Sprawa wagi ciężkiej – porozmawiajmy o otyłości

Nawet jeśli mamy geny powiązane z otyłością, niczego to nie przesądza. Kluczowe są nawyki. To, że ruszamy się mniej, za to o wiele więcej jemy. (Fot. iStock)
Nawet jeśli mamy geny powiązane z otyłością, niczego to nie przesądza. Kluczowe są nawyki. To, że ruszamy się mniej, za to o wiele więcej jemy. (Fot. iStock)

Na pytanie o przyczyny otyłości nie da się odpowiedzieć jednym zdaniem. Ale odpowiedzi trzeba szukać, bo problem rośnie. często zaczyna się w dzieciństwie, wtedy pojawiają się złe nawyki. Polskie ośmiolatki są najcięższe w Europie.

Na początek trochę liczb. Według danych WHO na świecie żyje 1,6 mld osób otyłych. I ta krzywa rośnie od lat 60. XX w. Dorosła kobieta waży dziś – średnio – o 14 kg więcej niż 50 lat temu. Mężczyźni o 10 kg. Problem zaczyna się w dzieciństwie. Niemal 25 proc. trzylatków ma nieprawidłową (czytaj: za wysoką) masę ciała. Co trzecie dziecko w wieku ośmiu lat ma nadwagę lub otyłość – wynik najwyższy w Europie. 15 proc. młodzieży (11–15 lat) waży za dużo, podobnie jak co piąty nastolatek w grupie 16–18 lat. W Polsce ponad 60 proc.społeczeństwa to osoby z nadwagą (wskaźnik BMI między 25 a 30) albo otyłością (BMI powyżej 30).

Tyjemy. Szybko. Pytanie: dlaczego? Powodów jest co najmniej kilka.

Geny, hormony, przekonania

Lubimy tłumaczyć rzecz predyspozycjami zapisanymi w genach. Mówi profesor Krzysztof Paśnik, bariatra specjalizujący się w chirurgicznym leczeniu otyłości: – Znamy – na dziś – ok. 20 genów mających powiązanie z otyłością. Wciąż niewiele jeszcze o tym wiemy, ale pewne jest, że wcale nas te geny – jeśli je mamy – na otyłość nie skazują. Musiałyby do nich dołączyć sprzyjające, a właściwie niesprzyjające okoliczności, czyli nieodpowiedni tryb życia. Złe nawyki, zła dieta.

Choć my chętnie mówimy: „To na pewno kwestia genów, moi rodzice byli otyli, w całej rodzinie są osoby z nadwagą, nie uniknę tego”. To do pewnego stopnia prawda. – Stwierdzono, że jeśli rodzice są otyli, mamy 75 proc. prawdopodobieństwa, że otyłe będą i dzieci – mówi profesor Paśnik. – Choć, oczywiście, pytanie, dlaczego rodzice mają nadwagę. Przecież ich otyłość może wynikać ze złych nawyków, które przekazują dzieciom. A o złe nawyki łatwo. Zwłaszcza że ciągle u nas, w Polsce, panują fałszywe mity i przekonania. Pamiętam, jak kiedyś na wakacjach usłyszałem komentarz dwóch starszych pań, dotyczący naszej bardzo szczupłej córki: „Taka chuda to nie może być zdrowa”. Rodzice i dziadkowie robią więc dużo, żeby ich dzieci były okrągłe, czyli „zdrowe”.

Marta Pawłowska, coach zdrowia rodziny, specjalistka ds. zdrowego żywienia zajmująca się głównie psychofizycznymi zaburzeniami odżywiania oraz zachowaniami kompulsywnymi: – Gdyby założyć roboczo, że otyłość to wyłącznie geny, gdyby zdjąć z ludzi odpowiedzialność, nastąpiłby moim zdaniem festiwal obżarstwa. Wręcz akt samounicestwienia. 90 proc. osób, z którymi nad ich masą ciała pracuję, zaczyna od zaprzeczenia: „To nie moja wina, wszyscy w rodzinie są otyli”. Bo każdy wolałby, żeby winne były geny. Albo chora tarczyca, a nie chora samodyscyplina. Trudno nam rezygnować z poczucia komfortu, wolimy wierzyć, że jesteśmy mądrzy, świadomi, że wiemy, jak dobrze żyć, tylko tak się jakoś w naszym życiu ułożyło, że kilogramy same nam narosły. Dopiero kiedy zaczynamy pracować, kiedy moi podopieczni nie mogą zaprzeczyć, że chudną w wyniku nowego stylu życia (choć przecież nie powinni, bo matka otyła i babka…), widzą, że wcześniej z ich przekonaniami coś jednak było nie tak.

>> Czytaj także: Spacerologia – jakie korzyści daje chodzenie

Oczywiście, nadwaga może być spowodowana różnymi czynnikami. Na przykład nieprawidłowościami endokrynologicznymi. – Choć jeśli wiemy, że jest problem, choćby przy niedoczynności tarczycy, próbujemy ustawić hormony na odpowiednim poziomie. I jest szansa, by to leczyć – mówi profesor Paśnik. – Podobnie jest z chorobami, w których nie potrafimy osiągnąć uczucia sytości. Za to też odpowiadają hormony, takie jak grelina. Jeśli usuwamy operacyjnie receptory greliny z żołądka, chorzy nie czują ustawicznego łaknienia. Dokładna liczba hormonów w przewodzie pokarmowym jest nieznana, ale mówi się o 150. Jak one na siebie nawzajem oddziałują, jakie są między nimi powiązania – tego wszystkiego jeszcze nie wiemy.

Najważniejsze jest, uważa profesor, dotarcie z edukacją do młodych – wytłumaczenie, jak powstaje i czym grozi nam otyłość. – Ale to niełatwe, bo oni często po prostu nie wierzą. Wiedzą, że mają nadwagę, ale poza tym są sprawni, zadbani, nic im nie dolega. Przychodzą do lekarzy dopiero, jak pojawiają się problemy. Z wysokim cukrem, z problemami krążenia, z chorymi stawami. Albo z płodnością – zdarza się, że otyła kobieta nie może zajść w ciążę – mówi profesor Paśnik.

Słodko-gorzkie nawyki

Specjaliści są zgodni: kluczowe znaczenie ma tryb życia. Nasze nawyki. Weźmy je więc pod lupę. Mówi Marta Pawłowska: – Codziennie podejmujemy 250, a czasem i 300 decyzji związanych z jedzeniem. Z tego 60 proc. to decyzje nawykowe. Zwariowalibyśmy, gdybyśmy każdą z nich poddawali drobiazgowej rozumowej analizie. Nawyki to coś, co powtarzamy codziennie – w zasadzie bezrefleksyjnie. Możemy nimi albo wspierać nasz dobrostan, albo go rujnować. Organizm doskonale radzi sobie ze szkodami, które robimy mu raz na jakiś czas. Ale nie radzi sobie z tym, co źle robimy codziennie. Dlatego tak duże znaczenie ma to, by codzienne nawyki były właściwe.

Zaczyna się w sklepie. Zakupy również robimy pod wpływem nawyków. Przed półkami zastawionymi towarem spędzamy – my, Polacy – stosunkowo niewiele czasu. Wybór jogurtu zajmuje nam od czterech do sześciu sekund. Francuzowi 15–20. Nie czytamy składów, bierzemy to, co zawsze. Tylko czasem to „zawsze” znaczy źle. – Pamiętam, jak z pewnym moim podopiecznym poszliśmy do sklepu – opowiada Marta Pawłowska. – On wybierał produkty, które zwykle kupował, razem czytaliśmy składy, ja tłumaczyłam, co się kryje za poszczególnymi terminami. Liczyliśmy ukryty cukier. I widziałam, jak on robi się… coraz bardziej wściekły. Dopiero wtedy do niego dotarło, jak bardzo nawykowymi zakupami i brakiem wiedzy działał na szkodę swoją i rodziny.

Wierzymy reklamom. A w nich ofensywa pięknych kolorów, produkty atrakcyjne, piękne, smakowite, więc ślinianki zaczynają pracować. Do tego hasła reklamowe, wspierające nas w „słusznych” wyborach. Kupujemy. Słyszymy: „Bądź mądrą mamą” – znaczy: wybierz słoiczek zamiast stania przy garach. – Uznaliśmy za prawdę, że produkty ze sklepu są tak dobre jak te z natury, a może i lepsze – mówi Marta Pawłowska. – Że mus z jabłka dosładzany fruktozą, z polepszaczami smaku jest tak zdrowy jak jabłko. Że batonik to tylko mleko, orzechy i czekolada. A jak już raz coś kupiliśmy, kupujemy znowu. Bo bierzemy z półek to, co znamy.

Marta Pawłowska uważa też, że dużo złego robią tygodniowe zakupy, podczas których kupujemy hurtem, dużo, w dodatku w gigantycznych, „rodzinnych” czy „ekonomicznych”, opakowaniach. Tymczasem dowiedziono, że z dużego opakowania nakładamy zawsze więcej. Z paczki czipsów XXL, z opakowania płatków śniadaniowych, z butelki keczupu. Czyli nie oszczędzamy ani pieniędzy (bo „ekonomiczna” paczka szybko się w ten sposób kończy), ani zdrowia – bo jemy więcej.

Siedzimy przed telewizorem czy komputerem, oglądamy film. I jemy. Najwięcej i najszybciej… przy kryminałach, thrillerach, filmach katastroficznych oraz dramatycznych reportażach. Budzi się w nas przerażenie, a wraz z nim… głód. Mózg domaga się wtedy energii, paliwa, by mógł stawić czoło światu. Bo nie rozróżnia – wyobrażone czy prawdziwe. Czy pożar jest obok nas, czy na drugim końcu globu. „Najbezpieczniejsze” są komedie romantyczne. Łagodne, miłe emocje nie wywołują w nas głodu.

Wiadomo, że otyłości sprzyja cukier. A w naszej diecie coraz go więcej. W Wielkiej Brytanii 200 lat temu (1815 rok) na głowę wypadało 5 kg cukru rocznie. Dziś to… 70 kg. W Polsce trochę mniej, co nie znaczy mało: 40–45 kg.

W USA trzykrotnie w ciągu ostatnich 40 lat wzrosło spożycie słodkich napojów gazowanych. Amerykanie wydają na nie tyle, ile na pieczywo. A sześć puszek coli tygodniowo – to po roku 5 kg więcej.

Spacer, nie samochód

Kultywujemy nawyki złe, zapominamy o dobrych. Przede wszystkim o jedzeniu śniadań. Wybiegamy z domu na czczo i na ogół już w drodze do pracy łapiemy coś na szybko. Często pączka, drożdżówkę, do tego sok lub napój sokopodobny. Mówi Marta Pawłowska: – Byle jakie śniadanie jest przyzwoleniem na byle jakie jedzenie w ciągu dnia. To zwykle lokomotywa determinująca wszystko.

>> Czytaj także: Siejmy ferment – nadchodzi czas przetworów

Zaganiani, w ciągłym pędzie, zapominamy nie tylko o śniadaniu, ale w ogóle o regularnych posiłkach. Zamiast tego podjadamy. Non stop.

– Jedzenie jest w naszym życiu wszechobecne. Jemy ciągle i byle jak. Drożdżówka, batonik, słone paluszki, orzeszki albo nawet produkty właściwe, ale „wrzucane” w biegu, w trakcie zebrania firmowego czy w aucie. Nie dajemy organizmowi naturalnych przerw, jest on więc w nieustającym procesie trawienia i nie ma cudów: metabolizm się rozregulowuje, a nasz mózg durnieje – mówi Marta Pawłowska.

Zmienia się nie tylko dieta, ale i tryb życia. W latach 60. w USA połowa zawodów łączyła się – choćby w umiarkowanym stopniu – z aktywnością fizyczną. Dziś to 20 proc. wśród kobiet jeszcze mniej – zaledwie 10 proc. W Polsce wygląda to podobnie. Czyli 80 proc. z nas spędza czas między samochodem, biurkiem, sklepem a domem. I w tym domu siada na kanapie. Miasta projektowane są tak, żeby można było wygodnie dojechać samochodem, a nie wygodnie spacerować, zmienia się rytm dnia, na ruch nie ma czasu i przestrzeni. Profesor Krzysztof Paśnik zmniejszającą się z roku na rok aktywność fizyczną stawia na pierwszym miejscu wśród sprzyjających otyłości czynników.

– Niby coraz więcej ludzi jeździ na rowerach, ale teraz do miast weszły hulajnogi elektryczne. Są bardzo popularne – tyle że ruch mamy z głowy – mówi. Tymczasem 3 km spaceru dziennie, choćby po mieście, w drodze do albo z pracy – to automatycznie w ciągu roku 5 kg mniej.

To siedzi w głowie

Otyłość jest chorobą. Na listę chorób przewlekłych została wpisana (nie bez kontrowersji, przeciwnicy argumentowali, że to wynik indywidualnych zaniedbań, za które nie można obciążać całego społeczeństwa) przez WHO w 1998 roku. A choroby trzeba leczyć. Tyle że specjalistów jest niewielu. Więcej jest takich, którzy zajmują się konsekwencjami otyłości: cukrzycą, chorobami krążenia, zaburzeniami lipidowymi, zmianami ortopedycznymi.

Profesor Krzysztof Paśnik uważa, że otyłość, zwłaszcza tę z BMI powyżej 35, trzeba leczyć chirurgicznie. – Szanse na poradzenie sobie z tym dietą są znikome. Od 2 do 5 proc. Ci ludzie przekroczyli pewien próg. Jeśli nie chcą się poddać operacji bariatrycznej, to, moim zdaniem, lepiej, żeby po diety nie sięgali. Bo mechanizm jest prosty. Na początku się męczą, wreszcie dieta zaczyna działać, waga spada – ale do pewnego poziomu. Potem nie idzie w dół albo idzie wolno. Następuje zniechęcenie i zaczyna się powrót do niewłaściwego jedzenia, dyscyplina się rozluźnia – i jeśli wyjściowo waga była, powiedzmy, 120 kg, to w wyniku efektu jo-jo dobija do 140. Nie warto.

A ludzi z BMI powyżej 40, czyli w trzecim stopniu otyłości, mamy dziś w Polsce ponad 800 tys.

Operacją osiągnąć można naprawdę dużo. Na przykład ktoś ma cukrzycę typu 2. Jeśli choroba nie jest jeszcze zaawansowana, bywa, że w parę dni po operacji poziom cukru się normalizuje.

Profesor Paśnik i jego zespół w ciągu roku przeprowadzają 350–400 operacji. W całym kraju – choć tu statystyki nie do końca są miarodajne – to według danych NFZ około 3,5 tys. Kropla w morzu potrzeb.

– Teraz pracujemy nad pilotażowym programem kompleksowego leczenia otyłości – mówi profesor. – Obejmuje przygotowanie do operacji, sam zabieg i roczną obserwację pacjenta. Przygotowanie to wiele czynników. Dieta, psycholog, fizjoterapeuta, czasem psychoterapeuta. Bywa, że ten etap trwa do pół roku.

Na pewno pacjenci muszą zmienić myślenie, przyzwyczaić się do myśli, że niektórych rzeczy nie będą mogli jeść, że porcje będą znacznie mniejsze, bo zmniejszamy żołądek. Etap przygotowania jest bardzo ważny, chory musi pokazać, że mu zależy, że jest zmotywowany, że efektów operacji nie zmarnuje. Staramy się pilotować chorych po zabiegu, choć oni z upływem czasu pokazują się coraz rzadziej. A jeśli – co zdarza się sporadycznie, ale się zdarza – znowu utyją, często już się nie pokazują. Może ze wstydu…

Według profesora Paśnika otyłość to choroba uzależnienia. Osobę otyłą, nawet kiedy zeszczupleje, trzeba jak otyłą traktować. Ona sama musi tak o sobie myśleć. Jak niepijący alkoholik.

– Zajmuję się problemem otyłości od 1993 roku – mówi profesor. – Na początku nawet moi koledzy chirurdzy pukali się w czoło: „Co ty, chłopie, robisz? – pytali – Niech mniej jedzą”. „Nie mogą, tłumaczyłem, to w głowach siedzi”. Teraz, na szczęście, coraz więcej osób to rozumie.

Marta Pawłowska często powtarza zdanie Benjamina Franklina: „Od czasu wynalezienia sztuki kulinarnej ludzie jedzą dwa razy więcej, niż wymaga od nich natura”. Jemy za dużo, za często, niezdrowo. Jemy bezmyślnie. W efekcie w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat otyłość przybiera rozmiary epidemii. – A my otyłość oswajamy i traktujemy jak nową normalność . Dajemy przyzwolenie na nadwagę. Nie myślimy o nadmiarowych kilogramach jako o chorobie. Tymczasem to nie jest kwestia tego, że masz więcej w boczkach czy pupie. Otyłość to ukryty stan zapalny każdej komórki w ciele. Dorosły człowiek, który waży 30 kg więcej, niż powinien, jest poważnie chory. Pokazując taki stan jako normalność – afirmujemy chorobę. Nie możemy nikogo stygmatyzować, nie mamy prawa potępiać, to oczywiste. Jednak akceptowanie otyłości, traktowanie jako niegroźnej krągłości i puszystości – to po prostu zbrodnia – tłumaczy coach.