd i nigdy więcej nie wrócę”. Jak zanotowała reporterka „Vogue’a”, wspominającej to Vikander, zaszkliły się w tym momencie oczy. „Pokazała, że ma siłę i moc. Wtedy znaczyło to dla mnie naprawdę wiele” – dodała.

Julianne walczy też swoimi rolami – z podwójnymi standardami i dyskryminacją ze względu na wiek, czyli tzw. ageizmem. I robi to dumnie i pięknie. Jak by podsumowała to jej bratnia dusza – Ania z Zielonego Wzgórza: „Pięknym jest czyniący piękno”.