Las jest nasz

Peter Wohlleben przekonuje, że świat drzew nie różni się bardzo od naszego. (Fot. Getty Images)
Peter Wohlleben przekonuje, że świat drzew nie różni się bardzo od naszego. (Fot. Getty Images)

Miłość do lasu jest instynktowna. Choć ewolucyjnie wywodzimy się ze stepu, to czujemy, że to las jest ostatnim wolnym ekosystemem w naszym środowisku. Dlatego go potrzebujemy. W demokratycznych krajach las należy do nas wszystkich i wszyscy mają prawo o niego dbać – mówi Peter Wohlleben, niemiecki leśnik i autor licznych książek o lesie, jego ludzkiej naturze i naszych wzajemnych relacjach.

Las to dobre miejsce na wakacje?
Las to zawsze dobre miejsce. I nigdy się nie nudzi. Jest dobry do życia, ale i na wakacje, do odpoczynku. Szczególnie taki, gdzie nie ma zasięgu dla komórek. Na przykład właśnie ten las, w którym ja spędzę wakacje, wędrując poza szlakami, czyli daleko na północy, w Szwecji, właściwie w tajdze.

Tak daleko na północy, że komórki już nie działają? Czyli to idealne miejsce na wakacje z dziećmi?
To w ogóle jest las zupełnie inny od tych, jakie znamy tutaj, w centralnej Europie. Na północy Szwecji są parki narodowe o powierzchni dziesięciu tysięcy kilometrów kwadratowych. I oprócz lasu nie ma tam nic, zupełnie nic, ani dróg, ani wsi, po prostu pusto. Ludzie dziś często boją się, co to będzie, gdy coś im się w lesie stanie, a nie będzie zasięgu. A przecież jeszcze 30 lat temu jakoś sobie radzono. Poza tym europejskie lasy są w gruncie rzeczy niewielkie. Na mapach to dobrze widać, lasy to właściwie płachetki, droga i ludzie zawsze są niedaleko. Poza tym bycie w lesie bez komórki sprawia, że uaktywniają się inne zmysły i umiejętności niż na co dzień. Normalnie jesteśmy skupieni na tym, co widzimy, a tu nagle zaczynamy posługiwać się węchem, słuchem. Uruchamiamy też rozmaite zapomniane umiejętności: zastanawiamy się, gdzie przenocować, jak zrobić sobie jedzenie. I udaje nam się przetrwać. Poza tym perspektywa, że można się gdzieś zgubić i błąkać, też ma przecież w sobie coś podniecającego, kuszącego.

Ale uruchamiamy też wyobraźnię i zaczynamy się bać… Na różnych poziomach, tym symbolicznym i dosłownym. Odczuwamy lęk przed bliżej nieokreślonymi zagrożeniami i strach przed kleszczami.
Owszem, las pozwala zrozumieć, jak silne są nasze instynkty, bo przecież ten lęk z rozumem ma niewiele wspólnego. Gdybyśmy zachowywali się racjonalnie, wiedzielibyśmy, że to w mieście jest dużo bardziej niebezpiecznie. A las naprawdę jest jednym z najbardziej bezpiecznych miejsc na świecie. I jeśli ktoś kogoś może tam się bać, to raczej zwierzęta ludzi niż odwrotnie.

Wszyscy wychowaliśmy się na bajkach. A w bajkach las stanowi miejsce groźne.
Dokładnie tak jest. Bajki w naszych relacjach z lasem odegrały trochę taką rolę jak film „Szczęki” w naszym myśleniu o morzu. Wielu ludziom zepsuł przyjemność kąpania się, choć wiemy, że ryzyko spotkania z rekinem jest niemal zerowe. To samo jest z bajkami, lasem, wilkami i złoczyńcami.

Może więc zamiast czytać dzieciom bajki, które dzieją się w lesie, lepiej im ten las po prostu pokazać. Stworzyć dla nich, tak jak pan, Leśną Akademię. Tylko panu łatwo, bo pan jest leśnikiem…
Każdy może to zrobić. Najważniejsze, żeby w poznawaniu lasu dopasować się do tempa dzieci. Dzieci, w przeciwieństwie do dorosłych, są bardzo ciekawe świata. Tak więc wybierając się z nimi do lasu, możemy przez dwie godziny przejść tylko sto metrów, bo tyle tam jest interesujących rzeczy. No, ale dorośli się niecierpliwią i to zabija ciekawość w dzieciach. Najważniejsze są więc dwie rzeczy: mieć dużo czasu i pokochać las, a cała reszta przyjdzie sama.

Tym bardziej że – jak już ustaliliśmy – mamy wyłączoną komórkę…
Według mnie dzieci w lesie nie mają problemu z komórką. Fotografują to, co widzą, wrzucają na Facebooka. W książce dla rodziców i dzieci, którą nazwałem „O czym szumią drzewa”, jest wiele pomysłów na to, co robić w lesie. Osobiście nie chciałbym im tam niczego zakazywać.

Las jest przestrzenią wolności dla człowieka?
Tak, właśnie tym. W Leśnej Akademii dla dzieci ważny jest przede wszystkim transfer emocji, a nie wiedzy.

Emocje ożywiają las. Na czym polega świat drzew, jak on jest zorganizowany?
Ten świat nie różni się tak bardzo od naszego. Oczywiście, drzewa nie latają na Księżyc i nie konstruują komputerów, ale w świecie drzew generalne zasady są podobne do naszych. Bronią się przed zagrożeniami, na przykład przed kornikami, wydzielając gorzką żywicę, przekazują między sobą informacje o niebezpieczeństwach. Są drzewa odważne, takie, które do ostatniej chwili nie zrzucają liści, chcą wyprodukować więcej cukru w zapasie na zimę i ryzykują, że spadnie śnieg, a gałęzie pokryte liśćmi łatwo się łamią. I są drzewa tchórzliwe, takie, które gubią liście zaraz na początku jesieni. Są wśród nich samotnicy, jak brzozy, i istoty stadne, jak buki, które zresztą mają agresywny charakter i potrafią wysysać korzeniami wodę spod rosnących wśród nich dębów. Jak my czują pragnienie, zimno, upał. Troszczą się o swoje dzieci, swoje potomstwo. Ja postrzegam las jako rodzinę i społeczeństwo. Tak też widzą to naukowcy, tylko ludziom trudno w to uwierzyć.

Jakich reguł trzeba przestrzegać w lesie, jak dalece można czuć się swobodnym, a gdzie zaczyna się ingerencja w życie lasu i zwierząt? Skoro las to dom żywych stworzeń, musimy przecież przestrzegać ich zasad.
Najczęściej rodzice mówią dzieciom: „Musicie być cicho. Nie hałasujcie, nie biegajcie, straszycie zwierzęta”. A powinno być zupełnie odwrotnie. Ja najpierw pozwalam im się wykrzyczeć. Dzieci to lubią, ale to też ważne dla zwierząt. Kiedy dzieci biegają i krzyczą w lesie, zwierzęta dowiadują się, że nie mają do czynienia z myśliwymi. Ci przecież zawsze się ukrywają, udają, że ich nie ma. Czyli kiedy dzieci zachowują się głośno, to działa na zwierzęta uspokajająco, nie stresują się, rozumieją, że nic im nie grozi.

Las, do którego wchodzimy, formalnie może być prywatny albo państwowy. Ale czy dziś w pewnym sensie nie należy on do wszystkich? Powstaje w nim tlen, trwa różnorodność gatunków. Las jest ważny i potrzebny każdemu.
Nawet lasy całkiem dosłownie państwowe należą do nas wszystkich. I każdy ma prawo się o nie troszczyć, interesować tym, co się w nich dzieje. Na tym właśnie polega demokracja. Ja wszystkich zachęcam do korzystania z tego prawa. Pamiętając o tym, będziemy mieli inny stosunek do lasu. Tacy już jesteśmy, lepiej chronimy to, co należy do nas.

Kiedy zobaczyłam, że w miejscu, gdzie od lat spędzam wakacje, na Mazurach, w Puszczy Piskiej, wycięto wielki obszar lasu, tak w pień, do gołej ziemi, poczułam się, jakby mnie okradziono. Miałam do tego prawo?
Miała pani rację, słusznie się tak pani poczuła. Tym bardziej że wycinanie lasu w ten sposób i ciężkim sprzętem dewastuje go. Pojazdy zgniatają ziemię, przerywają się w niej kanały powietrzne, ziemia nie może gromadzić wody. Efekty tych szkód widać dużo później, kiedy rosnące na zniszczonej ziemi świerki nie są w stanie bronić się żywicą przed kornikami.

Poczułam się też wściekła i bezradna. Bo co ja mogę?
Pani jest dziennikarką, więc może pani o tym pisać, nagłaśniać sprawę. Ale każdy, tak jak pani, może dowiadywać się, pytać, dlaczego tak się stało. Czy wycinając ten las, postąpiono legalnie i słusznie. To element demokracji.

Pewno wszystko było legalnie i zgodnie z przepisami. Takie zdarzenia to fragment tzw. gospodarki leśnej, polegającej na wycinaniu lasu.
Wycinanie lasu do gołej ziemi to głupota. Takie wycinki są ekonomicznie bezsensowne, powodują, że burzymy fabrykę drzewa. Bo bez drzew las nie może odrosnąć. Może powstać plantacja, a to nie to samo co las. Ale leśnicy ciągle coś takiego robią. To tradycja. Moim zdaniem leśnicy, niestety, myślą wolniej niż drzewa, wolniej wyciągają wnioski.

To jak im wytłumaczyć bezsens takiego działania?
Jest sporo argumentów i naukowych, i ekonomicznych udowadniających, że to nie ma sensu. Równie ważne są argumenty emocjonalne. Jeśli nam, obywatelom, to się nie podoba, to też ważne. Nikt nie wyburza starych kościołów po to, żeby ze starych cegieł wybudować supermarket. Ale kościoły to kultura, nie natura, i to dla wszystkich oczywiste. Trochę lasu trzeba wycinać, bo przecież potrzebny nam jest papier. Najważniejsze, żeby nie ruszać tych katedr, tych dziesięciu procent najbardziej cennych, niezwykłych lasów. One nie są wartością na poziomie ekonomicznym, tylko emocjonalnym.

Może las jest dziś w ogóle bardziej źródłem dobrostanu dla ludzi niż dziedziną gospodarki?
Jest jednym i drugim. Nie można widzieć tego tak skrajnie, tylko w czarnych i białych barwach. Chodzi o to, żeby z lasem obchodzić się łagodniej, nie wycinać w pień, nie wysyłać harwesterów, pracować ręcznie tak, żeby lasu nie dewastować. I rozmawiać o tym. Jednak leśnicy i w Niemczech, i w Polsce często boją się o swoją przyszłość i każdą dyskusję na temat lasu traktują jak ingerencję w ich dorobek. Reagują jak dzieci, którym ktoś chce zabrać zabawkę. Zapominają, że jak wytną do cna, to też ją stracą.

Leśnicy przypominają tych rodziców, którzy uważają, że tylko oni mogą się wypowiadać na temat wychowania dzieci. A inni to uzurpatorzy.
Często tak jest. Tymczasem leśnicy powinni się nauczyć, że nie są właścicielami lasu, są tylko w służbie społeczeństwa.

Myślenie o lesie jak o dobru wspólnym stało się silniejsze przy okazji konfliktu o Puszczę Białowieską. Wiele osób zaczęło się przejmować przyszłością lasów, protestować przeciwko wycinkom, ale też zastanawiać, czym dziś właściwie jest natura. Czy to pojedyncze drzewo, które rośnie za oknem w mieście, czy tylko puszcza, dzika, białowieska albo amazońska.
Natura to jest zasadniczo to, w co człowiek aktywnie się nie wtrąca. Ale na przykład dla zwierząt Warszawa to też rodzaj natury, naturalnego środowiska, w którym góry mają kształt prostopadłościanów. Dzisiaj w miastach mamy często większą różnorodność gatunkową niż na wsi. Przecież rolnik, opryskując chemią pola, zabija wszystkie zwierzęta, owady i „niepotrzebne” rośliny. Z kolei w parkach miejskich są drzewa, łąki, kwiaty, w Niemczech coraz częściej ludzie mają pasieki w miastach. W Berlinie lisy żyją kilkadziesiąt metrów od Bramy Brandenburskiej, tylko menu mają nietypowe, bo jadają currywursty.

W Warszawie są dziki i łosie.
Wcale mnie to nie dziwi. Dla zwierząt miasto jest bezpieczne. Nikt im tu nie grozi, miasto jest dla nich jak park narodowy, nie ma żadnych myśliwych.

Czy wobec tego przyszłość natury to miasto i ludzie z miasta?
Przyszłość natury zależy od ludzi z miasta, którzy nie stracili z nią kontaktu. I nawet coraz bardziej go potrzebują. To powszechne na świecie zjawisko, ludzie z miasta robią więcej dla natury niż ludzie ze wsi.

A po co nam ona w ogóle jest potrzebna? Może nie trzeba jej chronić? Może musi zniknąć, taka kolej rzeczy?
Trzeba ją chronić, ale paradoksalnie nie ze względu na nią samą, tylko ze względu na nas. My nie jesteśmy w stanie jej zniszczyć. Natura zawsze się jakoś obroni, zregeneruje, może za tysiąc lat, może za dziesięć tysięcy. To dla niej nie jest długi czas. Ale dla nas to co innego, to zdecydowanie za długo. I właśnie dlatego musimy chronić naszą osobistą przestrzeń życiową. Nie myślmy przede wszystkim o lesie, tylko o nas samych. W Czarnobylu las wrócił, ale ludzie nie.

Dużo się mówi o zaniku różnorodności gatunkowej – czy ona też podlega temu mechanizmowi odtwarzania?
Na Ziemi żaden gatunek nie istnieje raz na zawsze. Dla samej natury to, że gatunki znikają, nie stanowi wielkiej zmiany. Kiedyś przecież zniknęły mamuty. Ale nam dziś byłoby smutno, gdyby nie było już słoni albo – w Puszczy Białowieskiej – żubrów. Bądźmy więc egoistami, dbajmy o naturę. I uczmy tego dzieci.

Peter Wohlleben, niemiecki lesnik, pisarz, działacz na rzecz przyrody. Mieszka i pracuje w Reńskich Górach Łupkowych. Autor bestsellera „Sekretne życie drzew”.