Pisane na lustrze. Blog Anny Janko
-
Anna Janko udostępnił swój wpis 2012-02-22 14:10:52 · Wyświetl
-
Anna Janko udostępnił swój wpis 2012-02-22 11:48:53 · Wyświetl
-
Rozmyślania przy korekcie
Zanotujmy upadek. Upadek ducha nad ranem. Ale skoro się spać poszło przed dwudziestą pierwszą dnia poprzedniego (po wielu godzinach ślęczenia nad korektą własnej książki), nie ma się co dziwić. Szybkie spanie, na deser tzw. koszmar senny, potem leżenie w ciemności. Potem wstanie, po kuchni chodzenie, płynu z miodem picie. Bo się wyczytało w internecie, że miód działa nasennie. Ale nie zadziałał nasennie tylko spowodował atak jakiegoś kataru i wyciek z oczu (nie były to łzy bynajmniej). Oto jak się kończy wdrażanie internetowego poradnictwa. Leżałam jeszcze długo, rozmyślając o bzdurnych wątkach mojego życia, które (niektóre!) wydawały mi się jeszcze stosunkowo niedawno takie jedwabiste, złociste, i zasadnicze, a teraz są poboczne i ponadrywane. Po czym wstałam zdecydowanie, choć bez wizji najbliższej przyszłości. I zaczęłam czytać co bądź, co tam się wylinkowało w Sieci. Trafiłam na stary wywiad z Kurtem Vonnegutem i Wiliamem Styronem z „Literatury na świecie”, z roku zdaje się 1986. Ten drugi z pisarzy powiedział: „Zaryzykowałbym twierdzenie, że literatura to środek, za którego pomocą jedna osoba, pisarz, próbuje wyciągnąć rękę i zakomunikować swoją wizję świata drugiemu człowiekowi, czytelnikowi, używając w tym celu całego dowcipu, inteligencji, pasji i zdolności poetyckich, jakie posiada. Tak się z grubsza przedstawia definicja tego, o co w moim pojęciu chodzi w literaturze.”
Z powodu tego, że w nocy mam wyobraźnię cholernie dosłowną, zobaczyłam nagle siebie, o Boże, jak wyciągam rękę z własną książką w geście niemal błagalnym, ku ludziom, aby przeczytali i odebrali właściwie całość wizji, w którą władowałam wszystkie zdolności… Pytany dalej Styron uzupełnił, że nigdy nie czyta swoich książek po ich napisaniu. Czyli komunikuje się raz a dobrze, potem już się za siebie nie ogląda. (Ciekawe, czy korektę pozostawia redaktorom, a czytanie fragmentów podczas wieczorów autorskich aktorom?). Obaj pisarze zgodnie twierdzą, że pisanie jest „nieprzyjemne” i „uciążliwe”. Zdaje się, Vonnegut powiedział, że pisanie książki na długo, czasem na lata, zawęża świat autora. Oświeciła mnie ta myśl (co się nocami ludziom zdarza), choć przecież o tym wiedzieć musiałam, że zawęża. Dodałabym: zawęża, ale pogłębia. Tak to chyba wygląda w przekroju poprzecznym. Czyli autor morduje się latami ze wszystkich sił, kopie jakiś (komunikacyjny i porozumiewawczy) rów marjański , po czym odchodzi zdecydowanym krokiem, ku z goła innej geologii wewnętrznej… Rozumiem to bardzo mocno teraz, gdy przepełniona bezgranicznym samokrytycyzmem robię korektę swej książki. Mam przy tym wizję, że moja wizja może być całkiem chybiona, a ponadto banalna i nudna, albo przeciwnie, zbyt szalona i dziwaczna! Jest mi niedobrze, na żołądku i w głowie, i przysięgam sobie, tu i teraz, że zmienię zawód, otworzę second hand ze spleśniałymi marynarkami od Armaniego (skórzane, pionowo pikowane), albo domowe przedszkole, lubię własne dzieci, to i cudze polubię…
Świt już kwitnie biało pod roletą. Stróż już łopatą chrobocze, stary śnieg przestawia (bo nowy nie napadał), czas i mnie do roboty. Jeszcze sto pięćdziesiąt stron, Panie Styron…
.
Użytkownik Anna Janko zaktualizował swój stan: 2012-02-19 07:25:31 · Wyświetl
nie mam pojęcia, co to są pionowo pikowane marynarki, ale brzmi to groźnie, proszę zatem pozostać przy pisaniu
I kolejny raz przekonuję się, że Vonnegut był genialny. Lub może tylko tak mi się wydaje, bo wyjątkowo dobrze nam wychodzi komunikowanie się. Przez rów mariański, oczywiście…
Każdy komunikuje się tak jak potrafi, na swój własny, osobniczy sposób. Ja tworzę wycieczki, pisarze, artyści zgłębiają swoją wiedzę na tematy ludzkich uczuć a potem przekazują nam ją w swoich książkach. I to jest cudowne, bo najprawdopodobniej nigdy nie wykopię takiego rowu mariańskiego, schodzę najwyżej na pozim rafy koralowej, by cieszyć się różnorodnoscią przyjemnych doznań. Dzięki Pani to czego nie przeżyję, to sobie doczytam, więc proszę porzucić pomysł zmiany profesji
Proszę nie przemęczać się korektą własnych myśli.Ksiązka jest,będzie wspaniała!
Powiedz mi Aniu ,jak to jest,że zdyscyplinowana powieść przegrywa często z chaosem myśli i bzdurą? Popatrz,ile osób tandetnie wylansowano ,szybko i zwinnie wciśnięto nam kit ich rzekomej cudowności i wciska sie ich,gdzie się da.A tak.A mnie to wkurza.Bo ludzie głodem w Polsce przymieraja a pisarskim kurwom i chłamowi wypłaca się ciężkie pieniądze.Każe mi się podziwiać seryjną morderczynię literatury p.Grocholę ,pop…Masłowską (z kim nie spała ciekawa jestem) i inne gaduły.Może potrzebny jest Barok i idex ksiąg? nie,nie ten zalew tandety nie dowodzi niczego mądrego i dobrego .Serdecznie cię pozdrawiam.
Czekam na książkę i .. na spotkanie autorskie z książką! Ja na sen piję ziółka i czerwone wytrawne wino.
Dobrze przespanej nocki życzę Pani! Czekam na tę nową książkę…
-
Powiedzmy, że to cudowne
Już 16 lutego! Jak miło! Uwielbiam, gdy zima w coraz krótszym płaszczyku! Jeszcze chwila, a zakwitną forsycje. Nie szkodzi, że właśnie nawaliło śniegu, to zmyłka. Jest wpół do drugiej w nocy, obudziłam się przed godziną po godzinie snu. Nie szkodzi, postanowiłam wyjść bezsenności naprzeciw i zaaprobować. Zamiast walczyć, złorzeczyć, jęczeć. Powiedzmy, że to cudowne, tak się obudzić i nie móc dalej spać! I mieć dodatkowy czas na przyjemności! Wstałam, przyrządziłam w kuchni (cichaczem, bo dom śpi) mleko owsiane, wyciągnęłam z koszyka cudną bułeczkę orzechową, co miała być rankiem nagrodą za przykładne istnienie, i wróciłam do łóżka z poczuciem odświętności. I tylko pies z fotela łypie okiem. Na bułeczkę. A ja celebruję. Jestem sobie. Co prawda nietypowo, samotnie, w ciemnościach nocy, ale to ja. Ja, Ania, cała i zdrowa, odwaliłam już kawał życia, narobiłam się chwilami do uznojenia, nie można mi zarzucić lenistwa, czy migania się: nakochałam się co niemiara, mam w doświadczeniu prawdziwe miłości, takie co balansują między życiem a śmiercią. Ponadto wychowałam dwoje dzieci i mnóstwo psów i kotów. Wstawałam do nich nocami, karmiłam, leczyłam. Napisałam też kilka książek. Może ten akurat dorobek nie jest ilościowo imponujący, inni pisarzowie w moim wieku mieli więcej upisane… Ja się za długo namyślam nad każdą stroniczką. I nie mam „parcia na papier”, to znaczy nie spieszę się z drukowaniem upisanego. No chyba, że głód do garnka zagląda i trzeba podpisać jakąś umowę. (I potem mieć „deadline” i wpadać w panikę…). Życie jest piękne. Urodziłam się we właściwej epoce i w całkiem niezłym miejscu na ziemi. Mogłam sobie bezpiecznie wstać mimo nocy, nie szukać gorączkowo hubki i krzesiwa, nie drżeć z zimna, bo wygasło w piecu, nie bać się wycia wilków… Tylko zapalić świetlówkę, włączyć elektryczny czajnik, sięgnąć po pachnącą bułeczkę, otworzyć komputer. A tam świeża poczta w środku nocy! List od ukochanej córki, która pisze ot tak, z głębi uczucia, nie wiedząc, że jeszcze parę godzin temu narzekałam na nią tak niesprawiedliwie, że odzywa się tylko jak czegoś potrzebuje! Ponadto ktoś jeszcze przesłał mi mejlem sto pięćdziesiąt pięć czerwonych serduszek! I nic nie szkodzi, że to kobieta. Im jestem starsza, tym bardziej lubię kobiety, jako źródło ciepłych uczuć. No naprawdę, cudowne chwile! Nie szkodzi, że rankiem umówiona jestem w wydawnictwie, bo to późny ranek ma być i zdążę do tego czasu szybko pospać. Tymczasem teraz jest TERAZ. Duże, dodatkowe TERAZ. Śródnocna nadgodzina istnienia. Normalnie gdzieś bym tam była głęboko pod powierzchnią jawy, nieprzytomna, nie wiedziałabym, że żyję, a tak – proszę – w pełni władz umysłowych definiuję się, dookreślam, i dodaję sobie animuszu. I trzeba się cieszyć, bo nie wiadomo, jak długo tak będzie! Kataklizm może przyjść z zewnątrz albo z wewnątrz, i pasmo szczęścia przerwie się nagle.
Pies się zerwał z fotela i otrzepał gwałtownie, czyniąc wielki hałas. Normalnie, za dnia, nawet by tego słychać nie było, bo to mały pies, ale w pustej nocy wszystko olbrzymieje. Ja sama także wydaję się sobie jakaś szczególna, wyrazista i ważna jak biegun północny ziemskiej planety! Oto sama do siebie homilię wygłaszam, o szczęściu nienieszczęścia! Bo szczęściem jest taka chwila, jak ta, gdy się budzimy w środku nocy i nic złego się nie dzieje, tylko noc trwa, spokojna noc.
Na koniec nocnych zapisków przemiły wierszyk z internetu wyłowiony przed chwilą (z drobnymi poprawkami):
A ja jestem twój księżyc
Krążę wokół Ciebie
Po pogodnym niebie.
Zaglądam w twe okno
Stoję złoty w ramie
I promiennym kłosem łaskoczę ci ramię.
.
Użytkownik Anna Janko zaktualizował swój stan: 2012-02-16 01:52:15 · Wyświetl
Przesyłam Siedem_Czerwonych_Serduszek
Delektuję się opisem TEJ_Twojej_ godziny…Od dawna , wydarta nocą przez tajemniczego dementora ze snu, bo raczej nigdy nie jest to łagodne obudzenie) momentalnie rozpoczynam szukanie pozytywnych stron mojej bezsenność. Ni miałam jednak żadnej pięknej i sparawdzonej empirycznie podbudowy. A teraz mam. Wielkie dzięki:)
PS Jakiś wredny chochlik miesza w literkach. Przepraszam w imieniu tego łobuziaka:)
Może to i lepszy pomysł – jak się budzę w nocy – wstawać i coś zrobić samemu w ciszy, niż przewracać się z boku na bok długie minuty albo i godziny? Jak się budzę to z koszmarami, ciężko wtedy leżeć spokojnie i myśleć o pozytywnych stronach życia. Zamknięcie powiek budzi poprzednie strachy.
Aniu,lubię Twoje wpisy.Mają swoją klasę.
ps nie porównuj się do innych pisarzy rzekomych.Nabazgrać pierdoły co drugi z nas potrafi.Tylko po co? Mnie kiedyś pytali,dlaczego nie napiszę książki,to odpowiadam.Po co zaśmiecać księgarnie? Tyle ludzi to robi i robi dobrze.Starczy.To,że ktoś ma kilka książek na sumieniu ,nie znaczy,że dobrze zrobił,że je popełnił.Ludzie piszą tyle głupot,bez których świat może spokojnie się obejść.Szkoda drzew na te historyjki.Napisać jedną,dwie a cudowne!!! To jest to.Dostać nagrodę,jaką ty dostałaś.I starczy.Jeśli nie czuje książki w sobie,nie pisz ,nie pisz na siłę.No chyba,że garnek.. Pozdrawiam.
Piękne te nocne zapiski. I jak precyzyjnie określone: o szczęściu nieszczęścia. Za to własnie Panią kocham! Za tę piękną precyzję i literacki kunszt! Za całego serca ściskam! B.
Czytałam z szerokim uśmiechem, aż ciepło się zrobiło w sercu, tyle w tym tekście radości. Mnie TERAZ dopada też zawsze nocą, gdy nie mogę spać. Coś w tym jest. I też wtedy robię w okamgnieniu inwentaryzację, bilans i rachunek zysków i strat życiowych, zadziwiam się, że jestem człowiekiem płci żeńskiej tu i teraz. Samoświadome TERAZ, jak iluminacja.
Jeszcze przed chwilą cieszyłam się,że będę posiadaczką ksiązki Pani autorstwa ”Dziewczyna z zapałkami”.Niestety w ostatniej minucie ktoś kliknął i przelicytował mnie.Na nową z ksiegarni niestety na razie nie mogę sobie pozwolić.Jestem zła na siebie,myślałam że ten zakup zrekompensuje mi moje ostatnie pełne stresu dni.
umiejętność obłaskawienia bezsennych chwil to czasem prawdziwy ratunek przed szaleństwem … choć to szalone ”przedsięwzięcie”
Jak się cudnie czytało Pani tekst! Tylko to ”powiedzmy” trochę niepokoi.
a dziś zima już z gołą głową i pod parasolem, kichająca trochę na coraz bliższą wiosnę
@ jjj, halo, halo, JJJ @ daj mi adres swój na mojego maila (yours@autograf.pl), wyślę Ci Dziewczynkę gratis, mam dwie
-
Wstydliwa choroba kobieca
W foyer teatru rozmawiają dwie kobiety, brunetka i blondynka. Szczupłe, eleganckie, zadbane. Brunetka mówi: „Jasne włosy, śniada skóra, czyli twój typ urody to „lato”. Ja mam włosy czarne, jestem „zima”. Blondynka śmieje się: „Tak naprawdę jestem siwa, szare na złote zamieniam szamponem koloryzującym!” Brunetka wyznaje: „Ja też jestem cała siwa, a te odrosty co miesiąc – koszmar!” W tym momencie mężczyzna przysłuchujący się rozmowie wzdycha, oczy w górę podnosi, i kwituje: No wiecie, o takich intymnych sprawach tu mówicie, że chyba sobie pójdę!”. Zapada chwila konsternacji i oto lekka scenka obyczajowa obciążona została balastem społecznej dezaprobaty.
Czyli jednak źle być siwą! I nawet pisnąć o tym nie wolno w mieszanym towarzystwie. Trzeba ukrywać siwe włosy, datę urodzenia, wygładzać zmarszczki, przemilczać dramat menopauzy i do uznojenia odgrywać rolę dziarskiej dziewczyny w średnim wieku! Starzenie się to w naszej kulturze wstydliwa choroba kobieca, którą należy leczyć – farbą, botoksem, hormonami i wizytami u terapeuty – i nie można pozwolić, broń Boże, żeby jakiś brzeżek, strzępek, rąbek tej tajemnicy wystawał nam gdzieś spod spodu! Tak oto wygląda teatr życia codziennego. W którym mężczyzna obnosi dumnie głowę srebrną lub łysą, a jego zmarszczki to tylko interesujący ornament dojrzałego oblicza. Jeśli w napadzie zwątpienia w sens życia się pofarbuje, to się narazi na kpiny płci obojga. Bo facet to powinien być autentyk! Wystarczy, że umyty i ubrany, a już jest cudownie. O czterdziestolatku nikt nie powie – stary. A gdy kiedyś skomplementowałam mojego prawie 60-letniego znajomego mówiąc, że ma wygląd czerstwy, to się obraził. Bo przecież czerstwy to może być staruszek, ale nie on! Tymczasem kobieta po czterdziestce, jeśli nie chce wypaść z gry, to musi przystąpić do renowacji. I wszystkie, niemal wszystkie, to właśnie robimy: zaczynamy wykonywać rytuały ukrywania objawów przemijania, bo nie mamy odwagi walczyć z obowiązującym paradygmatem, ze stereotypem w który wmarzłyśmy jak w lód…(odnalazłam powyższy tekst, sprzątając w swoim komputerze, jednak wszystko aktualne więc upubliczniam)
.
Użytkownik Anna Janko zaktualizował swój stan: 2012-02-13 12:26:37 · Wyświetl
Starzenie sie (nie tylko kobiet, ale ogónie tez) jest zdecydowanie postrzegane jako choroba – nawet pieniadze unijne daja nam na walke z taze choroba… A przeciez to nie patologia tylko fizjologia!
wiedziałam, że coś ze mna nie tak – dziękuję za diagnozę Pani Anno – wygląda na to, że i ja jestem zainfekowana wstydliwą chorobą kobiecą. w szawce na półce sześć opakowań farby o słonecznym kolorze blond cierpliwie czeka. W gruncie rzeczy wirus tejże choroby w ostatnim dwudziestoleciu również rozprzestrzenił się na mężczyzn – tych na wysokościach o potężnym Ego ( patrz:Berlusconi czy Putin), oraz na lokalnych metroseksualnych żigolaków ( patrz: Ibisz). Groteskowo zaczyna wyglądać współczesny homo sapiens sapiens.
Starość to etap życia, często trudny, a jeszcze społecznie napiętnowany. Przydałoby się starość do łask przywrócić. Choć to takie niemodne. Ale znam kilka osób pięknych w swej starości!
A ja, pędząc czasami z pracy rowerem po mojej leśnej drodze myślę, co robi ta młoda dziiewczyna w ciele 50+ ?
Nie farbuję włosów, mimo że jestem brunetką i bardzo widać jak siwieję. Ja i mój mąż nie mamy z tym ”problemu”. Natomiast moja mama i kilku znajomych jest zniesmaczonych. Jak to tak. Rzeczywiście pomyślalam o podobieństwie do wstydliwej choroby…
Nigdy nie farbowałam włosów. Lubię swoją siwiznę
Lubię też jeździć na rowerze.A ja farbując ostatnio włosy na ciemne bordo, przyłapałam się na tym, że wierzę w to, że jak zmienię kolor tego, co mam na głowie, to zmieni się też trochę to, co mam we łbie.
Wszyscy chcemy być kochani takimi, jacy naprawdę jesteśmy. Jednak wciąż dekorujemy się, ulepszamy, przebieramy, młodsi prostują zęby, odchudzają się, starsi farbują włosy. My kobiety jesteśmy łase na pochwały.
Dziś w kawiarni (rzadka dla mnie okazja bywania) usiadły dwie kobiety jedna miała ok. 80 lat, druga ok.90. W starych futrach i kapeluszach, których nie zdjęły. Starsza błyskała figlarnie czarnymi oczami, trzymając małą filiżankę z kawą w pomarszczonej dłoni z palcami powykrzywianymi starością i z pięknie pomalowanymi długimi paznokciami. Widać było, że lubi celebrować takie chwile. Ja też lubię piękno.A ja lubię swoje siwe/platynowe/włosy.Osiwiałam bardzo młodo,nie widzę siebie w innym kolorze.Zauważyłam ,że niektóre celebrytki farbuja włosy na siwy kolor,więc chyba są na topie.
Ciekawe spostrzeżenie, ale czy nie jest tak, że zatrzymujemy młodość dla siebie samych? Żeby nie wypaść z własnej gry, bo czas pędzi szybciej od nas i rzeczywiście, czasem porywa to ciało z duchem niegotowym na takie dalekie, nieznane wyprawy? I myślę sobie naiwnie w swoim przedbiegu, kiedy trochę z zadumą, a trochę z zachwytem przyjmuję pierwsze srebrne niteczki, czy tak źle być siwą? Nie każdej oczywiście do twarzy i to wtedy może być problem faktycznie estetyczny, za którym pójdzie myślenie o ukrywaniu wstydliwej choroby. Tylko że wtedy wprawić w konsternację takiego dumnego ze swojej łysiny mężczyznę (swoją drogą, znam tylko załamanych tą perspektywą, robiących dobrą minę do swojej z góry przegranej gry) może raczej odkrycie prawdy i widok odrostów, czyli nagła świadomość, że obcuje z kamuflażem. Więc mam taką teorię, że kiedy nam się już odechciewa farbować, tuszować i wygładzać, bo to jednak wysiłek ciągły i coraz mniej opłacalny, to wydaje nam się, że nas zmuszały do tego nowe obowiązujące standardy, a nie własna chęć skorzystania z takich możliwości i w końcu najbardziej szokująca może być konfrontacja swoja własna z nową sobą, dotąd ukrywaną pod modną paletą.
Farbowanie osłabia włosy. Obserwuję z pewnym zachwytem zadbane Niemki w różnym wieku. Widuję je u nas jako turystki i Niemczech, gdy tam jestem. Wiele z nich ma zadbane, zdrowe włosy – szpakowate lub siwe. Ciekawe fryzurki. Czasem gładkie, czasem bujne (!) loki. Gdy osiągnę mój osobisty poziom krytyczny (przewaga siwych), chciałabym przestać farbować, odzyskać swoje zdrowsze włosy z czasów, gdy nie farbowałam. Podobno nawet Marek Niedźwiecki nabywa u naszych zachodnich sąsiadów specjalny szampon do włosów siwych.
-
Grube książki mają czas
Nie piszę grubych książek, nie piszę bloga codziennie… Nie dałabym rady. I tak mam wrażenie, że jestem okropnie zajęta całymi dniami. Zdaje mi się, że wciąż gdzieś wyjeżdżam (nawet jeśli tylko raz w miesiącu), że bez przerwy telefonuję (nawet jeśli tylko rano), że robię zbyt wiele rzeczy naraz (a propos, o wierszach Szymborskiej dziś wieczorem o 20.25 w radiowej Jedynce z Januszem Drzewuckim i Anną Lisiecką). Żyję w wewnętrznym pędzie (nawet jeśli to tylko złudzenie) i potem wieczorami nieraz nie udaje mi się przełączyć programu na „SEN”, tak żeby mieć czarny ekran na wszystkich kanałach. Jakaś samoindukcja, „zmiany skojarzone”… W efekcie siedzę przed komputerem albo do późna wieczór, albo na długo przed świtem. Przez owo niemal stałe poczucie „niedoczasu” nie tylko nie piszę grubych książek, ale nawet po takowe nie sięgam, jako czytelniczka! Widząc tom opasły instynktownie cofam rękę… Przecież i tak nie zdążę (tak sobie mówię w myślach), nie dotrwam do końca, coś mi na pewno lekturę przerwie. A przecież grube książki mają czas na wiele rzeczy! Potrafią uzależnić od siebie czytelnika, wciągnąć go w głąb swej przepastnej fabuły, przyzwyczaić do bohaterów, nawet jeśli nie są sympatyczni, albo wręcz zmuszą, do ich miłowania! Potrafią przekonać do swego języka, choćby niedoskonałego. Nawet jeśli nie są genialne, grube książki, to się pod wpływem długotrwałej lektury robią takie „swoje”, znajome i bliskie, dając poczucie bezpieczeństwa. No bo jeśli możesz czytać i czytać, i czytać, to znaczy, że masz zagwarantowany jakiś komfort, a świat realny nie zagraża ci bezpośrednio przynajmniej przez parę godzin dziennie. A ów egzystencjalnie niewygodny moment, gdy coś się kończy definitywnie i trzeba to pożegnać, długo jest odległy. Czytając grubą książkę zamieniasz i tak nieuchwytną teraźniejszość na duchową przygodę w bezczasie i niemiejscu. Pamiętacie, jak się cudownie czytało za młodu Anię z Zielonego Wzgórza? Także i z tego powodu, że po zamknięciu pierwszego tomu, czekał następny, i następny… Kiedyś umiałam czytać do syta! Dlaczego dziś już tego nie umiem?
A jednak zrobiłam ostatnio coś takiego. Przeczytałam „Niemrę” Arkadiusza Pacholskiego. Słowo „koniec” wypada tam na 567 stronie! Przyznaję, że skłoniła mnie do tego nie tylko czytelnicza ciekawość – znam autora i lubię go osobiście, a temat Niemcopolaków interesuje mnie jako wieloletnią mieszkankę tzw. Ziem Odzyskanych (bo tam ich spotykałam), ponadto sama napisałam opowiadanie pod takim tytułem, potem zmienionym na inny. A jeszcze do tego akurat byłam w podróży wygodnym pociągiem i czytanie przerywali mi tylko pan z kawą oraz konduktor. Rzecz dzieje się w Kaliszu, w ostatnich miesiącach wojny, bohaterką jest odważna, bezkompromisowa dziewczyna, dokumentująca zbrodnie popełniane w mieście przez hitlerowców. Jest volksdojczką pracującą dla AK. Inni bohaterowie, to Rosjanie, przesiedleńcy z Ukrainy, a także inni, „prawdziwi” volksdojcze. Żadnych stereotypów myślowych nie ma! Ludzie są dobrzy albo źli, głupi albo mądrzy bez względu na to, po której stronie politycznej się znajdują. Ich wybory są trudne a autor ani nie próbuje ich usprawiedliwiać, ani potępiać. To się udało Pacholskiemu – zbudować nową przestrzeń mówienia o dotąd jednoznacznie postrzeganych „złych ludziach”. Udało mu się pokazać ziarno dobrego w złym, a i mroczny korzeń w tym, co rzekomo dobre i słuszne.
I tylko „dusza kobieca” Doroty Paleń, głównej postaci, wydała mi się nieco drewniana… Męski autor stwarzający żeńską narratorkę wiele ryzykuje. Tu studia historyczne tematu nie pomogą, potrzebne może lekcje poglądowe z żywym, czującym obiektem. Tołstojowi, Flaubertowi się udało wspaniale! Czyli zgłębić te subtelności można, pomimo różnic w budowie mózgu. A zresztą, może to ja mam wybujałe o kobietach wyobrażenia! Tak czy owak ma Kalisz od teraz swego pisarza Arkadiusza Pacholskiego, jak Gdańsk ma Chwina i Huellego, bo „Niemra”, to jest przede wszystkim powieść o mieście, o jego nocach i dniach w gorzkich latach, o ciemnych sprawach i czystych intencjach jego mieszkańców.
(Pomijam redaktorskie niedoróbki tekstu, bo to w tych czasach rzecz drugorzędna. Niestety.)A teraz pędzę do pisania swoich bardzo krótkich kawałków!
.
Użytkownik Anna Janko zaktualizował swój stan: 2012-02-07 08:16:18 · Wyświetl
Ogromnie dziękuję Pani Anno za ten wpis! Już myślałam że ze mną jest coś nie tak:) I jeszcze mój mąż obok pochłaniający grube tomy z rozkoszą i prędkością światłą. Co za ulga! teraz już wiem że jest nas więcej i że…wszystko ma swoje miejsce i czas:) pozdrawiam niespiesznie w niedoczasie…
Nie cierpię grubych książek,powieścidła idą do kosza,rozdaję.Choćby nie wiem,jak dobra była.Jedynie dokument.Tak.Czytam drugi raz Pawła Zyzaka.A ponadto literatura mnie nie kręci,to musi być coś wyjątkowego.Większość znam od kuchni i nuży mnie.Patrzę na to okiem konstruktora i siada mi urok.
Gruba książka potrafi mnie tak zassać,że jestem po prostu nieczynna, tym bardziej,że mam zwyczaj cztać od początku do końca jednym tchem. Dlatego ilość stron to ostatnio kryterium niezbędne.
Jeśli sięgam po grubą książke, to z pewnoscia jest przynajmniej listopad. Mija zwariowany sezon turystyczny a świat wokół mnie zwalnia. Wtedy próbuję choć podjąć to wyzwanie. Najpierw oswajam się z tym co ma mnie spotkać. Dotykam okładki, kartuję i wącham. Wszystkimi zmysłami zaprzyjazniam sie z nowym, wielkim i grubym wyzwaniem
W głowie spokój, serce zwalnia do przepisowych norm i udaje mi sie skupić uwagę na czymś dłużej niz zwykle. Im więcej potrafię przeczytać, tym wiekszym spokojem ducha się charakteryzuję. To taki mój miernik poukładania wewnetrznego. ”Niemry” jeszcze nie czytałam ale sięgnę po nią z pewnoscią.A ja uwielbiam grube książki…….uwielbiam serie wydawnicze i jak już pokocham jakiegoś autora, to kupuję wszystkie jego książki…..
Grube książki…jednak wolę cieńsze tomiki poezji…
Przechadzając się po empiku czy raczej częściej po bibliotece, odruchowo sięgam po grubsze książki, dają sobą jakąś obietnicę nasycenia
A każdy spacer pomiędzy półkami pełnymi książek w bibliotece UG przyprawia mnie o miły zawrót głowy.czasami w swojej życiowej wędrówce docieram do domów/mieszkań bez książek – fizyczna nieobecność kurzu na nieobecnych książkowych woluminach często idzie w parze z prostotą & sterylnością myśli gospodarzy, a czasami z brakiem jakichkolwiek myśli – przerażające są takie domy/mieszkania.
A ja czytam polecane przez sąsiadkę.Zna się na literaturze i dobrze,bo sama nie trafiam w 10.
z książkami jak z ludźmi, jedne mają anoreksje, inne nadwagę, a te w granicy 250 – 300 stron są w sam raz
-
ZIMOWY PRZEGLĄD GŁOWY
Mróz, mróz, mróz… Minus dwadzieścia na wieczność. Bo gdy jest tak jak ostatnio, to się ma wrażenie, że to ostateczne. Wczoraj po robocie (pisałam od piątej rano do dwunastej) wyszłam na miasto. A ono na kość zmarznięte, i statyczne jakieś w ogólnym wyrazie. Siwe ulice, na chodnikach kupki suchego, dawno przeterminowanego śniegu, ludzie z nosami w kołnierzach niby idą, a jakby stoją. Tylko spomiędzy dwóch wieżowców wyskakuje na mnie wiatr, bo ma tu swój korytarz aerodynamiczny, właśnie stąd zawsze napada na przechodniów i porywa im szaliki. Wchodzę do punktu telekomunikacji, załatwiam, załatwiam, pocę się w kożuchu, w szaliku, w czapie, w buciorach, więc gdy wyjdę, pokryję się zaraz warstewką lodu, który popęka na mnie zanim dotrę do strefy sklepów. Gdy tam docieram, rozpinam wszystko na sobie i usiłuję w przestrzeni supersamu znormalizować temperaturę ciała. Słyszę, jak kasjerki wymieniają uwagi na temat tego, ile która ma swetrów na sobie, pod firmowym fartuchem. Im zimno we wszystko, mnie na plecach gorąco, ale nos i czoło – mam zrobione na blaszkę. Jeszcze muszę na bazar, buraczki koniecznie, kapustę, marchew trzeba kupić, u Tamary, z ekocertyfikatem. Mijam w drodze do mojej warzywnej budki kobietę, starą już, ale o rysach delikatnych jeszcze, niepogrubiałych. Trzyma w rękach wieszak z czarnym swetrem i powtarza: Piękny sweter, tylko pięć złotych, pięć złotych. Ten jeden używany sweter ma do sprzedania, nic więcej. Za pięć złotych. O Boże, jak zimno, a gdy widzę taką scenę jeszcze mi zimniej. Nie mam drobnych, jak rozmienię to kupię ten sweter, albo nie, dam tej kobiecie pięć, albo lepiej dziesięć złotych, żeby włożyła go na siebie i poszła do domu. Zbiorę się na odwagę i tak tę sprawę załatwię. Jeszcze totolotek, żeby nie zapomnieć. Po 10 minutach wracam tą samą drogą, ręce w rękawiczkach mam już zesztywniałe. Rozglądam się, kobiety nie ma. Odwagę mam, ale już nieprzydatną. Zmarzła pewnie, płaszczyk miała ledwo-ledwo, to i poszła ogrzać się do jakiegoś sklepu. Spokojnie, mówię sobie, świata i tak się nie da naprawić dziesięciozłotówką. Była kobieta i zniknęła. Trzeba już się orientować na dom. W domu czeka Szymborska i jej wiersze, jej poetyckie definicje paradoksów egzystencji. Muszę usiąść, poczytać i pomyśleć, skoro zdecydowałam się wziąć udział w poniedziałkowej audycji dla radiowej Jedynki. Na szczęście medialna burza pośmiertna już się uspokaja i będzie można normalnie mówić o poezji. Media zachowują się czasem jak gary z wrzątkiem! Ino para i bulgot! A do tego te banały i te smutne miny prezenterów, jakby odejście człowieka w późnym wieku, po spełnionym życiu, we śnie, bez wielkich cierpień, było niedobrą wiadomością. Jedna z telewizyjnych pań zakończyła swój występ słowami: „Dobranoc Pani Wisławo, dobranoc Państwu”! Subtelnie, nieprawdaż? Dobrze, że Szymborska nie dożyła własnej śmierci, bo bardzo by ją zdenerwowało, że wszyscy wszędzie w kółko o niej. Przecież wiadomo, że nie lubiła wrzawy. Próbowałam oglądać telewizję, ale program, jak zawsze w takich razach, okazjonalnie ułożony, dynamicznie zmienny, nieprzewidywalny. Na jednym kanale Zagajewski o poetce, na drugim Rusinek we wiadomościach, na trzecim ogon filmu, o jaka szkoda, tak chciałam go obejrzeć! Wieczorem gdzieś tam przypadkiem łapię stary program z lat 70-tych, archiwalne recytacje, i w tym czasie umyka mi ciekawy dokument, ech!.. Wszyscy razem, symultanicznie, a ty widzu bez spisu treści zgłębiaj teorię chaosu! Trafiam za to na krótką informację o śmierci profesora Szczeklika, wspaniałego lekarza-eseisty. A więc Szymborska zabrała ze sobą swojego doktora! O, tych dwoje będzie miało o czym rozmawiać w zaświatach. Para cudownych ludzi! Umieli być szczęśliwi za życia, trzeba o tym pamiętać, niech i po śmierci mają się dobrze.
Dziś znów minus dwadzieścia. Białe lodowe niebo nad miastem. Skończyłam pisać felieton do kwietniowego numeru Zwierciadła, gdy się ukaże, będzie już wiosna. Będzie wiosna. Będzie wiosna. „Jak te słówka dźwięczą”….
Użytkownik Anna Janko zaktualizował swój stan: 2012-02-05 11:06:38 · Wyświetl
Wyglądałam Pani słów. Wiedziałam,że bedą tymi, które chcę usłyszeć, które chcę przemyśleć. Warto było czekać, jak zwykle:)
”ta zima musi kiedyś minąć, zazieleni się, zakwitnie parę drzew. I stanie się tak, jak gbyby nigdy nic nie było, i stanie się tak, jak gdyby nigdy nic..”:), śpiewam czytając te słowa, na co moje dziecko ”mamo przestań śpiewać, że ta zima musi minąć, śpiewaj że mój król lew się musi znaleźć”. Co świat, to ważności. Czy to nie niezwykłe, że kwiecień naprawdę jest za trzema zakrętami i cichutko wchłonie całą tę lodową zawieruchę?
Gdy ukaże się kolejny numer Zwierciadła,będzie już wiosna i…moja wnusia będzie już na tym świecie.
Wiosna jest we mnie wpisana, albo ja w nią… Pozdrawiam cudowną kobietę wśród lodu…
Wpadłas na chwilę pięknym tekstem,dzień dobry,do widzenia. Anna Janko.Jak zwykle. Dobre i to,mogłoby i tego być,co kot napłakał.
Tak, tak, powtórzę się za Dhofem:) warto było czekać..
boję się myśleć o tym, co za oknem, minus 27 … pomyślę, o tym, co przeczytałam – tak ciepło
”Dobrze, że Szymborska nie dożyła własnej śmierci”. Uwielbiam Panią
Ooj.. budki z warzywami to istne błogosławieństwo w dobie jakości z hipermarketów. Ja mam takich budek kilka, w tym dwie ulubione. Czasami dostaję darmowe pomarańcze, by znów wrócić – tak się dba o stałych klientów. Cudownie niewymiarowe, różnokolorowe, psujące się z czasem warzywka i owoce wolne od genetycznych wspomagaczy. Co do Szymborskiej, wiele osiągnęła. Najwięcej chyba w dziedzinie po prostu bycia człowiekiem. Po jej śmierci nagle wszyscy czytają wiersze Szymbroskiej, każdemu zbiera się łezka w oku na myśl o jej śmierci, a minie tydzień i kolejny program dokumentalny o tej zacnej osobistości żadna telewizja nie zaplanuje na przyszłe 5 lat. Zamiast to jakoś godnie zrobić, powiedzieć o śmierci, która była przecież do przewidzenia, wspomnieć o tym, ile Szymborska po sobie pozostawiła i ją w końcu pozostawić w spokoju, to będą jakąś szopkę wystawiać. No ale cóż, społeczeństwu przyda się trochę uczuć przekazać. Niech wierzą, że to nie jest fikcja.
-
Dusza w lustrze
Wróciłam właśnie, zajrzałam do Zwierciadła, przeczytałam Wasze komentarze. Teraz mogę się przyznać do tego, że wiersz „Z wadą serca” napisałam w wieku siedemnastu lat. Wszystkie moje wiersze z pierwszego tomiku, to wiersze licealne (jednak nie pensjonarskie), pisane w trzeciej i czwartej klasie. Ukazały się drukiem, gdy byłam dziewiętnastolatką. Ten utwór, który wklejam poniżej – całkiem inny w tonie – też z tamtego czasu. Kochałam się wtedy w pewnym znakomitym aktorze, a on, okazało się któregoś dnia, odszedł od żony do młodziutkiej kochanki. Jego córka była w moim wieku wtenczas. Byłam niezwykle poruszona tą ówczesną „pudelkową”, „pomponikową” aferą i napisałam ten mściwy wierszyk, który zwieńczył dwuletni afekt… Po latach, nie tak dawno, spotkałam prywatnie tego aktora, na jakimś bankieciku. Był już dobrze po 70-tce. Powiedziałam mu (ze swobodą właściwą wiekowi średniemu…), że się kochałam w nim kiedyś, jako uczennica, że zasypiałam słuchając jego wspaniałych recytacji z płyty.. Okazał się nieużyty jakiś, bez poczucia humoru, coś tam bąknął i tyle tego było… O wierszu nie wspomniałam, oczywiście. A dziś ów „List z pogróżkami” jest czymś całkiem innym – pamiątką po moim niegdysiejszym, młodzieńczym widzeniu starości. Hm… Przeczucia mnie nie myliły, sprawdziłam na sobie to cudowne zjawisko: dusza się nie starzeje. W wewnętrznym lustrze nasze „ja” jest wciąż w tym samym wieku (bez wieku?).
LIST Z POGRÓŻKAMI
Będzie pan śmiesznym płonącym staruszkiem
Ciało mdłe a dusza jędrna
Siła – będzie się gotować w smętnych fałdach
Miłość – nie zgodzi się na wspomnienia
I będzie bez końca sprawdzać puste miejsca
Pan będzie wołał, wołał
A ludzie stwierdzą
że ręce – nie ręce
nogi – nie nogi
i pozostawią pana z lustrem
w którym odbija się tylko duszaCo się z pana wystarzeje
.
Użytkownik Anna Janko zaktualizował swój stan: 2012-01-31 19:54:23 · Wyświetl
Zdarzyło mi się czytać wiersze młodzieńcze, bądź też pisane przez poetów na początku twórczej drogi. Zdumiona byłam ich dojrzałością i gdybym nie wiedziała kiedy powstały, myślałabym, że pisał je poeta doświadczony. Wnioskuję z tego, nic zresztą odkrywczego, że prawdziwi poeci dojrzewają już w łonie matki i rodzą się z misją.
Wiersz świetny ,zupełnie do innego kontekstu mi pasuje.Co do misji nie byłabym tak romantyczna natomiast jestem przekonana,że każdy ma pisany sobie scenariusz życia a w nim zadanie.i niech biją we mnie naiwnością stwierdzenia,święcie w to wierzę.
Jak jasnowidzenie:)
Od kiedy wiara jest jasnowidzeniem?
Zabawa w zemstę. Terapia. Teraz więc wiemy, jak okrutny to był wiersz, bezlitosny.
A ze mnie wystarzało się takie coś, że w pewnych obszarach osobowości nie mam ciągłości, jakby wspomnienia dotyczyły innej osoby. Czasem też myślę, że natura nie przewidziała, że będziemy żyć dłużej niż 40 lat. Bo 40 lat to akurat tyle, aby doświadczyć i umrzeć w przekonaniu, że miłość jest jedyna i dozgonna, że „poglądów nie zmienia się jak rękawiczki” itp.
Ucieszyłam się na ”otwarcie szuflady”. Bardzo.
Młode osoby, które próbują pisać, chcą zobaczyć i tę licealną twórczość. Czytam ich wiersze, gdy chcą pokazać je ciut większemu gronu, robię małą wystawę w czytelni.
A propos wieku duszy. Może przez to, że jestem wśród młodych osób, wydaje mi się, że moja się nie starzeje w tempie równym kalendarzowi.
@Minuta: doświadczenia po 40 są może i bolesne, czasami takie na skraju przetrwania. Jednak podkreślam ostatnio często: życie kobiety zaczyna się po 50. Dostrzegasz to czego wcześniej nie widziałaś, nabierasz sił by znieść kolejną ”bitwę” o życie, o uczucia i zastanawiasz się: dlaczego ten rok jest cały czas na najwyższych tonach walki? Przecież był już taki 2010 …
W radio informacja o śmierci Wisławy SzymborskiejWiersze z szuflady mogą być bardzo interesujące… Uwielbiam poezję Anny Janko z lat 80-tych
Dziękuję , Iriszko, za dobre słowa. Cenię sobie własne 50+. Z natury jestem optymistką, a to o czym napisałam to raczej odkrycie tajemnicy natury i moje zdziwienie.
-
Z wadą serca
Wiersze Anki, te które ostatnio zamieszcza ona na swym blogu, przypomniały mi moje własne utwory sprzed wielu lat, naprawdę wielu, gdy samotność, ”ściany międzyludzkie”, wyalienowanie, brak miłości były dla mnie ”środowiskiem naturalnym”, zdecydowanie nieekologicznym… Pomyślałam, że kilka z nich przypomnę. Dziś pierwszy, krótki, bo zaraz biegnę na pociąg.
Z WADĄ SERCA
Ta miłość urodziła się z wadą serca
Nie zaniesie się po domu
śmiechem wzajemnym
płaczem wzajemnym
nie zagra na cztery ręce
a solo nie zechce
odmieni parę słów w pierwszej osobie
i odejdzie skulona
z sercem zaciśniętym w pięść
.
Użytkownik Anna Janko zaktualizował swój stan: 2012-01-27 06:59:39 · Wyświetl
Nieuleczalna ta wada serca i jakoś specjalistów lekarzy nie szkolą w leczeniu tej jednostki chorobowej. Cieszę się na otwarcie szuflady
I ja, bardzo.
jak się zalecza wady serca?
pomyślałam sobie ,że nasze mlodzieńcze milości prawie zawsze rodzą się z wadą serca.. Pięknie Pani napisała! Pozdrawiam serdecznie ,jak zawsze! B.
Młodość
Egzaltowana, egocentryczna, od której wszystko się zaczyna. Bożeż takie wiersze czytałam kiedyś z wypiekami twarzy, o miłości nieszczęśliwej, co to niedogadana i niespełniona. A potem tylko wystarczyło za mąż wyjść i dzieci urodzić. I samo przeszło:)
-
Kino KC! Nie KW, oczywiście… Przepraszam za liczne błędy interpunkcyjne, w cieniu nocy pisałam więc mnóstwo niedoróbek. Jednak nie chcę edytować powtórnie, bo się całość rozsypuje, wskakują ukośniki przy cudzysłowach i jest nowa robota. Serdecznie pozdrawiam skoro świt przed południem…
Użytkownik Anna Janko skomentował informację o aktywności: 2012-01-25 10:43:21 · Wyświetl
-
Świetny zły film Code Blue
Zaraz trzecia, a sen nie nadchodzi. Wstaję więc, mleko (owsiane) piję, w ciemne oko nieba nocnego popatruję. Mrozik się mały zrobił. Ulica pusta, świecąca od deszczu, co się zeszklił. W ostatnią niedzielę popędziłam w natchnieniu jakimś nagłym do kina, by obejrzeć „Code Blue” Urszuli Antoniak. Po jej pierwszym filmie („Nic osobistego”) miała ona wielki kredyt zaufania u mnie. W dawnym Domu Partii otwarto niedawno kino studyjne pod nazwą Kino K.W. Tam właśnie poszłam. Po marmurach się tam stąpa, a dokładnie zstępuje się do salki kinowej z małym ekranem, zwykłymi krzesłami konferencyjnymi zastawionej. Niewygodne siedzenia, a i film – katastrofalnie „niewygodny”. Najkrócej zdefiniowałabym go zdaniem: świetnie zrobiony zły film.
Idealni aktorzy, sterylna sceneria, temat – alienacja totalna. Ta alienacja, pokazana na szkiełku laboranta-reżysera, bez kontekstu, bez genealogii, też jest wyalienowana, wypreparowana. Po prostu ilustracja obrazem (prawie nie ma dialogów) jakie konsekwencje (i patologie) powstają z braku miłości (i z nieumiejętności kochania), z granicznej samotności. Film z elementami porno, z realistycznym gwałtem, nie ucinający kadru, idący kamerą dalej, niż zwykle. Film, a raczej teatr, o nieszczęściu bycia bez czułości na scenie życia. I tylko ów gwałt nie jest laboratoryjnie „czysty”, jest koszmarem, kryminalną sceną. On jeden jest żywy, „krwisty” (różowe pośladki…) , prawdziwy. Dwójka głównych bohaterów „korzysta” z tej sceny, jak z piekielnego afrodyzjaka, który daje napęd ich wspólnej-osobnej, również okrutnej, zimnej, przygodzie seksualnej. Na koniec obowiązkowo samobójstwo (spodziewałam się go już od połowy filmu) w kaflowanej łazience, zasuwką (?) wyrwaną z drzwi. W tle filmowej historii starcy z oddziału paliatywnego doglądani czule przez bohaterkę (która jest pielęgniarką), lecz oglądani w sposób naturalistyczny, nieczułym okiem kamery.
To był oczywiście film artystyczny, symboliczny, sztuczny sztucznością sztuki. Jak rzeźbiony nóż z jakiegoś Muzeum Psychologii Społecznej, sala patologii… Ten nóż zostaje wycelowany w pierś widza i zadaje mu wielki ból. Jednak ból ten odczuwa się jako niesprawiedliwy, bo kto niby winny jest tej tak zobrazowanej samotności i tej bezmiłości: świat? Bóg? Zachód ze swym dobrobytem, co ludzi dzieli, a nie łączy, może matki bohaterów, kiedyś dawno, gdzieś? Nie mam pojęcia. Gdybym miała 16 lat, to ten film wdrukowałby mi się w mózg i bym go miała za dyżurny koszmar przez całe życie, na chwile szczególnej słabości. Jestem jednak już uodporniona, „zaszczepiona”, więc tylko chciało mi się wymiotować i wyszłam jak najszybciej się dało. Czułam się zmanipulowana emocjonalnie. Według mnie takie filmy są niemoralne, jak niemoralna jest np. socjotechnika. Są też w pewnym sensie „łatwe”, bo się tam pokazuje okrucieństwo życia (co jest łatwiejsze do zrobienia w sztuce i działa na widza samo przez się, w przeciwieństwie do dobrostanu, który nudny jest i niefilmowy), pokazuje się je, wywiera się wielkie wrażenie (epatuje), ale się tego myślowo nie podbudowuje. Tak, zabrakło mi myślenia, odniesienia, mianownika, czegoś bardzo ważnego mi zabrakło. (Mądrości reżysera?)
Wyszłam zła, w sensie niedobra i w sensie wściekła. Myślę, że chciałam nawet uderzyć kogoś, kogokolwiek.
Już czwarta rano. Gdyby to było lato, ptaki by dawały na zapowiedzi, słońce by już wschodziło, kwiaty by się otwierały… Tymczasem noc czarna. Nie idźcie na ten film, kochani, idźcie na spacer, nawet jeśli mróz i zimno, a za ptaki tylko same wrony i kawki!.
Użytkownik Anna Janko zaktualizował swój stan: 2012-01-25 03:27:09 · Wyświetl
współczesny człowiek szuka mocnych wrażeń, złamie wszelkie zasady, konwenanse, przekrocczy wszystkie normy i standardy, aby pozostawić innych z niesmakiem, oburzeniem – grunt, żeby sie mówiło, pisało i miało dużo ” kliknięć” pod swoim nazwiskiem w wyszukiwarce google – oto miara sukcesu XXI wieku. Ja od dawna tęsknię za finezją X muzy – dla przeciwwagii ogromnie polecam oscarowe, nieme kino – film ”The Artist” – http://www.youtube.com/watch?v=zzNhyZlTNAg Pani Anno, pozdrawiam serdecznie.
Dziękuję za ostrzeżenie. Kocham kino ,ale chcę tam nabrać sił, a nie do końca je stracić. musiało to być dla Pani bardzo silne, przykre przeżycie.. a takich emocji niełatwo się pozbyć. Współczuję tych nieprzespanych nocy! Dobrego dnia zatem!
Słyszałam o tym filmie już wcześniej. Kusiło mnie samobiczowanie ale od lat nie oglądam podobnych filmów, dołują potwornie, uruchamiają u mnie fale pretensji i otwierają skalę porównań. Dlatego na zawsze zostanę wierna kolorom, które mnie wprawiają w cudowny nastrój, a najlepiej pójść Aleją Zakochanych, albo Białą Drogą Rozkoszy, do Jeziora Lśniących Wód mijając po drodze Lasek Duchów i Dolinę Fiołków. Ścieżka Brzóz doprowadza mnie w końcu do Zacisza Słowika i Lasu Szumiących Topoli, stamtąd już blisko do Raju. Spróbuję także owsiane mleko.
Ten sam film, a jakie inne odczucia tu i u T.J. Ja zdecydowanie nie szukam teraz pociemniania ciemnej strony świata. Wczoraj (a w zasadzie dzisiaj) o bezsenność przyprawił mnie stary reportaż, na kanwie którego Krauze zrobił ”dług”. Okropne prawdziwości. Życie jednak silniejsze, może dlatego, że rzeczywiście okrutniejsze niż śmierć? Tu silne w Leosiu, którego mało kręcą moje smutki, mleko musi być. Przytulak musi być. Wczoraj w bibliotece kupiłam ”Anię z Zielonego Wzgórza” po niemiecku – w ramach likwidacji starych zbiorów. 50 centów! Czy to nie cudne? Taka tania wejściówka do starych, dobrych czasów czekania na swojego Gilberta i grubej warstwy idealizmu z naiwnością, jaka dzieliła mnie wtedy od Tej Prawdziwości świata…Myślę, że i jeden (sterylna dosłowność, bezuczuciowość) jak i drugi (romantyczne, ciepłe i miękkie cudności) są kawałkiem tej samej Prawdziwej Rzeczy. Co komu lepiej w duszy gra, to mu się tam pewnie odbija mocniej. A teraz do życia, kuchnie trzeba odgruzować, pranie wstawić, na spacer wyjść, zakupy zrobić….Ogarnąć jakoś te swoje krótkie 5 minut.
Kino KC! Nie KW, oczywiście… Przepraszam za liczne błędy interpunkcyjne, w cieniu nocy pisałam więc mnóstwo niedoróbek. Jednak nie chcę edytować powtórnie, bo się całość rozsypuje, wskakują ukośniki przy cudzysłowach i jest nowa robota. Serdecznie pozdrawiam skoro świt przed południem…
Nie rozdziabia nas kruki ni wrony… Dziekuje za rade – obiecuje nie pójsc!
DziękujęPani Aniu za ostrzeżenie, żeby sobie jeszcze bardziej nie dokładać.. (miało być dopieprzać)
Męczy taki stan: wychodzę z filmu zła, czasem aż duszno, jakaś klaustrofobia, której nie odczuwam poza tym. Wierzę szczerze Pani, że tak właśnie TEN film na nas może działać. Choć pewnie kiedyś, w lepszej formie po niego sięgnę, sama nie wiem. Najbardziej poruszyło mnie zdanie:”Gdybym miała 16 lat..” – jakże trafnie oddające przeczucia! A tak poza filmem: po czasie witam w bezsenności TEJ właśnie, byłej już nocy.
-
Słowa na dziś
”Z ostatnim tchnieniem podziękuję losowi, że byłem człowiekiem, i iskra rozumu świeciła także w mojej mrocznej duszy. Widziałem ziemię, niebo, pory roku. Poznałem miłość, ułamki prawdy, żądze i rozczarowania. Żyłem na ziemi i powoli nabierałem wewnętrznej pogody. Pewnego dnia umrę; i to także jest cudownie zwyczajne i proste! Czy mogło zdarzyć się ze mną coś innego, lepszego, doskonalszego? Nie mogło. Przeżyłem coś największego i najwspanialszego, los człowieka. Nie mogło mi się przydarzyć nic innego i nic lepszego.” Sándor Márai ”Księga Ziół”
Wydobyłam ten fragment, bo mnie uwiodły zdania: Poznałem miłość, ułamki prawdy, żądze i rozczarowania. Żyłem na ziemi i powoli nabierałem wewnętrznej pogody.
Ja też nabieram wewnętrznej pogody, a słodkogorzki smak staje się moim ulubionym. Nie wiem jednak jak się będę czuła i jak się zachowam, gdy się zrobi ekstremalnie. Sándor Márai kupił pistolet i się zastrzelił, gdy już nie mógł wytrzymać życia. Nie wiem, czy był w stanie, czy chciał podziękować losowi w tamtej dramatycznej chwili. Ostatnie kartki jego Dziennika są najsmutniejszymi stronicami księgi ludzkości. Można znaleźć wytchnienie pisząc takie potoczyste zdania, jednak będzie to zawsze modlitwa o ”zgodę na świat”, a nie sama zgoda.
Jest taka szara, zimna, mokra, samotnicza pogoda dzisiaj, że tylko Sándor Márai mógł mi przyjść na myśl.
.
Użytkownik Anna Janko zaktualizował swój stan: 2012-01-21 12:22:58 · Wyświetl
Dziękuję Pani z głębi serca za ten cytat. I jak tu nie wierzyć,że wszystko dzieje sie po coś. Może właśnie pojawiłam się na tym blogu, by móc te słowa przeczytać. Upewnić się,że choćby nie wiem jak butnie to brzmialo- myslę podobnie, właściwie tak samo. Jakieś trzy lata temu dowiedziałam się,że połknęłam granat z odbezpieczonym zapłonem”. Czasem złowrogo syczy, czasem tyka, a czasem jest cichutko. Jednak taka wiedza przesterowuje myśli. Każe doceniać, wyolbrzymiać każde doświadczone dobro i chwilę obecną oglądać, jak najdroższy brylant.
P.S. Granat to ma chyba wyciągniętą zawleczkę:)
coś w tym jest, że z wiekiem ’nabieram wewnętrznej pogody,a słodko-gorzki smak staje się moim…’ lubianym, akceptowanym, bo ulubionym jest jednak to co właśnie czuję – szczęście
PS nie wiem dlaczego, ale portal loguje mnie raz jako ’rybcię’, bo taki wybrałam login, a czasami jako ’Barbara’ – tak mam na imię; nie mam na to wpływu – zarejestrowałam się tylko raz!
jak otworzyć włazy, wejścia, lufty … by nabrać wewnętrznej pogody … przed zatopieniem w nieistnieniu?
najchętniej podarowałabym Ci sporą część mojego samopoczucia, albo chociaż deczko – wystarczyłoby, żebyś nie musiała pytać – jak?…
Co za prozaiczne słowo – samopoczucie!
dotykam niemozliwego, już wiem co to transgresja,doświadczam transcendencji
Rzeczywistość…to nasza interpretacja tego co nas dotyka…On na ten desperacki czyn zdobyl sie majac 89 lat,po smierci zony(63 letni zwiazek) i adoptowanego syna….Jak dotarlam do tej informacji,udalo mi sie sama sobie troche ukoic ,po przeczytaniu wpisu….A nasze wlasne konce swiata sa od poczatku tylko nasze i z nami…a ,ze ich nie znamy?-Moze lepiej.WYSTARCZY JE PRZECZUWAC….
Pani anno, podczytuję Pani blog od dawna, ale dopiero teraz zalogowałam się/ zarejstrowałam, aby móc w tym słuchaniu bardziej Pani potowarzyszyć. Każdy Pani wpis zapada się we mnie mnie głęboko i przypomina w najdziwniejszych porach
Jest Pani tam, gdzie będzie każdy, ale niewielu z taką intensywnością i uwagą. Pozdrawiam serdeczenie i chucham w zaciśniętą pięść na szczęście
Każda z nas chce podarować Deczko_Odrobinę swojego_Dobrego samopoczucia_Uśmiechu_Współodczuwania Tobie
Trafnie ujęła to @Katarzyna: ”Jest Pani tam, gdzie będzie każdy, ale niewielu z taką intensywnością i uwagą.” Piszesz nie tylko dla nas, piszesz i dla siebie. Przytulam ciepło.Ładne do Sandora. Też tak chyba to czuję. To przywilej urodzić się człowiekiem. Czym jest prawdziwa zgoda na świat? Czy trwa ona dłużej niż chwila?, by potem znów zrobić miejsca wątpliwości. Przyjmować wszystko co przychodzi, nie zatrzymywać dla siebie, przekładać z ręki do ręki i pozwalać odejść. Ból pojawia się wtedy, kiedy chcemy coś zatrzymać. Rzeka życia przez nas płynie, przynosi piękne i trudne. Dla Rzeki to wszystko jedno, czy to kwiat czy śmierdząca ryba w niej płynie. Kiedy próbujemy coś zatrzymać, albo nie chcemy czegoś przyjąć, tworzy się coś jak tama, zator i woda nie płynie wartko. Czasem nawet robi się stęchła. Trudne to bardzo, ale innej drogi chyba nie ma. Szanuję bardzo tych, którzy sami wybrali swój koniec, sama chciałabym dotrwać do końca słodko-gorzkiego, bo na końcu, wierzę w to, na końcu tej goryczy jest największa słodkość tego świata. Do skosztowania tylko wtedy, kiedy się czas dopełni. Inaczej zostaje gorzki smak. Nawet jeśli to tylko moja projekcyjna naiwność – ważne że działa…
Czym byłaby słodycz, bez smaku goryczy? Mdłym smakiem. Serdeczności z podziękowaniem za słowa, którymi opisuje Pani codzienność…
poznajemy ułamki PRAWDY.. sama mądrość!
Dobrego dnia! B.
Przesyłam obraz zamarzniętego jeziora- na razie tylko troszkę, tylko po wierzchu. Lśni się i błyszczy. Pod powłoką kruchego lodu pulsuje woda. Zaraz zrobi się ekstremalnie – 20 stopni ma być u nas. Temperatura zetnie wszelkie ciepło, ściśnie oddech i będzie takie zawieszenie pomiędzy końcem a początkiem. A potem ? Potem przychodzi marzec i lody powoli spływają. Grzeje słonko i już nie jest strasznie. Życzę Pani tej chwili
-
Westchnienie wieczorem
Pamięta się takie drobiazgi z różnych czasów. Włosy Joli J. w rudawe cętki, w słońcu na plaży, Jola zginęła zaraz po maturze. Matkę Boską Fatimską z gipsu, zawiniętą w ciemny podkoszulek – Jagoda pokazała mi ją w tajemnicy w wagonie sypialnym, gdy latem w 1990 jechałyśmy do Sopotu, do bioenergoterapeuty. Odwijała zawiniątko jak przemycane podczas wojny niemowlę. Była na wojnie, o życie, przegrała pół roku później. Odwijała tę figurkę i była zażenowana swoją nagłą wiarą… Cienie pod jasnymi oczami Eli, wesołej, dzielnej Eli, co przeżyła najtrudniejsze etapy życia, a umarła, gdy już wszystko było dobrze. Pamięta się uśmiechy, gesty, spojrzenia, bicie czyjegoś serca 20 lat temu, i znów teraz niedawno. I nagłą pustkę we własnym sercu, gdy właśnie otrzymaliśmy policzek od kogoś bliskiego, taką pustkę jak po końcu świata. Mam teraz w głowie wszystkie czasy naraz, mam piętnaście lat, dwadzieścia, trzydzieści, pięćdziesiąt i – sto. Nie wiem co będzie, ale sie uczę: nie bać, nie odczuwać żalu, nie tęsknić za tym, co się nie wydarzy. No i coś pisać, wbrew nastrojom. Gdzie sprzedają nadzieję? Może w sklepie malarskim?
Użytkownik Anna Janko zaktualizował swój stan: 2012-01-20 21:30:02 · Wyświetl
Wlaśnie dostałam przesyłkę świeżej nadziei, w tym świecie wszelkiego błahego nadmiaru, chyba jednak spod lady. Taka mocna, zielona, soczysta, pełna życia. Posyłam, niech się rozmnoży:)
Nie bać się,łatwo powiedzieć.Strach przeziera przez ”cienką bibułkę naszych radosnych dni…
…ale trzeba myśleć-będzie dobrze.Życze,by tak było!
Chyba jednak tak się nie da ,by nie tęsknić ,żalu nie odczuwać i przestać się bać.. Z tym już pewnie zostaniemy wszyscy. Ale niech te emocje przenikają się z pięknymi ,które dodają sił na dalsze życie. Serdecznie Pani i sobie i nam tu wszystkim tego życzę! Pozdrawiam ciepło i nocy dobrze przespanej życzę! B.
Wstrząsający wpis, naprawdę. Mam wrażenie, że nadzieję bądź przynajmniej chwilowe szczęście daje przebywanie z małymi dziećmi. Takimi 2-4 latkami, jeszcze wciąż radosnymi, ciekawymi, bezpretensjonalnymi. Albo tymi ciut starszymi, co już zadają pytania, a jeszcze się nie dąsają na chwile oderwania ich od komputera. Życzę zdrowia, jak tylko wróci słońce nastroje się poprawią
Wzdycham z Tobą.Wzdychanie jest odprężające.
Ja nie umiem ”nie bać, nie odczuwać żalu, nie tęsknić za tym, co się nie wydarzy”. Mam bardzo ważną (kolejną) chwilę w życiu Walczenia o to co_Najważniejsze. Strach, ból i tęsknota są mi do potrzebne … Wzdycham z Tobą, podobnie jak Anka
Bardzo to pesymistyczne, aż boję się bać.
Mój lekarz mówi, że nadzieję można tylko w sobie znaleźć. A raczej ją, mówiąc brzydko, aktywizować, czyli po naszemu, obudzić.Co łatwe nie jest, szczególnie, kiedy się nagle rzeczywistość nam odkleja. Mi pomógł, tez za radą tego samego lekarza, rzeczywiście sklep malarski, a dokładnie pastele. Codziennie miałam za zadanie malować niebo, które widzę z okna. Dzień w dzień to samo niebo. Całkowicie inne niebo. I tak dzień pod niu znów się rzeczywistość powoli przyklejała… Na jak długo? Pewnie tak długo jak trzeba..Wierzę, że żyjemy tak długo, aż zbierzemy to wszystko, co jest nam potrzebne do wejścia na Następny Poziom. Ani dnia krócej, ani dłużej. Strach przed śmiercią jest chyba bardzo zdrowy, gdybyśmy się jej nie bali, może nie byłoby w nas tego dzikiego pędu do życia, a tym samym do zbierania tego wszystkiego co jest nam tak potrzebne po Tamtej Stronie. Kiedy byłam w ostatniej ciąży, miałam sen, że jestem właśnie tym dzieckiem w brzuchu. Ze czekam i się boje. Ze ma się wydarzyć coś bardzo nieznanego i bardzo trudnego. I ze nie wiadomo jak będzie. I miałam przeszywające poczucie, że muszę dobrze przeżyć swoje życie, inaczej będę musiała znów znaleźć sie w tej ciasnej, ciemnej i mokrej jamce. A potem się urodzić. Nic trudniejszego niż narodziny nie istnieje w światach i zaświatach. Taki to był sen….
ps. i proszę pisać i pisać. I dzielić się tym słowem.Im bardziej życie dzielone, tym jakby go więcej…
-
O, szkoda, że zepsułam… To z zaskoczenia. No i nie mogłam znaleźć wstępnych informacji o warunkach konkursu. Na drugi raz będę cicho. A foto nie moje. Nigdy nie byłam w tym pięknym miejscu. Pozdrawiam ciepło.
Użytkownik Anna Janko skomentował informację o aktywności: 2012-01-15 17:19:17 · Wyświetl
-
Anko, to chyba wszystko moje… Z trzech różnych czasów i źródeł fragmenty. To co? Wygrałam telewizor?
Użytkownik Anna Janko skomentował informację o aktywności: 2012-01-15 10:28:10 · Wyświetl
-
Kartka z dziennika
Spadł śnieg wczoraj i posprzątał miasto, to znaczy ukrył pod sobą śmieci i gnijące trawy. Od rana czytam dziennik Iwaszkiewicza. Taki luz! Książki oddane, felieton wysłany, więc ta niedziela pomiędzy biegnącymi tygodniami, jak przerwa w życiorysie. Taki luz, że sobie czytam jak gdyby nigdy nic. Jak w dawnych czasach, gdy przez całe dnie smakowałam pisarskie całożyciowe autozapiski, dowiadując się (jak odczuwają życie i świat inni autorzy) i dowartościowując (własne życie i widzenie świata). Dawniej robiłam tak z beztroski. Dziś, bo troski umiem upychać pod spód pamięci. Leżą tam przykryte i czekają na roztopy…
Przyszła wczoraj przesyłka z Rity Baum, nowy numer (tak ciekawy, że go chyba od deski do deski przeczytam. Temat- dziecko. Strona graficzna – odlotowa, przeszli sami siebie!) i nowe książki: tomik 25-letniej autorki Sandry Szczepańskiej i opowiadania Wiedemanna. Zajrzałam wieczorem do jednego i drugiego. Dziewczyna ma duży talent, ale jeszcze nie ma siebie. Wyobraźnią łamie język wzdłuż i w poprzek, jak lodołamacz, na całej trasie. Lingwizuje na maksa. Specjalnie użyłam tego określenia, by się dało odczuć młodzieżowatość takiego pisania, popularnego w tym (każdym nowym?) pokoleniu. Mnóstwo młodych tak pisze. Niektórzy jednak z większą czułością albo pasją. To jest dobre na początek – zrobić twórczy bałagan w narzędziowni. A co potem? Trzeba czekać.
U Wiedemanna trafiłam na relację z zagranicznych występów, z autentycznymi nazwiskami i miejscami podróży. Dla mnie nudnawe, bo oczywiste – z tymi samymi autorami w podobnych miejscach i sytuacjach bywałam wiele razy. Ten sam poeta Oluś także samo rzuca kurwami, ta sama poetka epatująca kapeluszami z tym samym prozaikiem w garniturze… Nawet wymienionego Filipa Z. pamiętam z czasów, gdy był jeszcze małą dziewczynką! Co kto gadał, co mu odrzekli, ile spał, pił, dokąd chodził, taki tam reportaż za drewniane dwa złote. W życiu by mi nie przyszło do głowy, żeby coś takiego drukiem ogłaszać na żywca. Szczyt autorskiego lenistwa. Może inne teksty będą bardziej egzotyczne.
Powinnam na spacer. Powinnam ten śnieg pomacać. Skoro spadł i leży. Na tym zimnie leży bez opieki żadnej, bo niedziela. Niedziela Dozorcy, czyli Nieodśnieżanie i Niesolenie. A nawet prawie Niedeptanie. Ma szansę śnieg zachować formę do jutra. Jutro poniedziałek. W poniedziałek będą roztopy i troski wyjdą na wierzch. Wytną mi troskę i będę czekać na wyniki hist-pat. Lekarz rzucił nazwę (w piątek trzynastego), a ja sprawdziłam w Złotoustym Internecie. A to niespodzianka.
Więcej śniegu. Potrzebuję więcej śniegu.
.
Użytkownik Anna Janko zaktualizował swój stan: 2012-01-15 10:14:25 · Wyświetl
Słowo ”śnieg” przewija się w każdym prawie wpisie. A może ”potrzeba śniegu” jest jakimś jeszcze nieopisanym zjawiskiem, pojęciem psychologicznym? Powtórzę swoje słowa: Śnieg – radość, dużo śniegu – w sercu gorące uczucia, zima – marzenia o gorącym lecie. Cała paleta uczuć z tym śniegiem związana. Życzę Ci dużo śniegu
z zimnych krajów lada moment przylecą bałwany
Te nasze zrebeliowane powłoki… Śniegu naszego powszedniego daj Ci Panie. I sił wiele na kolejne spotkania z Magami od Powłoki (zablokowala mi sie na klawiaturze literka od iala, ytryny, ykady, zerwonego, ta miedzy b i d:).
Mam nadzieję, że hist-pat, to nic poważnego i snieg nie bedzie potrzebny.
Są i tacy poeci, którzy nawet wiersze piszą męską prozą. A u Pani – odwrotnie
. Niby proza, a poezja. Życzę dużych zasobów zdrowia…Poprzednie notki sprawiły, że wczoraj przyniosłam takie oto zdobycze biblioteczne: Notatnik 65-72, 73-79. Również Poezje Zebrane Anny Kamieńskiej. Oraz tak zwana wisienka na torcie: Świetlisty Cudzoziemiec. W księgarniach nie ma, a w bibliotece owszem, był!!! Dziękuję za notki o Annie Kamieńskiej.
-
\"Święta kobieta\"
Wspominając innych zawsze wspominamy siebie, to nieuniknione. Myśląc o Annie Kamieńskiej widzę także siebie w różnych okresach życia, gdy nasze drogi się przecinały. Miałam 13-14 lat, gdy poznałam ją w Kołobrzegu, w domu moich rodziców. Miałam 17, gdy odkryła przede mną tajemnicę swej szafy pełnej lalek w przedpokoju warszawskiego mieszkania na Joteyki. Miałam 2o lat, gdy wymieniłyśmy ważne listy na temat śmierci, granic życia i literatury. 25, gdy spotykałyśmy się w Warszawie i rozmawiałyśmy o mojej pracy magisterskiej, którą pisałam na temat właśnie jej poezji. Miałam 29 lat i właśnie urodziłam córkę, gdy ona umarła; nie mogłam pojechać na nasze ostatnie spotkanie. Tak więc poprzez spotkania z nią wspominam siebie samą i etapy własnej młodości. Jaka mi się zdawała, gdy byłam młoda? Spokojna, poważna, nawet zasadnicza, smutna, bardzo samotna. Mieszkała wtedy sama, mąż, poeta Jan Śpiewak, nie żył, synowie dorośli, wiedli swoje życie. Ona zajmowała się pisarstwem i wspominaniem, otoczona księgami i duchami zmarłych. Tak to wtedy widziałam. Gdy się kończy czas bycia w rodzinie, (ów etap, gdy Dom jest samonapędzjącą się maszyną, która automatycznie wytwarza sens istnienia), trzeba wielkiego wysiłku, by powstrzymać następujący potem rozpad, dezintegrację, entropię, jakkolwiek nazwać ten stan po. To jest jeden z ważnych końców świata, których przydarza się nam w życiu zwykle kilka. Dla kobiety to przejście bywa bardzo trudne. Dla wdowy, samotnej matki, niezwykle wrażliwej na przemijanie poetki – było prawdopodobnie szczególnie bolesne. Poznałam Kamieńską właśnie wtedy, podczas końca świata. Oczywiście nie zdawałam sobie z tego sprawy. I chyba jej synowie także nie w pełni domyślali się, jak mroczna jest dusza ich matki. Dopiero później, gdy zaczęłam czytać jej wiersze i zapiski wydane w „Notatniku”, poznawałam stopniowo jej wewnętrzny krajobraz. Wstrząsnęła mną lektura „Białego rękopisu”, byłam bardzo młoda i po raz pierwszy dogłębnie poczułam czym jest owa rządząca ludzkim światem para królewska: Miłość i Śmierć. Poezja jako źródło poznania – można by rzec, że taka epistemologia sprawdziła się na mnie znakomicie i niezwykle boleśnie, tamta lektura była dla mnie takim dramatem, że do dziś nie sięgam po ten tomik.
W „Notatniku” jest pewne zdanie, które przytoczył ksiądz Jan Twardowski w swoim wspomnieniu o przyjaźni z poetką: „Już 10 lat tak chodzimy wśród grobów – pisze Kamieńska pod koniec lat 70-tych – Ksiądz Jan przyniósł na grób Janka pęk bzu. Zdziwiłam się, że jeszcze istnieje bez. My idziemy, odchodzimy, a kwiaty zostają takie same i noszą takie same imiona”. A więc czas końca świata dla Anny, to był bardzo długi czas. Wstawała co rano i szła do cierpienia jak do pracy. Była pracowita, napisała wiele książek i cierpiała wiele. I także potrafiła współodczuwać z innymi tak intensywnie, jak niewielu potrafi. Była czuła, mądra, pracowita, smutna. Ksiądz Twardowski powiedział o niej: święta kobieta, i nie miał tu na myśli jedynie jej nawrócenia.
Przeszłość jest dynamiczna i zależy od bieżących wydarzeń, stwarza się wciąż na nowo wraz z dalszym biegiem czasu. Bardzo bym chciała, aby w tym moim wspomnieniu nastąpiły jakieś korekty. By się okazało na przykład, że Anna bywała wesoła, lekkomyślna, zapominalska, roztrzepana. Chciałabym tego tylko po to, by pojawiła się jakaś przeciwwaga, i by świat wydawał się choć przez chwilę sprawiedliwy…
.
Użytkownik Anna Janko zaktualizował swój stan: 2012-01-12 08:17:54 · Wyświetl
Jak zawsze podziwiam twój styl pisania.To już fakt.Piękne,wzruszające wspomnienie.tylko ty tutaj jesteś mistrzynią widzenia rzeczy u źródła.
Gdy się pędzi resztkami cierpliwości rodzinnym pociągiem, trudno uwierzyć, że koniec podróży tak gorzko smakuje. Tymczasem wszystko się diametralne zmienia. Właśnie, dla kobiet bardzo boleśnie. Kiedyś były we mnie różne uczucia, złość, nadzieja, miłość, jak dzikie wino, czułość, przytulanie. Teraz, kiedy wagoniki zmieniły składy, każdy pognał we własnym kierunku, to wewnątrz pozostały puste przedziały, nawet konduktor nie pyta o bilet. Teraz, choćbym nie wiem co przedsięwzięła i miała jakiekolwiek plany, a potem nawet sukcesy, nic nie smakuje tak słodko jak dawne rany. Trudno odnaleźć sens w czymkolwiek, bo to, co było skałą rozpada się po kawałku i znika.
Ks.Jan Twardowski pisał:”Człowiek umiera dwa razy.Raz,kiedy umiera naturalnie,a drugi raz kiedy umierają jego przyjaciele.Ale są takie chwile,że nagle ożywa o nich pamięć”. ..Dziękuję Pani za ten piękny wpis .
Hmm.., nigdy nie myślałam o ty w ten sposób, że może być to tak ciężkie. Tym bardziej chyle czoła przed naszymi matkami, babkami, które przeżyły swój koniec świata bez słowa skargi…
Zaczęłam czytać”Biały rękopis”i wiersz [TO TYLKO TRAGEDIA GEOMETRII] mną wstrząsnął. Jak niewielu słów potrzeba,żeby wyrazić wszystko! P.Anno dzięki za wspaniły wykład o A.Kamieńskiej,który zachęcił mnie do czytania ”Jaśności w środku nocy”.
dziękuję i ja za to oświecenie nocne. Ja, która jeszcze przeżywam koniec świata własnego życia i stapianie się z tą samonapędzającą maszyną zwaną rodziną. Pokornie nieść swoje życie, wielka sztuka….
Bezcenne są takie drogowskazy ,pozwalające ocalić od zapomnienia.. Dziękuję Pani! Serdecznie pozdrawiam! B.
-
Poetka zapomniana
Anna Kamieńska. Poetka zapomniana. Umarła, gdy na świat przyszła moja córka, w 1986 roku. Przyjaźniła się z ks. Janem Twardowskim i z moimi rodzicami. Spotykałam ją od dzieciństwa, a potem o niej właśnie napisałam pracę magisterską. Nagle przypomniałam sobie jej postać, jej głos… Jutro napiszę o niej więcej. Dziś niech zabrzmi jej wiersz. Pamiętacie ją? Czytywaliście jej poezję w dawniejszych, bardziej poetyckich czasach?
Śmieszne
Jak to jest być człowiekiem
spytał ptak
Sama nie wiem
Być więźniem swojej skóry
a sięgać nieskończoności
być jeńcem drobiny czasu
a dotykać wieczności
być beznadziejnie niepewnym
i szaleńcem nadziei
być igłą szronu
i garścią upału
wdychać powietrze
dusić się bez słowa
płonąć
i gniazdo mieć z popiołu
jeść chleb
lecz głodem się nasycać
umierać bez miłości
a kochać przez śmierć
To śmieszne odrzekł ptak
wzlatując w przestrzeń lekkoAnna Kamieńska
.
Użytkownik Anna Janko zaktualizował swój stan: 2012-01-10 19:17:53 · Wyświetl
Z niecierpliwością będę czekała na wpis o pani Annie Kamieńskiej.Jej twórczością zainteresowałam się przy okazji fascynacji życiem i twórczością ”księdza od biedronek”.
to ciągle zdumiewające,że słowa mogą nieść ze sobą takie emocje,
że pod jednymi mamy ochotę się podpisać,niemal uklęknąć,
a inne wywołują bunt,opur, niezgodę…*opór!!!
Ja trochę podczytywałam Panią Annę K. I wiersz, który Pani, Pani Aniu tutaj przyniosła niedawno dała mi moja Przyjaciółka poczytać.. Ściągnęła ze ściany oprawiony w ramce.. I taki lekko zakurzony właśnie czytałam. Dziękuję, że Pani Aniu J. przypomina o istnieniu Pani Ani K.
Anna Kamieńska – nie pamiętam, nie znam – z chęcią dogonię peleton znawczyń tematu
A ja właśnie zaczęłam czytać biografię księdza Twardowskiego,, Ksiądz paradoks”. W książce są zdjęcia pięknych kartek pocztowych poety do Anny Kamieńskiej.No właśnie, dlaczego zapomniana?
Kiedyś to recytowałam. Piękne, dziękuje za przypomnienie:)
No tak,teraz wiemy- P.Anna J. już jako dziecię wzrastała w kręgu poezji.Jak dobrze,że mamy dziś mądrą,wrażliwą Poetkę.
Piękny, na każdą porę życia, dla mnie w tej chwili bardzo aktualny.
Pracowałam na ”Twarzach Księgi” , analizując fragmenty Biblii.Szczególnie kohelet inspirował. Mnie znam jej wiersze,więcej eseje.
-
DZIEWCZYNKA Z POCIĄGU
Jadę pociągiem, czytam jakąś nieważną książkę. Przyglądam się też, od czasu do czasu, tłustej łapce śpiącej dziewczynki; mała rączka zwieszona z fotela lekko się kołysze. Jest to rączka, jaką miewają putta w kościołach.
Dziewczynka, zanim zasnęła, przyglądała mi się ciemnymi oczami. W jej spojrzeniu była nadspodziewana powaga i dojrzałość. Nic z dziecięcej nieokreśloności. Żadne „to”, żadne „ono”, które dopiero będzie się stawać kimś.
Podobno dzieci, w ogóle ludzie, w procesie swego rozwoju nie tyle przyjmują nową wiedzę, ile przypominają sobie tę , którą posiadają sprzed narodzin. Tak twierdził Platon i to samo powtarzają niektórzy uczeni. Wszystko ma być zapisane w genetycznej księdze człowieka, a człowiek w procesie ewolucji „przeczytał” też księgi zwierząt, roślin, skał, wody, ognia i – samego Boga.
Może się zdarzyć, że nie do końca owa wszechwiedza istnienia sprzed narodzin zatraci się w dziecku, które przychodzi na świat.
Pociąg właśnie minął Iławę i wesołe jasne domy nad niewielkim jeziorkiem. Domy wesołe, a jeziorko na ziemi – jak martwe, pod bezimiennym, niejasnym blaskiem. A na jeziorku dwa łabędzie, nieruchome, jakby przepływały z jednego miejsca do tego samego miejsca… Jest to tak szczególne, że pociąg zamarł jakby na chwilę, niczym przed tajemniczym obrazem, gdzie spod cienkiego jak bibułka czasu prześwieca wieczność.
Jadę dalej: pojawiło się łagodne wzgórze, niby na następnej stronicy książki, biegną tam chłopcy za piłką, po nagiej ziemi biegną, szarej, spopielałej w tę zimę bezśnieżną.
Przeniosłam spojrzenie na dziewczynkę, śpiącą naprzeciw mnie. Rączka małej drgnęła i odwróciła się dłonią do góry. Przypomniałam sobie, że jako dziecko, w przedszkolu, nigdy nie zasypiałam po obiedzie. Inne dzieci zapadały w sen na swoich łóżeczkach, zatrzymywały się w istnieniu na nieprzytomną godzinę, a ja jedna w pełni żywa, władczyni rzeczywistości, przechadzałam się pomiędzy nimi, słuchałam ich oddechów, pod nieobecność wychowawczyni. Patrzyłam w otwarte buzie, oglądałam ręce zwieszające się z łóżek. Bawiłam się ich bezwładnymi palcami. Odginałam je delikatnie, a one wracały do lekko zgiętej pozycji. Półotwarte piąstki kryły czasem jakąś tajemnicę, na przykład rysik kredki czy lepki cukierek…
Dziś oczywiście nie wiem, co się stało z tamtymi dziećmi. Które z nich żyją, a które już umarły, czy są szczęśliwe czy nie? Patrzę na moją dziewczynkę z pociągu, która wyrośnie może na kogoś prawdziwego, kogoś kto nie zapomni skąd się wziął na świecie…
.
Użytkownik Anna Janko zaktualizował swój stan: 2012-01-04 08:46:40 · Wyświetl
Jestesmy wspaniala maszyna, super konstrukcja – jak skomplikowana pokazuja choroby…. Ale gdyby wszystko to, czym jestesmy bylo zakodowane, to nie byloby miejsca na tak zwana wolna wole… Epigenetyka – to nauka zajmujaca sie tym, jak srodowisko i przezycia wplywaja na odczytywanie kodu genetycznego (ksztaltowanie charakteru…???). Epigenetyka jest na razie w pieluszkach, troche skrobie po powierzchni, ale nawet z tego skrobania widac, ze cos w tym jest. Ja tez nie moglam sypiac w przeszkolu podczas lezakowania (teraz chcialabym te wszystkie niewykorzystane godziny lezakowania dostac z powrotem). Wygladalam wtedy przez okno. Przez witryne.
Pięknie opisane zjawisko codzienności. Jak to się warto tak czasami zadumać. Popatrzeć na ludzi, na kwiaty, szare niebo i pomyśleć, dlaczego to tak wygląda i co z tego wynika. W taki sposób zwyczajny na pozór świat jawi się jako coś niezwykłego, mistycznego. Tak możemy nauczyć się dostrzegać więcej, żyć namiętniej, oddychać głębiej, w końcu pozostawić po sobie więcej.
chwila w pociągu i przeszłość w tej chwili … tak przyjemnie czyta się Pani opisywanie świata, które jakby mimo wszystkiemu … jakby ”ktoś zatrzymał wreszcie świat” i można było wysiąść … albo właśnie wsiąść do pociągu
) Znajoma trasa, ale jakże ciekawe spojrzenie na okoliczności za oknem (ach, IŁawa !) i wewnątrz przedziału- nadal czuję się podróżującą dziewczynką, odkrywam z mozołem TĘ wiedzę sprzed narodzin. Motyw krążenia wśród śpiących przypomina mi Pani notkę o zamarłym mieście i moje marzenia z dzieciństwa.
Ciekawe te podróże – trasa do Wrocka i Trójmiasta znajoma, ale przefiltrowana przez Pani odbiór dodaje smaku, chęci powtórzenia. Pozdrawiam z Nowym Rokiem! Niecierpliwie wypatruję KSIĄŻKI!!!
bardzo się wzruszyłam… Dziękuję!*
Poezja pisana prozą,a może proza poezją…
-
Nic nie szkodzi, benko, kiedy płonęła karteczka myślałam o Tobie i Ance, i jeszcze kilku Zwierciadlankach, co mają teraz zły czas; spaliłam i wasze problemy.
Użytkownik Anna Janko skomentował informację o aktywności: 2012-01-01 09:08:14 · Wyświetl
- Wczytaj więcej