Na własnych warunkach

Ilustracja Agata Nowicka
Ilustracja Agata Nowicka

Młodzi ludzie pracują inaczej niż pokolenie ich rodziców, chcą czuć, że praca ich rozwija, że są w niej szanowani, dbają o życie prywatne. Jednak starsi mylą się, sądząc, że młodzi są leniwi. Oni szukają sensu.

46-latek, szef dużego zespołu ludzi w prestiżowej warszawskiej firmie opowiada o swoich młodych podwładnych. – Godzina 17, a on mi mówi, że wychodzi. Szczęka mi opadła. Jak to wychodzisz, pytam, przecież nie skończyłeś. A on, że trudno, skończy jutro, bo dziś już koniec pracy. Mnie to się w głowie nie mieści. Nie wyjdę, dopóki nie skończę, jeśli trzeba, będę siedział do nocy albo i tydzień.

Pokolenie jego rówieśników i nieco starszych osób spotyka się dziś w firmach z 30-latkami, którzy funkcjonują według zupełnie innego schematu. Dla tych pierwszych praca to etos, miara sukcesu, a często najważniejsza sprawa, której oddają się z największym wysiłkiem. Ci drudzy traktują pracę jak jeden z wielu elementów życia, dla którego nie zamierzają poświęcać spraw osobistych, pasji czy godności. Wymagają wręcz od niej, żeby pasje pomagała rozwijać. To dwa równoległe światy.

Pokolenia Y i Z, czyli dorosłych ludzi, którzy nie pamiętają życia w PRL, zostały już wielokrotnie przebadane przez socjologów, specjalistów od rynku pracy, a badania te są regularnie aktualizowane. To jest potrzebne, bo światy równoległe trzeba jakoś do siebie dostosować, choćby dlatego, że przy nowym podejściu nie sprawdzają się stare metody zarządzania. – Szefowie ze starszego pokolenia są przyzwyczajeni, że mówią: „Daj z siebie wszystko, bo mam kilku chętnych na twoje miejsce” – mówi dr Justyna Sarnowska, socjolożka z Uniwersytetu SWPS i ośrodka Młodzi w Centrum LAB badającego i aktywizującego młodych ludzi. – Im też tak mówiono i tak faktycznie było. Pracowali do późna, praca ich pochłaniała, wierzyli też, że tego potrzebuje firma, a także oni sami, jeśli chcą odnieść sukces. I teraz oczekują tego samego od młodych. Jednak młodzi wiedzą, że można inaczej.

Inaczej też definiują sukces – jest nim również szczęście osobiste. Oczekują balansu między pracą a rodziną. Według badań firmy Delloitte z 2018 r. od pracodawców oczekują szacunku do siebie, dobrej i przyjaznej atmosfery, potwierdzenia własnej wartości. Także możliwości rozwoju, bezpieczeństwa zatrudnienia, docenienia, elastycznych godziny pracy, wysokiego wynagrodzenia.

Starsi lubią nazywać to wybujałymi oczekiwaniami. Nie mają racji. – Starsze pokolenie budowało wiedzę o pracy na podstawie tego, co im mówili szefowie, młodzi mogą to sprawdzić, mają Internet, podróżują i wiedzą, jaka jest kultura pracy w innych krajach – mówi Justyna Sarnowska. – Wiedzą, że mają potencjał i wykształcenie, mogą pozwolić sobie na to, żeby odejść. Tym bardziej że brakuje pracowników i argument o kolejce chętnych na ich miejsce jest nieaktualny.

>> Czytaj także: Profesjonalny networking – jak budować kontakty w sieci

Bez etatu, bez przywiązania

– Mam 28 lat i nigdy nie miałam stałej umowy o pracę – mówi Aleksandra, posiadaczka dyplomów z socjologii i kulturoznawstwa.

Żyje ze zleceń od firm badających rynek. Nie ma problemu z ich zdobywaniem, to o wiele łatwiejsze niż znalezienie stałej pracy. Zarabia też jako instruktorka tenisa. – Gram od dzieciństwa – mówi. – Po pierwszym roku studiów zrobiłam papiery instruktorskie. Dzięki temu mam szansę na niezły zarobek w wakacje. I lubię to.

– Słyszę narzekania, że młodzi nie przywiązują się do firmy, zmieniają pracę, łatwo się zniechęcają, że ledwie pracodawca wdroży pracownika, ten nabiera gotowości do odejścia – mówi Justyna Sarnowska. – Jednak to się skądś bierze. Skoro młodzi są traktowani tymczasowo, sami tak się zachowują. Stabilizacja jest dla nich nieosiągalna, praca jest nieprzewidywalna, bo umowy stałe to wyjątek, a nie reguła. To wywołuje przekonanie, że skoro pracodawca może zrezygnować ze mnie, to ja też jestem w stanie rozstać się z pracodawcą, nie jestem za tę firmę odpowiedzialny, nie utożsamiam się z nią.

Aleksandra przez jakiś czas pracowała w korporacji, w dużej firmie badawczej. Dostała umowę na trzy miesiące z perspektywą kolejnej na czas określony. To był finansowy oddech, bo zarabiała stałą podstawę plus wynagrodzenie za realizację projektu. – Zaczęłam myśleć, że fajnie byłoby mieć stały przychód, poczucie bezpieczeństwa – mówi. – Jednak czułam się tam wykończona psychicznie. Nie chodzi o deadline’y, bo ja tak zawsze pracuję. Chodzi o atmosferę, o to, jak nas traktował koordynator projektów. Powtarzałam sobie, że dla tych stałych pieniędzy warto wytrwać, jednak pewnego dnia siostra powiedziała mi: „Odejdź stamtąd, bo nie da się z tobą spokojnie rozmawiać”. Byłam też zmęczona fizycznie, bo dużo czasu zajmowały mi dojazdy. Stwierdziłam, że to wszystko jest ważne, pracuję po to, żeby żyć, a nie się wyniszczyć. Odeszłam.

Starsi by wytrzymali. Oni są nauczeni, że o pracę trzeba zawalczyć, zacisnąć zęby i przetrwać, bo nic nie przychodzi łatwo. Na profity trzeba ciężko zapracować. To wynika z innej rzeczywistości, w której dorastali i w której przyszło im robić karierę. Mają doświadczenie transformacji, podczas której najsilniejsi i najwytrwalsi osiągali sukces. Jednak ich wysiłek dawał nadzieję na nagrodę. – Kiedy zaczynali pracę w firmie, wiedzieli, co będzie dalej, że dostaną umowę o pracę i to będzie szczęśliwe zakończenie ich starań. Młodzi tej nagrody nie mają, dlatego nie walczą za wszelką cenę – mówi Justyna Sarnowska.

Pracować z pasją

Antonina Grynberg, 27 lat, po psychologii: – Zabezpieczam się finansowo na jakiś czas, by móc zostawić pracę, kiedy przestanie być dla mnie sensowna. Teraz pierwszy raz w życiu mam stałą umowę, a jednak zostawiam ją. Stać mnie na to, by przez trzy miesiące szukać czegoś nowego, ewentualnie dorabiając dorywczo.

Antonina zostawia pracę, która długo sprawiała jej ogromną satysfakcję. Brała udział w tworzeniu od podstaw w Polsce międzynarodowej studenckiej organizacji żydowskiej. Robiła coś nowego, interesującego, jeździła przy tym po świecie, poznawała ludzi, uczyła się i miała poczucie, że tworzy coś wartościowego. Jednak to się skończyło. – Nadszedł moment, w którym czuję, że dłużej tego nie pociągnę. Już się tu niczego nie nauczę – mówi. – Trochę boję się, że nie znajdę innej stałej pracy, jednak bardziej boję się tego, że mogę utknąć na 20 lat w miejscu, które już mi nic nie daje, a ja tak się do niego przyzwyczaję, że nie znajdę w sobie odwagi, żeby je zostawić.

Najgorsza część jej obowiązków to godziny spędzane przy biurku, czegoś takiego na pewno nie będzie szukać. Problem też sprawia jej to, że eventy, które organizuje na uczelniach, odbywają się wieczorami. Wprawdzie to ta ciekawsza część jej pracy, jednak pora sprawia, że odbywa się to kosztem prywatnych wieczorów. – Drugi raz za takie pieniądze już bym się na to nie zgodziła – mówi.

Jest dumna, bo marka, na którą pracowała, staje się rozpoznawalna częściowo dzięki niej, jednak jest jej przykro, że nie ma czasu spotkać się z siostrą, pójść na niedzielny obiad do rodziców. A ponieważ przestała czuć sens tego, co robi, stąd jej decyzja. Przyznaje jednak uczciwie: – Mam to szczęście, że nie mam kredytu. Nie mam też dzieci i mogę sobie pozwolić na nieregularne dochody. Pasjonuje ją psychoterapia psychodynamiczna, chciałaby rozwijać się w tym kierunku. Takie spełnienie zawodowych marzeń wymaga jednak przyziemnych inwestycji finansowych. Kurs kosztuje ok. 50 tys. zł. Na razie na to jej nie stać, jednak myśli – może najpierw zrobi tańszy kurs psychoterapii poznawczo-behawioralnej i pracując w tym nurcie, zarobi na drugie szkolenie? A może zrobi kurs pedagogiczny i będzie pracować w przedszkolu, bo brakuje takich nauczycieli.

– Z badań wynika, że dla młodych ludzi praca nie jest tylko źródłem dochodów, ma rozwijać zainteresowania. Ma stanowić źródło inspiracji i satysfakcji – mówi Justyna Sarnowska. Walczą o to jednak młodzi mieszkańcy dużych miast, z dużym kapitałem kulturowym wyniesionym z domu, wykształceni. Oni mają potencjał i możliwości, żeby szukać swojego miejsca, ryzykować, zarabiać nieregularnie. Zawsze mogą znaleźć też oparcie w rodzinie. Młodzi z Polski powiatowej raczej biorą taką pracę, jaką mają w swojej okolicy, albo migrują. Ci pierwsi pokazują nowy trend, który z czasem musi skłonić pracodawców do zmiany oczekiwań wobec pracowników i oferowanych im warunków. Wtedy skorzystają na tym także ci drudzy.

Bardzo kibicuję młodym ludziom w ich zdystansowanym podejściu do korporacji, ale przestrzegam przed nadmiernymi generalizacjami, widzę to jako stopniową ewolucję – uważa Justyna Kubicka-Daab, doradca w dziedzinie HR. – Ten trend dotyczy głównie tej części młodych ludzi, którzy mogli obserwować pracę swoich rodziców w korporacjach i nie chcą tego samego dla siebie. Ciekawi świata i często nieźle go już znający, cenią sobie wolność wyboru, pracę w zgodzie ze swoimi pasjami, dającą poczucie sensu. Dociera do nich, że cykl życia w korporacji nie pozwoli im się szybko rozwinąć, a po drodze mogą zgubić to, co w nich wartościowe. Natomiast pierwsze pokolenie, które zaczyna tam pracę, bardziej bezkrytycznie, ale i pracowicie, wchodzi w te tryby, bo daje im to realną szansę na zmianę statusu.

Aleksandra dzięki socjologii ma zawód, który pozwala jej zarabiać. Kulturoznawstwo studiowała wyłącznie dla przyjemności. – Socjologia jest interesująca, to jasne, jednak fajne projekty i badania nie są dochodowe – mówi. – Zarabia się na badaniach rynku. Nie mam poczucia, żeby mnie to rozwijało. Dostawałam duże pieniądze za bazę danych na temat tego, co ludzie mówili o papierkach do batoników.

Chciałaby robić coś, co jednocześnie ją pasjonuje. Myśli o pracy z psami. – Psy od zawsze kocham, a układanie ich chyba mi wychodzi. Chciałabym przygotowywać psy „do zadań specjalnych”, takich jak praca z osobami niepełnosprawnymi. To byłoby idealne połączenie pasji i poczucia, że to, co robię, ma głęboki sens. Nie wiem, czy się uda, ale na pewno będę próbować.

Dążenie do satysfakcji z pracy, do tego, żeby była ona ciekawa, ale i wygodna, Justyna Sarnowska tłumaczy wychowaniem: – Rodzice, którzy dorastali w PRL, w czasach niedoborów, chcieli zapewnić dzieciom to, czego sami nie zaznali. Chcieli, żeby one miały bardziej kolorowo. Kiedy podstawowe potrzeby zostają zapewnione, rozbudzają się te wyższego rzędu. Rosną aspiracje. Rynek odpowiedział: nastąpił rozkwit uniwersytetów i szkół prywatnych, w niespotykanej wcześniej skali młodzi poszli na studia. Rosną więc też na potęgę ich aspiracje zawodowe. A to mocno wpływa na postrzeganie pracy.

Kilka karier do wyboru

To, co pozornie wygląda na idealizm czy życzeniowość, jest cierpliwie realizowanym planem, niezgodą na bylejakość. Od pokolenia X młodych różni to, że nie boją się długo próbować. Nie paraliżuje ich myśl, że wypadną z rynku, że nie przechodzą kolejnych etapów kariery, która bez tego będzie stracona. Szukają namiastki stabilności, ale przyzwyczaili się do myśli, że mają kilka karier do wyboru i są gotowi zmieniać decyzje.

Starsi wybierali zawód raz na zawsze i mieli w nim ustaloną ścieżkę rozwoju, wiadomo było, jak przebiega specjalizacja – mówi Justyna Sarnowska. – Teraz trudniej to przewidzieć, bo rynek wciąż się rozwija, powstają nowe zawody, nowe prawo, rozwija się technologia i wszystko może się zmienić. W każdej chwili możemy stanąć przed zupełnie innymi oczekiwaniami niż wcześniej. Trudno ocenić, na ile trwałe jest to, co się aktualnie robi.

To jednak, według socjolożki, ma też swoje gorsze strony. Młodzi ludzie, wchodząc na rynek pracy, potrzebują coraz więcej czasu, żeby się na nim odnaleźć, bo ciąży na nich olbrzymia presja, żeby dokonać właściwego wyboru. Dlatego zaczynają kilka razy, żeby osiągnąć upragnioną satysfakcję z pracy.

Wykształcenie nie ma znaczenia

– Dziś nie trzeba już planować kariery liniowo, na całe życie, w jednej firmie, w jednym zawodzie. Młodzi nie są przywiązani do jednego zajęcia, mają gotowość na zmiany – mówi 29-letni Jakub Daab. Zajmuje się programowaniem. – W tej dziedzinie mogę funkcjonować na całym świecie – opowiada. – Można pracować zdalnie. Współpracowałem w ten sposób z firmami z USA, Australii, Niemiec, Brazylii. Znajdowałem zlecenia przez Internet, robiłem projekty, za pomocą specjalnych platform pomagałem programistom rozwiązywać problemy, uczyłem technik programowania, stawiania pierwszych kroków.

Od 1,5 roku prowadzi własną firmę. Tworzy narzędzia programistyczne i pracuje nad platformą, która ma ułatwić realizację projektów informatycznych, skupiać ludzi z dowolnych części świata przy wspólnym projekcie, w którym każdy będzie pracował nad swoim wycinkiem. Jak z tego żyje? – Kiedy robiłem zlecenia, zgromadziłem kapitał, który pozwolił mi otworzyć firmę – odpowiada. – Obecnie inwestuję w platformę, którą tworzę, wspomagając się inwestycjami na rynkach finansowych z wykorzystaniem własnych algorytmów.

– Pierwsze zlecenia zacząłem robić już w liceum – mówi. – Nigdy nie studiowałem informatyki. W liceum rozpocząłem też za zgodą rektora UW studia filozoficzne. Jako wielokrotny laureat olimpiady filozoficznej miałem wolny wstęp na większość kierunków studiów i po szkole średniej rozpocząłem prawo i ekonomię na Międzywydziałowych Indywidualnych Studiach Humanistycznych. Potem studiowałem też fizykę. Żadnych studiów nie skończyłem. Wszystkiego, co teraz robię, nauczyłem się samodzielnie. I wiem, że mogę nauczyć się innych rzeczy, jeśli będę chciał.

– Nie było łatwo pogodzić się z faktem, że Kuba rzucił studia, w naszym środowisku wciąż jeszcze dyplom znaczył wiele. Z drugiej strony, z mojej praktyki doradczej wiem, że w dzisiejszym świecie liczą się przede wszystkim konkretne umiejętności i sukcesy, a nie – dość łatwo dziś dostępny – dokument – mówi Justyna Kubicka-Daab, która jest także matką Jakuba. – Bardzo wierzę, że należy wybierać własną drogę i trzymam kciuki za sukces syna.

Aleksandra również zauważyła, że wykształcenie nie determinuje kariery: – Dla pokolenia moich rodziców było nie do wyobrażenia, że można nie skończyć studiów, aby mieć dobrą pracę. A ja mam znajomych, którzy świetnie sobie radzą, chociaż nie obronili prac magisterskich albo nie dokończyli studiów. Czasami brak dobrego wykształcenia blokuje drogę do dobrej pracy, jednak bez tego też się da fajnie żyć. Jest cała masa uczelni prywatnych, w których aby zdobyć papier, nie trzeba się specjalnie napracować. Ma więc ono mniejsze znaczenie.

Dodaje: – Pochodzę z domu, w którym wykształcenie jest bardzo istotne. Nie chodzi tylko o papier, ale o oczytanie, ogólną wiedzę o świecie. Dla mnie też to jest ważne, jednak nie wiem, czy to, że przeczytałam dużo książek, do czegoś mi się przydało w pracy. Przypominam sobie różne rekrutacje: musiałam wykonać zadania, wykazać się znajomością jakiegoś programu, stworzyć bazę danych. Właściwie nie prezentowałam się przez rozmowę.

Cały świat dla nas

Różnica pokoleniowa w podejściu do kariery ma też związek z tym, że starsze pokolenie było skazane na pracę w Polsce, mało kto mógł pracować za granicą. Wraz z otwarciem granic zmieniły się możliwości. Jednak wyjazd do pracy za granicę jest łatwiejszy dla młodych, którzy znają języki i są elastyczni, potrafią zajmować się różnymi rzeczami. – Teraz dużo łatwiej jest myśleć w kategoriach nie tylko lokalnych, ale całego świata, nawet nie posiadając specjalnych umiejętności – mówi Jakub Daab. – Pewien programista pracował u mnie, pojechał na kilka miesięcy do Norwegii, teraz planuje powrót, a potem wyjazd do krajów śródziemnomorskich. Kiedyś wyjeżdżało się na całe lata, to była życiowa decyzja. Teraz łatwiej się przemieścić, łatwiej być za granicą, znamy języki i nie mamy barier mentalnych, bo mamy wspólne doświadczenia z ludźmi z innych części świata. W Internecie mamy dostęp do tej samej wiedzy, do mediów, świat jest bardziej połączony.

Antonina Grynberg: – Mogę pracować w Polsce, mogę też w innym kraju, jeśli mówią tam po angielsku albo po francusku. Gdybym dostała propozycję wyjazdu na rok gdzieś, gdzie mogłabym się rozwinąć, nauczyć języka, to nawet w przyszłym tygodniu byłabym gotowa spakować walizkę. Im więcej doświadczeń, tym lepiej. Mieszkałam przez rok we Francji i to dało mi nowe doświadczenia, poszerzyło horyzonty, chociażby przez to, że mogłam zobaczyć, jak wygląda życie gdzie indziej.

28-letnia Marta Nowak, ostatnio dziennikarka poważnego serwisu informacyjnego specjalizującego się w fact-checkingu, za granicą spędziła cztery lata. Rok w Hiszpanii w czasie, gdy studiowała iberystykę, w ramach programu Erasmus. Po studiach pojechała do Ameryki Łacińskiej. – Chciałam tam zostać, miałam dosyć Polski, zaczął się tu straszny klimat polityczny – opowiada. Ostatecznie w Brazylii i w Peru mieszkała trzy lata. W Brazylii pracowała w prywatnej szkole, uczyła angielskiego. W wolnym czasie trenowała kung-fu, grała w zespole. Podobało jej się, jednak musiała wyjechać. – Nie dostałam pozwolenia na stałą pracę – opowiada. Pojechała do Peru, gdzie opiekowała się domem i zwierzętami kobiety, która na jakiś czas wyjechała. Pomagała też miejscowemu rolnikowi. – Zasady tej pracy były niejasne, rolnik raz mi płacił, raz nie, wyjechałam – opowiada dalej.

Przez Internet znalazła kolejną pracę – w hotelu, w miejscowości niedaleko Machu Picchu. Przyjmowała gości i podawała im śniadanie. Właściciel hotelu dawał jej mieszkanie i płacił tyle, że wystarczało na obiad, ale mogła dorabiać, sprzedając wycieczki. – Super było, miałam dużo wolnego czasu, mogłam zwiedzać – wylicza.

Jeszcze w Brazylii tłumaczyła seriale z angielskiego na polski. Szefa znała tylko ze Skype’a. Był w porządku, ale praca zajmowała dużo czasu, a pieniądze dawała małe. Później w Polsce też tłumaczyła teksty do aplikacji, jednak już dla innej firmy. Tym razem płacili dobrze, ale praca była trudna, pracochłonna, a atmosfera nieznośna. Zrezygnowała.

W Peru była rok. – Brakowało mi stabilności – opowiada. – Pracowałam dorywczo, wystarczało mi to na życie, bo tam jest tanio, ale miałam już tego dość. Przeszkadzało mi też to, że co sobie życie ułożę, to muszę wyjechać, bo mi się kończy wiza. Szukałam na siebie pomysłu, chciałam otworzyć sklep online, ale nie dałam rady. Mieszkałam w puszczy, w trudnych warunkach, poczułam, że potrzebuję spokoju, poczucia, że mam czyste łóżko i zdrowe warunki. Wróciłam do Polski. Plan był taki, że idę do korporacji, będę pracować do 17, a potem będę miała czas dla siebie, zapiszę się na capoeirę. Rozesłałam CV.

Oferty dotyczyły głównie pracy po hiszpańsku w infolinii. Słabo. Dobra oferta z Krakowa była zbyt stresująca, praca polegałaby na sprawdzaniu zawartości filmików na YT pod kątem praw autorskich albo drastycznego kontentu: gwałtów czy bicia. W końcu znalazła się dobra praca w Gdańsku, odzyskiwanie pieniędzy od linii lotniczych za spóźnienia w zamian za procent. – Spodobała mi się, gwarantowała stabilność, której tak potrzebowałam. Jednak wybrałam redakcję, choć byłam tam wtedy tylko na stażu, bo mnie rozwijała. Jest w niej też fajna atmosfera, co jest ważne.

Pracuje dużo, jest zmęczona, w sobotę nie może wstać do południa, chociaż jest typem skowronka. Podoba jej się, jednak potrzebuje wypoczynku. – Mam potrzebę oddzielenia pracy od czasu wolnego. Gdybym pracowała wciąż w trybie pełnego zaangażowania, zrezygnowałabym. Mój ojciec tak robi, ja nie chcę.

Marta nie pasuje do modelu młodego człowieka wynikającego z opowieści szefa z początku tego tekstu. Praca zajmuje w jej życiu ważne miejsce, nie wychodzi z redakcji, dopóki nie skończy tekstu. Pasuje jednak do portretu młodego człowieka wynikającego z badań: kiedy robi to, co ją interesuje i rozwija, angażuje się.

– To, że młodzi dążą do work – life balance nie oznacza, że chcą po prostu pracować mało – mówi Justyna Kubicka-Daab. – Oni szukają sensu. Jeśli znajdą swój „flow”, angażują się tak samo jak my, starsze pokolenie, a może nawet bardziej. Oczywiście są wśród nich ludzie roszczeniowi, którzy chcą pracować mało, ale zarabiać dużo, ale to jest osobna kategoria. Krzywdzące byłoby, gdybyśmy powiedzieli, że całe to pokolenie jest leniwe.

Może to jest właśnie wskazówka dla szefa, który chce zatrzymać młodego pracownika w firmie po godzinie 17, by skończył swoje zadanie – dać mu poczucie sensu?