Nie jem glutenu, nabiału, cukru… czyli o związku jedzenia z miłością

Zdaniem terapeutki Ewy Klepackiej-Gryz współczesna moda na diety eliminacyjne to nie zawsze konieczność wynikająca z choroby, ale rodzaj zaburzeń odżywiania, a nawet uzależnienie.

Patrycja, nowa pacjentka, zadzwoniła z pytaniem, czy nadal zajmuję się zaburzeniami odżywiania, ale zamiast czekać na moją odpowiedź zaczęła wyliczankę: „Bo ja nie jem glutenu, nabiału, cukru i mięsa”. – A co jesz? – to pytanie cisnęło mi się na usta. – Piję mleko owsiane, nie sojowe, bo soja jest genetycznie modyfikowana. Czuje, że to mleko owsiane będzie bohaterem sesji, dlatego rano, po drodze do gabinetu, kupuję mały karton i wstawiam do lodówki.

Krok 1. Próbujemy nawiązać relację opartą na zaufaniu

Patrycja to młoda, bardzo szczupła kobieta o smutnych oczach. Te oczy takie głębokie i takie… głodne zwróciły moją szczególną uwagę. Proponuję wodę albo herbatę. Mówi, że o tej porze roku nie pije herbaty, pyta, jaka woda, a kiedy odpowiadam, że zwyczajna, ze sklepiku na dole, dziękuje. – Mam też mleko owsiane – dodaję. – Kupiłam je specjalnie dla ciebie.

Patrycja sztywnieje, w jej oczach dostrzegam czujność. Przynoszę z kuchni karton z mlekiem i kubek. – Jeśli będziesz miała ochotę, to proszę – mówię. – Pewnie myślisz, że jestem dziwadłem, że owies nie daje mleka, już nieraz ten żart słyszałam – mówi zadziornie. – Po prostu chcę cię ugościć. Kiedy sama chodziłam na terapię, terapeuta nigdy nie zaproponował mi nawet szklanki wody. Wiem, że takie są reguły, ale dla mnie każdy człowiek, który się tu pojawia, jest moim gościem – mam ochotę jej to wytłumaczyć, a potem pytam, z czym do mnie przyszła. – Przeczytałam gdzieś, że pracujesz z ludźmi mającymi problem z odżywianiem i chcę o tym porozmawiać.

Pytam, czy ma problem z odżywianiem, a ona po raz kolejny wymienia, jakich produktów nie je. Powtarza to jak mantrę. Zastanawiam się, co się pod tym kryje.

Opowiadam Patrycji, że kiedy pracowałam z pacjentkami będącymi na diecie redukcyjnej, okazywało się, że najtrudniejsza była dla nich rezygnacja z odczucia sytości po obfitym posiłku. Często wtedy przywoływałyśmy obraz niemowlęcia najedzonego do syta, z wyrazem błogości malującym się na jego twarzy. Właśnie owej błogości z sytości i wynikającego z tego poczucia bezpieczeństwa przy matczynej piersi najbardziej brakowało osobom na diecie. Ośrodki sytości i przyjemności znajdują się w mózgu blisko siebie, nic dziwnego, że po zjedzeniu zwłaszcza czegoś, na co mamy ochotę, odczuwamy błogość i radość.

Czy kubek owsianego mleka może być substytutem miłości, a przekonanie, że mleko krowie jest trucizną, nie zaburza poczucia bezpieczeństwa? – to pytanie pojawiło się w mojej głowie. Patrycja jednak jakby w ogóle nie usłyszała mojego wywodu, zaczyna w miejscu w którym przerwała. – Kiedy jadłam gluten, ciągle miałam bobrowanie w jelitach i mgłę umysłową – mówi.

Gdy pytam ją o badania, o to, czy konsultował ją jakiś lekarz albo kto jej zalecił tak restrykcyjną dietę – nie potrafi odpowiedzieć. Czuję, że niejasna relacja Patrycji z odżywianiem przekłada się na trudność w nawiązaniu więzi między nami.

Krok 2. Odkrywamy, że dziś dieta to sposób zaistnienia w świecie

Patrycja pyta, co sądzę o dietach. Mówię, że próbowałam FODMAP, która jest uznana przez lekarzy za skuteczną przy problemach z jelitami, ograniczam też gluten, kiedy mam infekcję, ostatnio staram się jeść produkty z niskim indeksem glikemicznym, ale nie ma w tym fanatyzmu. Tłumaczę, że restrykcyjnych, eliminacyjnych diet nie należy stosować zbyt długo, jeśli nie ma wyraźnych wskazań medycznych, bo mogą spowodować nabytą nietolerancję pokarmową. Patrycja nie kryje zdziwienia, chyba myślała, że jestem przeciwniczką diet, że będziemy ze sobą polemizować. Może chciała mieć okazję zażarcie bronić swojego sposobu odżywiania Może czuje się mało pewna ze swoimi wyborami? Pojawia mi się mnóstwo pytań, ale z doświadczenia wiem, że osoby tak radykalne w jakiejkolwiek sferze są nieufne, czasami prowokujące. Zastanawiam się, czy jestem w stanie pomóc pacjentowi, skoro nie nawiązała się między nami żadna więź. Zawsze, kiedy czuję, że pacjent odgradza się ode mnie emocjonalnym murem, podświadomie uciekam do swoich fantazji.

-Czym będziesz karmić samą siebie za dwa lata? – to pytanie przychodzi do mnie niespodziewanie. – Na jakiej będę diecie? – Czym będziesz karmić samą siebie za dwa lata? – powtarzam pytanie. – Czy widzisz różnicę pomiędzy moim pytaniem, a tym, jak je zrozumiałaś – dodaję. – Tak, ale dziś wszyscy są na jakiejś diecie i nie wiem, co będzie za dwa lata. Pewnie znowu wymyślą coś jeszcze bardziej odjechanego. Może będziemy jeść tylko tabletki?

W tym momencie zaczynam patrzeć na problem bardziej z punktu widzenia socjologa niż psychologa. Rzeczywiście współczesne pokolenie młodych ludzi to generacja narcystyczna. Milenialsi, wychowywani w poczuciu pielęgnowania indywidualizmu i egocentryzmu, jednocześnie są pokoleniem społeczeństwa ryzyka wypływającego z nowoczesności. Zewsząd słyszą, że wszystko, także żywność, jest zanieczyszczone, że muszą się suplementować, bo ziemia jest wyjałowiona ze wszystkich składników odżywczych. Zalewani są informacjami, że geny nie mają większego znaczenia, bo tak naprawdę oni sami są odpowiedzialni za swoje zdrowie i życie. Nie tylko sami czują tę odpowiedzialność, ale też społeczeństwo wytyka im każde najdrobniejsze przewinienie: „Insulinooporność to twoja wina, chcesz być zdrowa – stosuj dietę i katuj się w siłowni”, „Masz hashimoto – naucz się radzić sobie ze stresem”. Młodzi, trochę w panice, trochę na oślep, ale zawsze z nadzieją, że mogą się uratować przez zatrutym światem, rzucają się na coraz bardziej wymyślne diety.

Dieta to dziś ważny projekt realizacji samego siebie, zaistnienia w grupie, pokazania światu swojego wystylizowanego oblicza. – Odkąd zmieniłam dietę, czuję, że jestem innym człowiekiem – mówi Patrycja.

Krok 3. Powoli zbliżamy się do odszyfrowania symboliki odżywiania

Jedzenie to tak naprawdę historia intymności, bliskości i miłości. Widzę, że Patrycja czuje się trochę bardziej swobodnie. Mówi, że bała się, iż będzie musiała robić jakieś dziwaczne ćwiczenia, a ona chce tylko porozmawiać. Proszę, żeby opowiedziała mi o swoim życiu. Okazuje się, że wychowywali ją dziadkowie, bo kiedy się urodziła, rodzice byli jeszcze na studiach, nawet razem nie mieszkali. Do czasu pójścia do szkoły mieszkała na wsi. Dziadkowie specjalnie dla niej trzymali krowę, kury, owce. Babcia robiła masło i sery, piekła chleb, na śniadanie przynosiła jeszcze ciepłe jajka prosto od ulubionej kury Patrycji. Kiedy o tym opowiada, czuję, że wtedy w jej życiu było dużo miłości. Sielanka się skończyła, kiedy Patrycja poszła do I klasy. Powrót do rodziców, nowi koledzy i koleżanki oraz pierwsze dokuczliwe wysypki na ciele, które nękały ją przez całe dzieciństwo. – Mama narzekała, że to przez dziadków. „Czym oni cię tam karmili?!” – krzyczała ilekroć zauważała na moim ciele krostę – po raz pierwszy widzę przejęcie na twarzy Patrycji.

Jeden z lekarzy stwierdził, że być może produkty krowie wywołały tak silną alergizację. A ja sądzę, że to reakcja na odłączenie od dziadków, ale nie dzielę się tą myślą z Patrycją, bo dziś nie da się już z tym nic zrobić. Patrycja nieraz była świadkiem awantur matki z babcią, dziadkowie przestali ich odwiedzać. Mogę tylko się domyślać, jakim ciosem dla małej dziewczynki musiała być dewaluacja miłości do dziadków. Jak dziecko miało wybrać pomiędzy nimi a rodzicami? Matka wymyślała dla córki coraz bardziej restrykcyjne diety, a ona na złość w ukryciu podjadała słodycze.

Gdy Patrycja wychodzi do łazienki, idę do kuchni i przynoszę swój kubek, który w dzieciństwie dostałam od ukochanej babci. Wlewam do niego mleko owsiane. Kiedy wraca, mówię jej o tym. Patrycja wypija do dna i prosi o jeszcze. Myślę o tym, że nasze wzorce odżywiania zawsze kształtują się na bazie relacji z najbliższymi osobami. Matka od pierwszych dni życia dziecka jest odpowiedzialna za zaspokojenie jego głodu, a tym samym za nasze przeżycie. Jej oczekiwania co do apetytu, zwyczaj nagradzania słodyczami za dobre zachowanie czy karania za niezjadanie do końca tego, co przygotowała – trwale wpływają na nasz stosunek do jedzenia.

Krok 4. Ustalamy, że karmienie to dawanie i przyjmowanie miłości

Przez chwilę czuję nić porozumienia między nami, ale to jest tylko moment. Wracamy do tematu odżywiania. Pytam, jak przygotowuje sobie posiłki, czy robi to sama, czy korzysta z cateringu, kto układa jej dietę… Okazuje się, że wyglądało to różnie. Patrycja ma za sobą eksperymenty z cateringami, dietami od dietetyczek, teraz gotuje sobie sama z wykluczeniem glutenu, nabiału, cukru i mięsa.

-Co by się stało, gdybyś zjadła na przykład kromkę chleba z mąki pszenicznej? – Nie wiem, ale po co mam próbować, skoro wiem, że to mi nie służy? – Skąd wiesz, że ci nie służy? – pytam i łapię się na tym, że dałam się uwieść tej jej historii o dietach, a przecież to wcale nie o to chodzi. To zaczęło się wtedy, kiedy Patrycja wróciła do rodziców i musiała porzucić dziadków i opowiedzieć się po stronie matki i jej diet, bo jako dziecko nic innego nie mogła zrobić. Gluten to świeżo upieczony przez babcię chleb, nabiał to masło i ser wyrabiane babcinymi dłońmi…

Patrycja pyta, czy mam więcej mleka – Ale tylko krowie – zaznaczam. – Kiedy byłam chora, babcia przynosiła mi do łóżka ciepłe mleko z miodem i masłem, do dziś pamiętam ten smak – mówi.

Obecnie leki na przeziębienie kupujemy w aptece. Z okazji imienin zapraszamy gości do restauracji albo zamawiamy catering. Diety nie stosujemy jako sposobu leczenia, bardziej jako chęć stylizacji, a może zwrócenia na siebie uwagi. Dawanie jedzenia to jeden z najstarszych rytów wiążących. Jedzenie to symbol wymiany emocjonalnej, dawania i przyjmowania miłości. Być może restrykcyjne diety odzwierciedlają sposób, w jaki w dzisiejszych czasach wymieniamy miłość: kochaj mnie, ale według mojego przepisu.

Pod koniec sesji Patrycja prosi o kubek ciepłego mleka, krowiego. Nie boję się, że jej zaszkodzi, kiedy widzę, z jaką przyjemnością je wypija.