wtorek

zawsze te przebudzenia w grozie istnienia, a prysznic rozpuszcza lodowa skorupę..

Do redakcji, potem na Nowowiejską na wyjęcie szwów z dziąsła, szybko i przyjemnie. Z lekko zjeżoną sierścią mijam szpital psychiatryczny, gdzie mnie na dwa tygodnie władowali siłą. Na Wiejską, kupuję dzienniki Wiktora Woroszylskiego. W Alejach Niepodległości dobra kawa i spotkanie z Magdą. Sprawa sprzedaży opcji na film według Kolonii Karnej i umowy na pisanie scenariusza do filmu. Pozwalam sobie mieć pewne nadzieje, że coś z tego wyjdzie.

Wszyscy mówią o upale, to główny temat rozmów, a i tak mało kto wie jak straszną i okrutną gwiazdą jest słońce.

Przeglądam dzienniki Wiktora,( 1953 – 1982) książka jest grubsza niż cegła, niewygodna do czytania. Widzę, że pisze o mnie kilka razy, serdecznie. Więc głupio będzie mi krytykować tę książkę, a już widzę, że to chyba nie jest najlepszy dziennik. Mnie oczywiście najbardziej interesują lata stalinowskie.

PODYSKUTUJ: