Zgodzić się na bezsilność – rodzice w walce z uzależnieniami swoich dzieci

Trudna miłość między ojcem a uzależnionym od metaamfetaminy synem to temat znakomitego filmu "Mój piękny syn", nakręconego na podstawie autentycznych wspomnień Davida i Nica Sheffów. (Fot. BEW PHOTO)

Co dzieje się z rodzicami, których dziecko jest alkoholikiem czy narkomanem? Chcą o to dziecko walczyć, do końca i za wszelką cenę. „To mój mały synek, muszę go wyleczyć, uratować”, mówią. Ale czasem powinni z walki zrezygnować. Dla dobra wszystkich. I chronić siebie. Chronić swoje terytorium, bo już tylko tu są władni coś zrobić.

Współuzależnienie to choroba. Bardzo ciężka choroba. Ale kiedy tym uzależnionym jest nasz partner czy partnerka, to – choć czasem tkwimy w takich związkach latami – zawsze gdzieś z tyłu głowy do przyjęcia jest rozwiązanie ostateczne – ucieczka. A co, gdy choruje dziecko? Kiedy to ono jest uzależnione? O ile możesz spróbować przekonać siebie, że nie masz wpływu na to, co dzieje się z drugim dorosłym człowiekiem, choć go kochasz i z całych sił chcesz go ratować, o tyle kiedy jest to twoje dziecko, swojego braku wpływu nie umiesz przyjąć. Przecież to człowiek, który został wychowany i ukształtowany przez ciebie. Przecież to człowiek, który mieszka pod twoim dachem. W końcu to człowiek, za którego odpowiadasz. Także przed prawem. Jak zaakceptować brak wpływu na kogoś, kto jeszcze wczoraj liczył się z twoimi uwagami, słuchał twoich rad? Czujesz, że dziecko jest bezbronne, czujesz, że na ciebie liczy, wierzysz, że cię posłucha… Tymczasem nie słucha. Robi sobie krzywdę. Nie możesz na to patrzeć, ale ucieczka też nie wchodzi w grę…

– Nie da się uciec. Bo mówimy o sprawach nieuleczalnych. Dla twojego dziecka jest nią uzależnienie. Dla ciebie są nimi miłość, strach i poczucie odpowiedzialności – mówi Iza, matka alkoholika. – I może ono będzie miewało lepsze momenty, może nawet będą one trwały długie lata, ale ty i tak już nigdy nie odzyskasz spokoju, nie odzyskasz swojego życia sprzed waszej wspólnej choroby. Jedyne, co możesz, a raczej musisz zrobić, to ratować siebie, czyli – żaden cud – nauczyć się z tym ciężarem żyć. Tylko tyle i aż tyle możesz zdziałać. Ale jeśli pójdziesz na psychoterapię, dowiesz się czegoś jeszcze: że… nie zbawisz świata, bo nie posiadasz takiej mocy. Brzmi banalnie? Zaakceptowanie tego faktu to wielkie odkrycie i olbrzymi wysiłek dla rodzica uzależnionego dziecka – opowiada Iza.

Kocham, więc nie wierzę

– Rodzic, który zgłasza się po pomoc, z reguły wie, że jego dziecko ma jakiś problem – mówi Barbara Szczyrba-Maroń, psycho-terapeutka z Polskiego Towarzystwa Zapobiegania Narkomanii w Katowicach. – Przychodzi, ale jednocześnie bardzo nie chce usłyszeć potwierdzenia swoich przypuszczeń. Marzy, by terapeuta „wyprowadził go z błędu”, by powiedział, że to jedynie przejściowe trudności – tłumaczy psychoterapeutka.

Do gry włączają się wszystkie możliwe mechanizmy obronne. Wiodącym jest zaprzeczenie. Stosuje je sama osoba uzależniona, która robi wszystko, by nie dostrzec, co się z nią dzieje, ale ma ona także dużą zdolność „zarażania” tym zaprzeczeniem swoich rodziców. I w ten sposób walka z przyjęciem strasznej prawdy trwa czasem u całej rodziny bardzo długo.

– Rodzicowi trudno przyjąć do wiadomości, że jego dziecko jest uzależnione, bo ten wyrok jest jak koniec świata. Szok i przerażenie są tak wielkie, że na początku nie ma miejsca na zgodę – mówi Barbara Szczyrba-Maroń.

– Ten koszmar zaczął się 12 lat temu, mój syn miał wtedy 16 lat – wspomina Iza. – Nie mogliśmy nie zauważyć, że coś się dzieje. Wychodził ze znajomymi i wracał nieprzytomny, nie pod wpływem alkoholu czy nawet pijany, ale nieprzytomny. To może zdarzyć się raz, w porządku, ale zdarzało się w każdy weekend. Na nic nasze prośby, groźby. Żadnego efektu. Tak jakby nad sobą kompletnie nie panował. Postanowiliśmy poprosić o pomoc. Poszliśmy do poleconego psychoterapeuty. Sami. Bez niego. Dziś wiem, że chciałam się tylko upewnić, że to „może zdarzać się u nastolatka, z czasem minie”. Jednak kiedy przedstawiłam mu, jak wygląda sytuacja, powiedział jednoznacznie i brutalnie: „Państwa syn jest uzależniony od alkoholu”. Nie zostawił żadnego marginesu niepewności. Rozwścieczyło mnie to. „Co za buta, wydaje mu się, że jest nieomylny?! Idiota” – dokładnie pamiętam, że tak właśnie pomyślałam o człowieku, który postawił pierwszą diagnozę. Ponieważ terapeutę uznałam za idiotę, nie podejmowałam żadnych kolejnych kroków. Rozmawiałam z synem i czekałam… aż „zmądrzeje” – opowiada Iza.

Tomek jednak nie „zmądrzał”. Upijał się do nieprzytomności dalej. A ona wariowała. Prosiła, błagała, on mówił, że to był ostatni raz. I ostatnich razów było wiele. Sięgnęła po literaturę fachową i przeczytała, że trzeba jasno stawiać granice. Ostro i konsekwentnie, z wyrzuceniem z domu włącznie, kiedy znów zawali. – Pamiętam dzień, kiedy kazaliśmy mu się spakować i wynieść – mówi Iza. – Zrobił to, a ja dwie godziny później zaczęłam go szukać, dzwonić po jego kolegach. Myślałam, że oszaleję, musiałam wiedzieć, gdzie jest, czy nic mu nie grozi. Szybko go znalazłam i znowu na moment odetchnęłam, bo moje „małe i bezbronne” dziecko było „bezpieczne”. Był płacz, przepraszanie. Dopiero później zdałam sobie sprawę, że to wszystko była z jego strony gra – opowiada Iza.

Kocham, więc muszę wierzyć

– Po kilku miesiącach znowu poszliśmy do psychoterapeuty – wspomina matka Tomka. – Innego. I znowu ten sam wyrok: alkoholik. Wtedy rozpoczął się kolejny etap mojej choroby – zaczęło do mnie docierać, że syn jest uzależniony. I to ja stałam się bardziej chora od niego. On zaczął się leczyć – mówi Iza.

Kiedy okazuje się, że dziecko jest alkoholikiem czy narkomanem, to w naszym społeczeństwie wciąż wiąże się to z wydaniem wyroku – patologia. Ten wyrok obejmuje całą rodzinę. Dlaczego dziecko jest chore? Bo rodzina jest patologiczna. I ta potworna stygmatyzacja rodzica – zawalił, nawalił, źle kochał. Uzależnienie nie jest traktowane jak każda inna choroba somatyczna. Kiedy dziecko ma chorą nogę, rękę, ucho, czy nawet dotyka je inna choroba układu nerwowego, jak depresja, schizofrenia, wtedy pojawiają się żal, współczucie. A wobec rodzica dziecka uzależnionego jest naznaczenie, napiętnowanie.

– Z nikim nie chciałam o tym rozmawiać – mówi Iza. – Broń Boże. Temat tabu. Czułam taki fałszywy, idiotyczny wstyd. Wszystko toczyło się w mojej głowie, a ja coraz bardziej wariowałam – przyznaje.

– Jest bardzo wiele rodzin bez najmniejszych znamion patologii, które zgłaszają się do naszej poradni, bo dotyka je ten problem. Tak więc ta etykieta jest nieprawdziwa – mówi Barbara Szczyrba-Maroń. – A ponieważ funkcjonujemy w społeczeństwie nafaszerowanym takimi stereotypami, zwykle one wdrukowane są także w głowę rodzica uzależnionego dziecka, więc on automatycznie zaczyna szukać winy w sobie. I rozpoczyna się czasem bardzo długa droga samobiczowania. Jedna matka mówi: „Nie byłam konsekwentna, w naszym domu brakowało zasad, dlatego moje dziecko ma problem”. Inna mówi: „Były ostre i rygorystyczne zasady i ja myślę, że to jest powód uzależnienia”. Tych scenariuszy, co my, rodzice, zrobiliśmy źle, są setki. A człowiek uzależniony ma tendencję do przerzucania winy na okoliczności zewnętrzne, na innych ludzi, na rodziców w szczególności. Oni z kolei mają tendencję, by tę odpowiedzialność przejmować. Jednym z elementów pracy z rodzicami jest więc pozbycie się poczucia winy. Bo wytypowanie kozła ofiarnego w gruncie rzeczy nie ma żadnego sensu. To i tak już niczego nie zmieni, a trwanie w roli winowajcy nie pozwala rodzicowi pójść dalej – tłumaczy Barbara Szczyrba-Maroń.

Kocham, więc walczę

– To był potworny etap. Moje życie przestało istnieć – opowiada matka Tomka. – Musiałam „pilnować” syna. Wieczory i noce spędzałam, wisząc w oknie z telefonem w ręku. Czekałam, aż zadzwoni, albo sama wydzwaniałam. Trzęsłam się, kiedy wiedziałam, że wychodzi, bałam się, w jakim stanie wróci. Całe życie kręciło się wokół jego choroby – wspomina. I włączył się w niej bunt. Musiała znaleźć winnego. Winni byli wszyscy: ona – zła matka, inni członkowie rodziny, jego znajomi, nawet sąsiedzi. Wszyscy byli przeciwko niej i jej dziecku. – Tylko on nie był w mojej głowie oskarżony – mówi Iza. – On był bezbronną ofiarą moich błędów wychowawczych, okropnych ludzi i koszmarnych zbiegów okoliczności: mały synek, którego muszę wyleczyć, uratować. Moja misja, mój zasrany obowiązek. On jest przecież chory, to nie jego wina, myślałam. Powtarzałam sobie, że to nie moje dziecko źle się zachowuje, to jego choroba – odrębny byt – przez niego przemawia. Tylko że to nie ma żadnego znaczenia. I to też dla matki, dla rodzica jest straszne do zaakceptowania, bo musisz połączyć tę potworną chorobę ze swoim dzieckiem i uznać, że „oni” grają w jednym zespole.

Rodzice uzależnionych dzieci mówią zgodnie, że to jest poczucie gigantycznej życiowej porażki. Poczucie bezsilności, które obezwładnia. Bo na tę chorobę nie ma cudownego lekarstwa. Dziecko nigdy nie wyzdrowieje, można to tylko zaleczać. I nigdy nie wiesz, kiedy bomba znowu eksploduje. Nie schodzisz więc z miny. – Musisz pogodzić się z bezradnością – mówi Iza. – Bo to nie jest tak, że będę z poświęceniem czuwać przy nim w szpitalu dzień i noc, pilnować, by przyjmował leki, trzymać kroplówkę, by jej nie wyrwał, i to da mi gwarancję, że któregoś dnia wreszcie będzie dobrze. Nie, być może nigdy nie będzie dobrze. To trwa kilkanaście lat, a on wciąż miewa kryzysy, sięga po alkohol. Wciąż może zdarzyć się wszystko. To najgorsze też. Już zawsze będę się bać. I to też muszę zaakceptować – opowiada Iza.

Kocham, więc odpuszczam

„Odpuścić” w rozumieniu rodzica to zostawić swoje dziecko, poddać się. I znowu pojawia się naznaczenie społeczne, czyli jednocześnie także w nas, rodzicach, głęboko zakorzenione przeświadczenia: „Co to za matka, która zostawia swoje dziecko!”, czy: „Dobra matka, kochający rodzic nigdy się nie poddaje”. Tylko co to znaczy pomóc? I to jest kolejna trudna lekcja dla rodziców. – Pomoc uzależnionemu człowiekowi polega na czymś innym niż pomoc w przypadku każdej innej choroby, kiedy ma się za zadanie stworzyć chorującej osobie jak największy komfort – tłumaczy Krzysztof Tylski, psychoterapeuta z warszawskiego ośrodka Polana. – Pomóc uzależnionemu to znaczy stworzyć mu jak największy… dyskomfort picia, ćpania. Sprawić, by dotykały go konsekwencje jego działania – mówi Krzysztof Tylski.

– Głowa mówi ci jedno, a serce wyje i krzyczy: „Przecież to moje ukochane dziecko” – potwierdza Iza. – I w końcu, choć wiesz, że nie powinnaś, wyciągasz rękę, łamiesz się: pozwalasz wrócić do domu, dajesz pieniądze. Czyli robisz krok w tył, bo miałaś mu pomagać, przeszkadzając w piciu – dodaje.

Praca z rodzicami polega także na tym, by dotarło do nich, że nie mają wpływu na zachowanie drugiego człowieka, nawet kiedy jest nim ich dziecko. Nawet kiedy ono mieszka pod tym samym dachem i wydaje się od nich zależne. Trzeba wykonać tytaniczną pracę ze swoimi emocjami, by z roli przywódcy stada, kogoś, kto miał realny wpływ, stać się jedynie obserwatorem dramatycznych poczynań swojej córki czy syna. Obserwatorem jego upadku. – Tu dużą rolę odgrywa także wiek dziecka – zwraca uwagę Barbara Szczyrba-Maroń. – Bo kiedy to jeszcze nastolatek, który wciąż pozostaje pod naszą opieką, to nadal jesteśmy przecież za niego odpowiedzialni, także prawnie. Kiedy to dziecko, które jeszcze z nami mieszka, to jak się zachować? Wyrzucić? Takie rozwiązanie dla zdecydowanej większości rodziców nie wchodzi w grę. Strach o jego zdrowie i życie jest zbyt wielki, wręcz obezwładniający. Czyli pozwolić mu zostać w domu. Ale na jakich warunkach? Nadal prać, sprzątać, podawać śniadanie? A kiedy to dziecko, które się uczy, czy dać mu pieniądze na bilet miesięczny? Przecież jakoś musi dojechać do szkoły. Ale może kupić ten bilet samemu, bo inaczej wyda je na narkotyki czy alkohol? A kiedy wiemy, że cała grupa po szkole idzie do McDonalda, to dać pieniądze na frytki czy nie? Czy one należą się komuś, kto złamał serce i wszystkie zasady? Komuś, komu już nie można ufać? Tak więc poza rozdzierającym bólem i strachem jest jeszcze cała masa „technicznych” problemów, przed którymi staje rodzic – dodaje psychoterapeutka.

Jednak najgorsza, i powtarzają to wszyscy rodzice uzależnionych dzieci, jest potworna bezradność. Możesz rozmawiać, możesz podejmować wysiłki, ale przychodzi moment, kiedy nie możesz zrobić już nic. – Kluczową, cholernie trudną sprawą jest ogłoszenie bezsilności – mówi Krzysztof Tylski. – Ogłoszenie bezsilności nie wobec własnego życia, ale wobec decyzji syna czy córki. Trzeba zacząć chronić swoje terytorium, bo tylko tu jesteśmy władni coś zrobić – dodaje.

– Po kilku latach wycieńczającej walki o zdrowie i życie mojego dziecka w końcu zdecydowałam się leczyć – wspomina Iza. – Poszłam na terapię. Dziś wiem, że to ona uratowała mi życie, ale to był potwornie trudny proces. Musiałam przyjąć i pogodzić się z myślą, że może zdarzyć się wszystko, a ja nie mam na to żadnego wpływu… Dla rodzica to chyba najgorsza rzecz na świecie – pogodzić się z myślą, że nie masz wpływu na zdrowie, bezpieczeństwo, życie swojego dziecka. Życie w sensie dosłownym. Nie chodzi o to, że chciałabyś, by był astronomem, a on woli kopać doły. Nie, ty chcesz po prostu, aby twoje dziecko… żyło! A tymczasem musisz pogodzić się ze świadomością, że może nastać dzień, w którym już go nie zobaczysz… Wyłam w myślach, kiedy terapeuta mówił: „A może pani syn chce być menelem, pijakiem? A może on chce się stoczyć? To jest jego decyzja! Wszystko w jego rękach, będzie chciał pić, będzie pił. A pani może być już tylko obserwatorem”. Nic ponadto. Bo są w życiu sytuacje, na które nie mamy wpływu – wspomina matka. Wracała do domu jak zombi, zamykała się w pokoju i płakała. Ale z każdą kolejną sesją czuła, że nie ma wyjścia, musi oswajać się z tym wszystkim, co słyszy.

Praca z rodzicami uzależnionego dziecka musi w pewnym momencie przejść na szerszy obszar – chodzi ogólnie o życiowe przekonania. Każdy dojrzały człowiek musi, prędzej czy później, uświadomić sobie, że ma ograniczony wpływ na wiele spraw w życiu. A są osoby, które mają przekonanie, że swoje życie kontrolują. Nierzadko dostawali na to potwierdzenie w innych obszarach. Ich działania były skuteczne. I tu nagle, w przypadku tak ważnego życiowego zakrętu, okazuje się, że są bezradni, że stają przed murem, który jest nie do przebicia. Trzeba nauczyć się, że są sytuacje bez wyjścia. I trzeba… ratować siebie. – O tym ratowaniu siebie powiedział mi terapeuta – wspomina Iza. – Jak to ratować siebie przed własnym dzieckiem?! Brzmi koszmarnie. Ale, niestety, tak właśnie trzeba zrobić. Trzeba ochronić siebie i ochronić swój dom, resztę rodziny. Tak wygląda brutalna prawda. Skoro moje dziecko niszczy siebie, to moim zadaniem jest nie pozwolić, by zniszczyło także mnie. Zaakceptować, że jedyne, na co mam wpływ, to własne życie. Kazano mi, a raczej serdecznie polecono, bym zajęła się sobą – opowiada Iza.

– Mówiła pani, że kiedyś lubiła tańczyć, to proszę zapisać się na kurs salsy – doradziłem pacjentce, matce uzależnionej córki – mówi Krzysztof Tylski. „Ale jak to, ja mam chodzić na salsę, kiedy moje dziecko się stacza?!”– wykrzyczała. „Tak, bo pani musi żyć”. Na początku choćby na siłę, wbrew sercu – tłumaczy psychoterapeuta. Bo rodzic musi rozpocząć proces wracania do własnego życia, które w imię walki o dziecko zostało zawieszone na kołku. Rodzice, często po raz pierwszy, muszą skonfrontować się z myślą, że dziecko nie jest wszystkim, co mają w życiu. A to arcytrudne, szczególnie w sytuacji, kiedy to dziecko jest chore.

– Brzmi niewiarygodnie, ale mnie bardzo pomogły ćwiczenia fizyczne – mówi Iza. – Takie fizyczne zmęczenie. Chodzi o to, by padać z nóg i nie mieć siły, by się wciąż tylko martwić. Najpierw ćwiczyłam na siłę, potem to stało się nawykiem i przynosiło poczucie ulgi. Zaczęłam też rozmawiać o tym, co mnie spotkało, z przyjaciółmi, i to też była ogromna ulga. Tego koszmaru nie wolno nosić w sobie. To najgorsze, co możemy zrobić. Moja terapia trwała dwa lata. Jest lepiej, zdecydowanie lepiej. Uśmiecham się, a czasem nawet się śmieję. Dbam o siebie, o bliskich, wyjeżdżam na wakacje, żyję. Ale nikomu nie życzę takiego doświadczenia. Zmienia świat na dużo gorszy. Bezpowrotnie. Jedyne, co dał mi ten horror, to poczucie, że jestem silną osobą. A zawsze miałam siebie za słabeusza. Okazuje się, że nim nie jestem. Bo nie zwariowałam tak na dobre. Jednak ból, że nie mogę uratować mojego syna, zostanie ze mną na zawsze – mówi Iza.