Kurs na marzenia Joanny Pajkowskiej – Polki, która opłynęła świat

Rejs dookoła świata rozpoczął się i zakończył w Plymouth. (Fot. archiwum prywatne Joanny Pajkowskiej)
Rejs dookoła świata rozpoczął się i zakończył w Plymouth. (Fot. archiwum prywatne Joanny Pajkowskiej)

Energiczna, ogorzała od słońca. Śmieje się jak dziewczynka. Mówi głośno, jakby przekrzykiwała szum fal. Joanna Pajkowska, pierwsza Polka, która samotnie opłynęła świat bez zawijania do portów.

Czy Ziemia jest okrągła, czy płaska?
Okrągła. Jak się wejdzie na czubek masztu, to widać, że morze się zakrzywia na horyzoncie.

Po co wchodziłaś na czubek masztu?
Urwała się jedna z lin, musiałam ją wprowadzić do środka masztu.

Kurs na Atlantyk

W 2017 roku kapitan Joanna Pajkowska wspomina z mężem Alkiem Nebelskim swoje zwycięstwo w dwuosobowych regatach przez Atlantyk Twostar (płynęła z niemieckim żeglarzem Uwe Röttgeringiem na 12-metrowym jachcie „Fanfan!”). Może teraz sobie popłyną z Alkiem i przyjaciółmi na Kanary. A może…
– Wiesz co, Uwe daje mi „Fanfana!” na rok, to może bym popłynęła dookoła bez zachodzenia… – nieśmiało, niby pytającym tonem mówi Joanna. Ale Alek widzi, że Asia podjęła decyzję. Próbowała już w 2008 roku, ale wtedy miała mniejszą łódkę i przez silny sztorm musiała schronić się w porcie – w Port Elizabeth w RPA. Czy teraz się uda?
23 września 2018 odbija z Plymouth na południe, w stronę Przylądka Dobrej Nadziei.

Co jadłaś w drodze?
Ludzie pytają, jak się śpi i co się je. Dziś mamy liofilizowane jedzenie, takie, jakie alpiniści biorą w góry. Łatwo to przygotować, tylko zalewa się gorącą wodą, postoi 15 minut i są makaron, ziemniaki albo ryż z mięskiem. Jak płynęłam dziesięć lat temu, to były raczej takie papki dla niemowląt. A teraz wygląda i nawet smakuje. Gotuje się normalną potrawę, mrozi, a potem odwirowuje wodę.

A wodę skąd miałaś?
Zapas trzeba wziąć ze sobą i odpowiednio nim gospodarować. Ja miałam 550 litrów i z 80 mi zostało. Tylko do picia, jedzenia. I pozwalałam sobie na luksus mycia zębów tą wodą, jedną trzecią kubeczka brałam. A mycie w wodzie morskiej, ale nie myłam się zbyt często. Jak jest zimno na oceanie i jestem ubrana w dziesięć warstw, to kąpiel jest ostatnią rzeczą, o jakiej myślę.

A spanie?
Istnieje jakieś ryzyko spotkania z innym statkiem, a każdy statek byłby większy. Ale systemy je widzą. Spałam po 45 minut, maksimum godzinę, patrzyłam, czy nic złego się nie dzieje, poprawiałam żagle, sprawdzałam autopilota i znów szłam spać. Budzika nie nastawiałam, bo ja budzika nie cierpię. Jak mam wstać np. o drugiej, obojętne czy na morzu, czy w domu, to wstaję.

Coś ci się śniło?
Mnóstwo snów, wszystkie związane z żeglarstwem. Na przykład, że wpływam w zatoczkę, powinno być przejście, a go nie ma. Taka ślepa uliczka na wodzie. Cały czas nasłuchiwałam, czy się jakieś nowe dźwięki pojawiają. Miałam też generator wiatrowy, słyszałam od razu, jak wiatr się nasilał. A im bardziej wieje, tym bardziej trzeba redukować żagle, żeby nic się nie połamało.

Pierwszy duży sztorm?
Przy Afryce Południowej, tam, gdzie północny prąd Agulhas na Oceanie Indyjskim spotyka się z silnym południowym wiatrem. Fale robią się krótkie i wysokie, na dziesięć, 12 metrów, prawie na wysokość masztu. W dołku fali nic nie widać dookoła. Nie można żeglować w poprzek fali, bo zaraz się łódka przewróci. Trzeba jechać w dół fali, ale to też jest niebezpieczne, bo jeśli się poruszasz za szybko, można się wbić w morze, co grozi wywrotką, złamaniem masztu. W ekstremalnych sytuacjach trzeba wyrzucać liny, żeby zwalniać.

Mogłaś zginąć?
Na pewno jest zagrożenie życia, jak człowiekiem rzuci. Łódka może też zatonąć. Dlatego trzeba przestrzegać zasad. Po pierwsze, nie wkładać masztu do wody. Po drugie, nie wpuszczać wody do środka łódki, wszystko pozamykać. Bo jak ileś ton wody wpłynie do wnętrza, to łódka musi zatonąć. Przy samotnym rejsie powinno się cały czas chodzić w uprzęży i karabinkami być przypiętym do łódki. Robiłam to, jak uznałam, że jest naprawdę niebezpiecznie, np. przy Hornie. Tam też były wielkie, strome fale i przestał mi działać autopilot. Duża fala walnęła w bok jachtu i go uszkodziła. Huk. Jak z tyłu idzie wielka fala, to ja nie muszę patrzeć, bo wszystko słyszę. Efekty dźwiękowe lepsze niż w kinie. Siedziałam więc przy sterze 16 godzin, zalewana przez fale, zimno było. Miałam jeszcze awaryjny system – samoster wiatrowy – ale żeby go zainstalować, musiałam poczekać, aż się pogoda poprawi, sztorm się uspokoi. A potem udało się zresetować autopilota i wrócił do życia.

Przemoczona, zmęczona? Po co się płynie tyle czasu?
Rzeczywiście problem, że to tyle trwa. Kolega mówi: „Piłkarz wychodzi na 90 minut, a ty płynęłaś 216 dni. To ultramaraton rozciągnięty w czasie”. To wyzwanie. Zaczęłam od tego, że chciałam samotnie przepłynąć Atlantyk w regatach. Kiedy to mi się udało, chciałam popłynąć dookoła świata, ale nie jako turystka, tylko bez zawijania do portów. To było dla mnie wyzwanie. Oglądanie palm jest bardzo piękne, z mężem płynęliśmy razem, turystycznie, od wyspy do wyspy. Ale na samotnym rejsie taka turystyka mnie nie pociągała. Sama nie rozumiem, dlaczego lubię być zalewana przez fale przez siedem miesięcy. Ale lubię, tak jak inni lubią chodzić po górach. Też nie wiadomo po co.

Kurs na Anglię

Joanna urodziła się 61 lat temu w Warszawie, jej rodzice pracowali na Politechnice Warszawskiej – tata inżynier elektronik, mama, matematyczka, współtworzyła pierwsze polskie komputery. Nie są żeglarzami, ale należą do klubu jachtowego na uczelni i jeżdżą całą rodziną nad Zalew Zegrzyński. Joanna ma zdjęcia: pięcioletnia dziewczynka siedzi na łódce w watowanym kapoku. Potem jej życie kręci się wokół sportu. Trenuje pływanie. Mając dziesięć lat, zdobywa nawet mistrzostwo Warszawy. Później jest narciarstwo – w Warszawskim Klubie Narciarskim pod skocznią na Mokotowie. Poznaje grupę kajakarzy, jedzie z nimi na Mazury i tam zaczyna żeglować. Na morze wypływa dopiero w studenckim Yacht Klubie, w SGPiS (obecnie SGH – Szkoła Główna Handlowa), na jachcie „Konstanty Maciejewicz”. Można na nim popracować, a potem wypłynąć w rejs na Bałtyk.

Z pierwszego rejsu pamięta trzy rzeczy: że jest zimno, że fale zalewają pokład i że jest super. Robi uprawnienia żeglarskie i poznaje grupę ludzi, którzy sami budują jachty. Płynie z nimi na Atlantyk. Z jednym chłopakiem tworzą parę – na sześć lat. Kiedy kończy studia – przedłużane ciągłymi urlopami dziekańskimi z powodu rejsów – związek też się kończy. Postanawia, że pojedzie zarobić jakieś pieniądze na początek. I w 1988 roku jedzie na dwa miesiące do Anglii. Robi się z tego 12 lat.

Miałaś tam jakąś przystań?
Jak wracaliśmy ze znajomymi z Atlantyku, to zatrzymywaliśmy się w Plymouth, w południowej Anglii. Tam poznałam Angielkę Annę, miała męża Polaka. Dała mi adres i telefon – że jakbym chciała u nich dorobić, to jestem mile widziana. Napisałam do niej, kiedy się rozstałam z narzeczonym. Odpisała: „Przyjeżdżaj, będziesz moją adoptowaną córką”. Nieoczekiwanie dostałam stempel w paszporcie na sześć miesięcy. Trafiłam na wieś, pracowałam przy owcach, jeździłam traktorem. Pokazali mi, jak się zmienia biegi, gdzie gaz, gdzie hamulec, i pojechałam. Trzeba było z pola ładować kostki siana na przyczepę, a ja byłam silna, bo dużo sportów trenowałam. Z ojcem biegaliśmy na Mokotowie, ukończyłam nawet kilka półmaratonów w około dwie godziny. Do dziś biegam, chyba że jestem na łódce. To jest minus pływania – przerwa w życiorysie sportowym. Ręce pracują, ale czuję, że w nogach muszę odbudować mięśnie.

Czym jeszcze zajmowałaś się w Anglii?
Raz Anna mówi: „Wiesz co, wymienimy kafelki w łazience, pomożesz mi”. Okazało się, że umiem je przyciąć, położyć, a że nie jest idealnie równo, to mi nie przeszkadzało, Annie też nie. Tapety kładłyśmy: „Tu mieszamy, tu smarujemy, tu dociskamy”. I wytapetowałyśmy pokój. Kupili z mężem jacht w Gibraltarze i Anna mówi: „Polećmy na Gibraltar, popracujemy przy tej łódce”. Pojechałam do Londynu przedłużyć wizę i znów dostałam stempel na sześć miesięcy. Do Polski nie miałam po co wracać, a że w Anglii mi się sympatycznie mieszkało, postanowiłam… wyjść fikcyjnie za mąż.

Jak?!
Anna miała dom kryty strzechą, oni dbają o utrzymanie takich domów. Są fachowcy, którzy naprawiają dachy i dostają za to od państwa pieniądze. Przychodził taki jeden, ja mu pomagałam. Raz go zagadnęłam o fikcyjny ślub: „Chciałabym tu zostać, zarabiać i legalnie płacić podatki”. To go ubawiło, bo nikt nie lubi płacić podatków. I mówi: „Dobrze, czemu nie”. Zapytał, jakiego dnia, ja na to, że mam 24 maja imieniny, to on, że dobrze. W przerwie lunchowej podjechaliśmy do urzędu gminnego w roboczych ubraniach, pani z urzędu była jako świadek i podpisaliśmy małżeństwo. Romantycznie nie było, ale nie o to chodziło, tylko żebym mogła zostać.

I zostałaś.
Kupiłam stare mini za 200 funtów, mogłam dojeżdżać do miasta. Zapisałam się na aerobik, dwa, trzy razy w tygodniu jeździłam do centrum sportowego. Tam poznałam faceta, który miał firmę sprzedającą motorówki. Na początku je szorowałam, byłam jedyną kobietą, sami faceci tam pracowali. Ale tam byłam już legalnie zatrudniona. Szybko mnie wysłał na kursy do Suzuki, więc dziś silnik rozbiorę i złożę, nie tylko zaburtowy. A potem do college’u wieczorowego. Też byłam jedyną kobietą, reszta to faceci ze stoczni. Mówili, że nie dam rady, a okazało się, że byłam najlepsza w klasie.

Dlaczego wróciłaś?
Byłam z kimś, kto zmarł, to smutna historia. I przyjechałam na wakacje do Polski. Spotkałam Alka – znaliśmy się sprzed lat z klubu żeglarskiego. On już mieszkał 13 lat w Australii, był dziennikarzem, szefem polskiej rozgłośni radiowej. Też przyjechał do Polski tylko na wakacje. Ale… zostaliśmy razem.

Joanna Pajkowska spełniła swoje marzenie o samotnym rejsie dookoła świata. Ekspedycja trwała 216 dni (Fot. Zosia Zija i Jacek Pióro)
Joanna Pajkowska spełniła swoje marzenie o samotnym rejsie dookoła świata. Ekspedycja trwała 216 dni (Fot. Zosia Zija i Jacek Pióro)

>> Czytaj także: Rowerem przez świat. Podróżnik Piotr Strzeżysz o swojej miłości do dwóch kółek

Kurs na Albatrosy

Alek wspomina ostatni, majowy, etap wyprawy Joanny. Po zakończeniu rejsu w Plymouth razem wracają „Fanfanem!” na Bałtyk. Joanna coś robi przy maszcie, on na sterze i słyszy, że Joanna coś mówi. „Słucham?” – pyta. „A nie, to nie do ciebie!” – odpowiada. A Alek się dziwi, bo przecież tu nikogo więcej nie ma. Na spotkaniu mówi głośno, słychać ją na pół kawiarni. Kiedy jej to uświadomić, zawstydza się: – Naprawdę? Przepraszam. Na morzu przez siedem miesięcy nie mówiłam do nikogo.

Nie mówiłaś przez siedem miesięcy?
Czasem mówiłam do siebie. „Holender, z tej chmury przywieje czy nie przywieje”. „Nie wiem”. „Ale może przywieje”.

Ile kosztowała ta wyprawa?
W sumie musiałam wyłożyć na to jakieś 40 tys. zł. Zresztą co to są koszty wyprawy? Jeść też bym musiała. To liofilizowane jedzenie jest trochę droższe, porcja 30 – zł, ale gdybym chodziła do knajpy, to tyle bym płaciła. Zresztą nie kupiłam tego na cały rejs, miałam też zupki w saszetkach za trzy złote. W domu bym więcej płaciła. Jadłabym więcej warzyw. I winogrona, które uwielbiam. Tego wszystkiego nie miałam, ale też na to nie wydawałam. Miałam suszone morele, rodzynki, tyle.

Czego ci najbardziej brakowało?
O tym w ogóle nie myślałam. To byłoby negatywne, utrudniałoby wyzwanie. Po co myśleć o tym, czego nie mogę mieć? A mam za to morze dookoła, delfiny skaczą mi przed dziobem albo foki płyną za rufą. Nie wiem, dlaczego płynęły, chyba takie ciekawskie były. Z boku na bok się kołyszą skrętnym ruchem i te śmieszne łyse głowy.
Albatrosy, przepiękne. Szybują tuż nad wodą, nie ruszają skrzydłami. Miałam takie oceaniczne safari. Latające ryby, jakieś ptaki. Na południowym Pacyfiku tuż przed dziobem wyskoczył mi wieloryb. Wyleciał pionowo do góry, a potem się zwalił i ja nad nim przepłynęłam. Błyskawicznie. Gdyby chwilę później wyskoczył, mógłby mi się zwalić na pokład. Zatkało mnie z wrażenia.

Miałaś dostęp do Internetu?
Mogłam wysyłać i odbierać mejle przez satelitę. Ale pisałam tylko dlatego, że obiecałam, żeby się rodzina i znajomi nie martwili. Jak jestem tam, to nie czuję potrzeby kontaktu ze światem normalnym. Miałam też urządzenie do trackingu, które samo wysyłało moją aktualną pozycję na morzu. Koło Brazylii się popsuło, to sama wysyłałam swoją pozycję. Miałam Kindle’a z 350 książkami, 75 przeczytałam. Rozwiązywałam sudoku, które bardzo lubię, przygotowywałam posiłki, planowałam, co dalej – jest co robić.

Medytacja? Kontakt z Bogiem?
Nie, ja nie medytuję. A w Boga nie wierzę. Staram się, żeby łódka jak najszybciej płynęła. Nie to, żeby mi się spieszyło, ale taka namiastka regat – płynąć tak szybko, jak się da.

A wbijanie gwoździ i wszystkie „męskie” prace na łodzi?
Ja dużo lepiej wbiję gwóźdź niż mój mąż, który ma bardziej artystyczną duszę. Ja jestem bardziej techniczna. Nie wydaje się to już dziś nietypowe. Jak pływałam w załodze, nikt mi nie powiedział: „Ty zrób obiad, a my będziemy stawiać żagle”. Zawsze mnie traktowano jak pełnoprawnego członka załogi. Ale też ja nigdy nie wymagałam specjalnego traktowania. Nie mówiłam: „Wyznaczajcie mi wachty w dzień, bo jestem kobietą”. Na łodzi się wszyscy wymieniają, każdy po kolei sprząta, gotuje, steruje.
Jak płynę sama, to jestem zdana na siebie. Jak musiałam na Oceanie Indyjskim zdjąć główny żagiel – grot, który waży z 25–30 kilo – żeby go pozszywać, a drugi założyć, to było ciężko. Ciągnęłam, wymyślałam jakieś dźwignie, żeby nadrobić brak siły fizycznej. I nie uszkodzić pleców. To najważniejsze na takim rejsie. Nawet głupie skaleczenie w słonej wodzie się nie goi. Wszystkie śruby dokręcałam w rękawiczkach. Dopiero dwa, trzy dni przed końcem się skaleczyłam. Okleiłam rękę taśmą izolacyjną od prądu i dopłynęłam do Plymouth.

Kończyłaś szczęśliwa?
Nie, miałam mieszane uczucia. Z jednej strony: „Hurra, już koniec!”. A z drugiej – smutno: „Holender, to się kończy”. Siedem miesięcy na łódce, można się do niej przywiązać.

Ile kroków miała łódka wzdłuż?
Nie wiem. Pokład miał 12 na 3,5 metra, ale nie chodziłam po łódce jak więzień po celi. Na morzu za bardzo buja na takie spacery. Cały czas trzeba się czegoś trzymać. I cały czas jest coś do zrobienia. Zresztą wychodziłam popływać koło łódki albo oczyścić dno z porostów od spodu. Oczywiście, przypięta.

Alek przynosi Asi do łóżka poranną filiżankę mięty (najpierw jest mięta, potem kawa). Asia coś czyta albo rozwiązuje sudoku. – Piekielnie trudne, bo ona robi tylko te piekielnie trudne. Innych wyzwań niż piekielnie trudne Asia w ogóle nie podejmuje – wyjaśnia.

Asia żyje z żeglowania. Przez rok pracuje na Cyprze jako kapitan jachtu, przyprowadza łódki z Polski do Anglii. To dobre pieniądze. Ale tak naprawdę żyje marzeniami.

– Ja nie wyrosłam z marzeń. Jeszcze w Polsce w latach 80. usłyszałam o samotnych regatach przez Atlantyk. Po 15 latach udało mi się pożyczyć łódkę i wystartować. Jak się realizuje marzenia, to jest takie fajne uczucie, że się potem wymyśla następne marzenie.

>> Czytaj także: Dzikość serca. Spotkanie z biebrzańską wiedźmą, czyli Agnieszką Zach

Co teraz? Na Księżyc nie popłyniesz.
W międzyczasie weszłam na Kilimandżaro. A co dalej, nie wiem, jestem jeszcze trochę głową na morzu. Marzenia mogą być różne. Po poprzednim rejsie dookoła świata opowiadałam o swoich marzeniach w telewizji i w szatni mnie zaczepia pani, że też miała z mężem marzenie. I jak dzieci podrosły, stwierdzili, że trzeba je w końcu zrealizować. I pojechali… do Zakopanego. Przez 15 minut opowiadała, jak było fantastycznie, chociaż męża trochę biodro bolało, trudno było mu wysiąść z samochodu.

A jak po siedmiu miesiącach stanęłaś na lądzie, to…
Wyszłam na pomost i najpierw nic. A potem poczułam: ten pomost się rusza. I teraz chodzę jak marynarz, na szerokich nogach.

Joanna Pajkowska, ur. w 1958 r., żeglarka, kapitan jachtowy. Jako pierwsza Polka opłynęła świat bez zawijania do portów. Rejs trwał 216 dni i 16 godzin, zakończył się 28 kwietnia. Laureatka wielu żeglarskich nagród. W 2019 roku nasz magazyn uhonorował ją Kryształowym Zwierciadłem.