Praca przyszłości – jak nowoczesne technologie wpłyną na naszą zawodową aktywność. Rozmowa z Natalią Hatalską

Szacuje się, że w ciagu 20 lat zniknie połowa zawodów na skutek postępujacej mechanizacji i komputeryzacji. Jednak w tej chwili sztuczna inteligencja generuje dużo nowych miejsc pracy. (Fot. iStock)
Szacuje się, że w ciagu 20 lat zniknie połowa zawodów na skutek postępujacej mechanizacji i komputeryzacji. Jednak w tej chwili sztuczna inteligencja generuje dużo nowych miejsc pracy. (Fot. iStock)

Czy na emeryturę będziemy przechodzić dopiero po 80. roku życia? Czy sztuczna inteligencja wypchnie nas z rynku, czy odwrotnie – stworzy nowe miejsca pracy? Czy swoich kolegów z firmy będziemy znać osobiście? O pracy przyszłości mówi analityczka trendów Natalia Hatalska.

 

 

Czego jest najwięcej w naszym myśleniu o przyszłości pracy: realiów, mrzonek czy marzeń?
I sposobów myślenia, i scenariuszy jest wiele, w zależności od tego, jaki czynnik weźmiemy pod uwagę. Najczęściej analizujemy sygnały towarzyszące zmianom – mówiące nam dziś, jak może wyglądać jutro. Przykład: jednym z takich sygnałów jest czynnik społeczny, czyli starzejące się społeczeństwo. Wiemy, że prawie wszędzie – w Europie, Stanach Zjednoczonych i w Azji – społeczeństwo się starzeje, średnia długość życia rośnie, rodzi się coraz mniej dzieci . Sto lat temu czy więcej średnia długość życia człowieka wynosiła 40–45 lat, a dzisiaj 75–80 w zależności od kraju.

I szacuje się, że dzieci urodzone po 2007 roku będą żyły średnio sto lat.
Mamy teraz prawo mówiące, że przechodzimy na emeryturę w wieku 65 lat, czyli w przyszłości bylibyśmy na emeryturze 40 lat. A to jest niemożliwe ekonomicznie. W Polsce już obecnie jest tak – to kwestia systemu i przeszłości – że ludzie, pracując 40 lat, nie są w stanie wypracować takich pieniędzy, by przez dziesięć lat (!) emerytury żyć na tym samym poziomie jak wtedy, kiedy pracowali. To co dopiero, gdy mowa o emeryturze trwającej lat 40? Wiemy więc już i nie musimy uprawiać wróżenia: w przyszłości będziemy pracować do 80. roku życia, jeśli nie dłużej.

Tylko pracy dla tych 80-latków zabraknie! Nie będzie rzeszy młodszych – będą za to komputery, sztuczna inteligencja itp. I mniej możliwości znalezienia zajęcia…
Możemy wziąć pod uwagę i inny czynnik – choć prognozowanie przyszłości nigdy nie jest jednowymiarowe: obecnie praca w starszym wieku jest trudna ze względu na problemy zdrowotne. Ale nowoczesne technologie, o których pan wspomniał, wspomagają człowieka, zarówno ciało (sztuczne stawy, biodra, nawet serca, rozruszniki itp.), jak i umysł (suplementy i specjalne techniki ćwiczeń). Zatem za kilkadziesiąt lat starsi ludzie będą dużo bardziej sprawni niż obecni emeryci.

Ale czy znajdą zajęcie?
Sprawdźmy. Weźmy czynnik technologiczny i scenariusz: starzejące się społeczeństwo, ale zdrowsi ludzie pracujący prawie do końca życia. I jednocześnie automatyzacja, roboty, sztuczna inteligencja. Rzeczywiście szacuje się, że w ciągu najbliższych 20 lat zniknie połowa zawodów na skutek postępującej mechanizacji i komputeryzacji. Ale najnowsze badania wskazują też coś innego: przeanalizowanych zostało 50 milionów ofert pracy na całym świecie. I naukowcy udowodnili, że liczba ofert pracy związanych z automatyzacją trzykrotnie przewyższa liczbę miejsc pracy, które na skutek tej automatyzacji zostały zlikwidowane. Czyli jesteśmy dzisiaj na takim etapie, kiedy tak naprawdę sztuczna inteligencja generuje nam nowe miejsca pracy.

Dla informatyków.
Nie do końca. Choć rzeczywiście, jeśli spojrzymy na trójkąt pracowników: bardzo wysokie kompetencje na szczycie, średni szczebel zarządzania w środku i na dole pracownicy o niskich kompetencjach, to prawdopodobny scenariusz rozwoju mówi, że w momencie wprowadzenia daleko posuniętej automatyzacji najprawdopodobniej wypadnie ten średni szczebel.

Dlaczego?
Górny szczebel będzie potrzebny do kontrolowania sztucznej inteligencji, programowania jej i uczenia, dolny szczebel, o najniższych kompetencjach, będzie potrzebny, bo… zastąpienie go sztuczną inteligencją będzie nieopłacalne.

Wspaniały scenariusz dla „średniaków”, czyli dla większości z nas, nie ma co.
To rzeczywiście dość liczna grupa i może się okazać, że na jakimś etapie będziemy „bezużyteczni”. Pozostanie kwestia naszej energii – co z nią zrobić? Mała grupa będzie wymyślać nowe rzeczy i robić coś ciekawego, a reszta? I pojawia się kolejny scenariusz – problemy i niekorzystne tendencje, bo człowiek pozbawiony zajęcia traci poczucie sensu, ma obniżone poczucie własnej wartości, ucieka w używki i tak dalej. I to będzie wyzwanie.

Pojawi się wtedy również problem tożsamości.
Tak. Dzisiaj mocno określamy się przez pracę. Kiedy na imprezie przedstawiamy się sobie, najczęściej pada pytanie: „Czym się zajmujesz, co robisz zawodowo?”. Niepracujący będą musieli w jakimś sensie na nowo się zdefiniować.

Za co będą żyli?
Oczywiście, pojawia się kwestia dochodu podstawowego. Nie pracujemy, ale musimy za coś żyć. Będą musiały powstać rozwiązania społeczne – jakiś stały przychód bez względu na to, czy ktoś pracuje, czy nie. Praca może stać się luksusem dla tych wybranych, o najwyższych kompetencjach.

Trendem stała się też „nomadyzacja” związana z pracą – nie będzie już wieloletnich miejsc pracy, nasili się zjawisko freelancingu, nie będzie związków międzyludzkich, które dzisiaj powstają w miejscach pracy. Już nawet nie brak pracy, ale zmiana jej charakteru będzie oznaczać taką – powiedzmy – houellebecqowską samotność.
To dwa wątki. Jeśli weźmiemy pod uwagę czynnik ekonomiczny i tzw. gig economy, ekonomię wolnych strzelców, okazuje się, że najmłodsi, czyli urodzeni po 1995 roku, nie chcą już pracować w schemacie, w jakim my pracujemy: iść do firmy, być tam od 9 do 17, nie chcą pracować w korporacjach, chcą raczej tworzyć własne przedsięwzięcia albo pracować jako freelancerzy w takich godzinach, jakie będą im pasować. I to implikuje kolejny scenariusz – tzw. model hollywoodzki (określenie zaczerpnięte z technologii tworzenia filmów, w której przy jednym filmie pracują setki czy nawet tysiące ludzi mających komplementarne umiejętności). Ludzie zbierają się po to, by zrobić dany projekt, nie znają się, kończą projekt i rozchodzą się, właściwie nie zadzierzgnąwszy żadnych więzi. Praca „projektowa”, czyli model hollywoodzki, staje się coraz powszechniejszy w różnych branżach. Ludzie coraz częściej pracują zdalnie, przy każdym projekcie z kimś innym.

Praca w grupie, w tzw. zespole stacjonarnym, pozwala zbudować relacje. Żeby zbudować relację online trzeba mieć czterokrotnie więcej kontaktów. (Fot. iStock)
Praca w grupie, w tzw. zespole stacjonarnym, pozwala zbudować relacje. Żeby zbudować relację online trzeba mieć czterokrotnie więcej kontaktów. (Fot. iStock)

I nie ma więzi…
Tak. Kiedy pracujemy w grupie, możemy pójść sobie na papierosa, pogadać podczas przerwy na lunch itd. – tworzą się relacje. Jednym z problemów zanikania pracy stacjonarnej będzie, lub już jest, poczucie wyalienowania. Siedzimy samotnie przy biurku przed własnym komputerem. Żeby zbudować relację online porównywalną z relacją offline (powiedzmy „bezpośrednią”), jak pokazują badania, musimy mieć czterokrotnie więcej kontaktów niż ludzie, którzy pracują tradycyjnie. Czyli jest to możliwe, ale musimy czterokrotnie częściej się kontaktować z innymi. Tymczasem pracując zdalnie przed komputerem, ludzie nawet jeśli wymieniają dziesiątki mejli czy robią wideokonferencje raz na godzinę etc., nie rozmawiają o tematach niezwiązanych z pracą, a relacje tworzy się przede wszystkim podczas rozmów „pozapracowych”: o dzieciach, pasjach czy nawet o pogodzie.

Samotność, frustracja… a może jednak wolność?
Raczej to pierwsze. Ale istnieją firmy, które mając wielu zdalnych pracowników, wprowadzają taki system, że losowo wybiera się pary albo grupy osób, które muszą w danym tygodniu czy miesiącu bezpośrednio ze sobą porozmawiać. Czyli na przykład Natalia i Emil pracują zdalnie przy tym samym projekcie, a w sierpniu muszą się spotkać i porozmawiać o czymkolwiek, tylko nie o pracy. Inne firmy co miesiąc czy co kwartał organizują wyjazdy, podczas których zespół projektowy spotyka się fizycznie.

Wróćmy do pracy jako swoistego dobra. W podstawówce prawie każdy pisał wypracowanie pt. „Świat w przyszłości”. 90 proc. dzieci pisało: „Ludzie nie będą MUSIELI pracować”. Pewnie chodziło o to, że dzieci wyobrażają sobie idealny świat jako wieczne wakacje z rodzicami. A okazuje się, że te wakacje mogą być przekleństwem.
Jako światowe społeczeństwo czy nawet gatunek wywodzimy się z grup łowców i zbieraczy. Czytałam opracowanie, według którego w prehistorii nasi przodkowie, owi łowcy i zbieracze, pracowali około… 12 godzin tygodniowo. Tyle wystarczało, żeby zdobyć jedzenie, jakieś skóry do okrycia, schronienie – najważniejsze rzeczy potrzebne do przetrwania. 12 godzin tygodniowo!

Było mniej ludzi i więcej zasobów. Dzisiaj człowiek jest wytwórcą, a nie łowcą czy zbieraczem…
Ale praca jako regularne zajęcie w dzisiejszym rozumieniu pojawiła się gdzieś w XIX wieku – w tym pojęciu, że oddajemy czas prywatny, część naszego życia, a w zamian dostajemy wynagrodzenie pozwalające nie tylko przeżyć, ale także gromadzić dobra. Być może w pewnym momencie okaże się, że nie musimy tyle pracować, bo nie potrzebujemy tylu rzeczy. Ograniczanie konsumpcjonizmu to nie tylko kwestia ekologii, ale także kwestia społeczna. Skądinąd doszliśmy do absurdu: gdy towary są niszczone na przykład dlatego, że wchodzi nowa kolekcja ubrań, albo gdy przesyłka nie została dostarczona. Być może – to tylko zbudowana ad hoc teoria – jeśli zacznie brakować pracy, ograniczymy jednocześnie ten destrukcyjny konsumpcjonizm?

Bez konsumpcjonizmu pracy będzie jeszcze mniej…
Wytwarzanie towarów jest coraz bardziej zautomatyzowane. Więcej towarów wcale nie musi oznaczać dzisiaj większej liczby miejsc pracy – od tego zaczęliśmy naszą rozmowę.

Bywa tak, że ekonomia nie nadąża za rzeczywistością, którą sama kształtuje. Może rynek pracy czeka katastrofa?
Staram się być optymistką. Wierzę, że technologia poprawia jakość naszego życia. Przysparza problemów, ale także dzięki niej możemy coraz więcej problemów rozwiązywać. I ta pozytywna siła będzie zawsze ważniejsza niż sprawy negatywne. Dużo zależy od nas, od naszych reakcji na zmiany. W XIX wieku robotnicy w manufakturach niszczyli maszyny, myśląc, że one zabierają im miejsca pracy, a przecież przemysł masowy miał się dopiero rozwinąć, dając pracę i polepszenie życia milionom ludzi. Wierzę, że dzisiaj mamy do czynienia w jakimś sensie z analogiczną sytuacją.

 

 

Natalia Hatalska – analityczka trendów, założycielka i szefowa instytutu badań nad przyszłością. Autorka bloga hatalska.com, uznawanego za jeden z najbardziej wpływowych blogów w Polsce, i bestsellerowej książki „Cząstki przyciągania. Jak budować niestandardowe kampanie reklamowe”. Absolwentka Uniwersytetu Gdańskiego i Akademii Ekonomicznej w Poznaniu. Nagrodzona tytułem Digital Shaper 2018 (w kategorii wizjoner), przyznawanym osobom, które mają ponadprzeciętny wkład w rozwój gospodarki cyfrowej w Polsce.