Podobno prawdziwych gwiazd filmowych już nie ma, bo ostatnie pokolenie tych zasługujących na miano ikony debiutowało w latach 90. A Zendaya? To właśnie o niej mówi się, że jest miłym wyjątkiem od krzepiącej zmiany reguł.
Artykuł pochodzi z magazynu „Zwierciadło” 07/2026.
Ma być Julią Roberts pokolenia Z. Albo nową Sandrą Bullock. Charyzmatyczna, ale przy okazji ujmująco naturalna. Sławna, ale dostępna. Bez wad, bez pretensji, za to ambitna i pracowita, czego dowodzą kolejne role, które wybiera, coraz odważniej skręcając w kierunku dojrzałych, zniuansowanych postaci, wymagających warsztatu aktorskiego i inteligencji emocjonalnej.
Złośliwi twierdzą, że Zendaya nie gra – ot, dostaje role, które są naturalnym przedłużeniem jej prawdziwej osobowości, więc na planie jest w najlepszym wypadku którąś z wersji siebie, zaktualizowaną o kilka dodatkowych min. To nieprawda.
Wystarczy uważnie prześledzić jej portfolio, by zauważyć, że MJ, bystra, zadziorna dziewczyna Spider-Mana, nijak się ma do Rue z „Euforii”, nastolatki pogubionej w żałobie, nałogu i relacjach. A walecznej, dumnej Chani z „Diuny” nie łączy zbyt wiele z cyniczną i wyrachowaną Tashi, tenisistką, którą zagrała w filmie „Challengers”.
(Fot. Michael Buckner/Variety via Getty Images)
Do tego ta dziewczyna jest wszechstronnie kompetentna, bo gra, tańczy i śpiewa, a to jest święta trójca umiejętności performerskich, które kiedyś mocno podbijały branżowe notowania aktorek i aktorów. Bo można taką zatrudnić w dramacie i zaangażować do musicalu. Zendaya dysponuje też kapitałem, szczególnie docenianym w czasach monopolu platform streamingowych. Frekwencja w kinach spada, a wielkie nazwiska, które kiedyś przyciągały publiczność jak magnes, dziś nie są już gwarantem sukcesu – nawet Leonardo DiCaprio zdaje się tracić dawne moce, patrz: porażka finansowa filmu „Jedna bitwa po drugiej” (co smuci podwójnie, bo to znakomite kino).
Zendaya wydaje się jedną z nielicznych gwiazd zdolnych pomnażać zyski. I to nawet gdy gra w takim filmie jak „Drama” – tak ekscentrycznym, że do końca nie wiadomo, czy powiedzie mu się komercyjnie. Powiodło. Na marginesie: to jedna z pięciu dużych, głośnych produkcji z udziałem aktorki, które już ukazały się bądź dopiero ukażą w 2026 roku. Do tego: trzeci sezon „Euforii”, trzecia część „Diuny”, „Spider-Man: Całkiem nowy dzień”, czyli kolejna odsłona ekranizacji popularnej superbohaterskiej franczyzy, i „Odyseja”, obsadzona pierwszoligowymi nazwiskami rekonstrukcja wojny o Troję w reżyserii Christophera Nolana. To zdecydowanie jest jej rok.
Coraz łatwiej zbijać argumenty tych, którzy zżymają się, że żadna z niej wyczynowa aktorka. A co z tymi, którzy twierdzą, że gwiazda „Euforii” jest podejrzanie uprzejma? „Ze względu na jej wypełniony po brzegi kalendarz nasz wywiad telefoniczny przesunięto o kilka dobrych godzin i ostatecznie odbył się późnym wieczorem. Ale było warto na nią czekać” – opowiadał dziennikarz Chris Murphy w podcaście „Little Gold Men”.
Murphy rozmawiał z Zendayą na potrzeby materiału, który ukazał się w „Hollywood Issue”, corocznym wydaniu magazynu „Vanity Fair”, w którym prezentowane są najważniejsze postaci przemysłu filmowego i telewizyjnego.
„Zendaya jest niezwykle czarująca. Słychać, że odbyła trening medialny, ale szczęśliwie jej nie usztywnił, rozmawia się z nią z lekkością, nie stawia sztucznych przeszkód. Wróciliśmy do jej przeszłości w produkcjach Disneya, rozmawialiśmy o pierwszym wspólnym castingu z Tomem Hollandem i dlaczego lubi z nim grać, mówiliśmy o »Euforii«. Gadało nam się tak dobrze, że przedłużyła wywiad o nadprogramowych 20 minut”.
Mówią o niej, że jest poukładana i miła. Czytaj: według hollywoodzkich miar grzeczna i nudna. Albo że to, co jest często czytane jako przejaw wrodzonego taktu, jest sprytnym zagraniem taktycznym.
„Jej karierę aktorską z czasem coraz bardziej określa hiperświadomość mechanizmów rządzących Hollywoodem – zwłaszcza tego, jak w ramach tego systemu kastowego funkcjonują czarne aktorki. Postrzegamy ją przez pryzmat profesjonalizmu. Podczas promocji filmów zachowuje się z gracją. Z pewnym rodzajem figlarnego wdzięku unika plotek, ostatnio dotyczących tego, czy potajemnie poślubiła Toma Hollanda, swojego partnera i współgwiazdora z filmu »Spider-Man«. Na ekranie rzadko ma się wrażenie, że gra z pełną, wyzwoloną radością wynikającą z jej siły, raczej realizuje złożoną strategię castingową, która przyniesie sukces. Zamiast siedzieć z założonymi rękami i czekać na telefon od agentów castingowych, samodzielnie lepi swoją artystyczną tożsamość. Jest kobietą na miarę naszych czasów, a jej sposób mówienia, śmiech, grymasy, wszystko zostało dopracowane na potrzeby danej chwili. Kiedy więc na nią patrzę, często ogarnia mnie wrażenie, że jej charyzma jest przykrywką dla prawdziwego »ja«, które ukrywa, uznając, że nierozsądnie byłoby je w pełni ujawnić” – to obszerny fragment tekstu Doreen St. Félix, krytyczki opiniotwórczego „The New Yorker”, w którym publicystka pochyla się nie tylko nad drogą zawodową Zendayi, ale przede wszystkim analizuje jej pomysł na życie publiczne.
Dwie refleksje wybrzmiewają z cytowanego fragmentu. Pierwsza – że Zendaya, tak poprawna w obyciu, próbuje z klasą rozbroić stereotypowe przekonania, że czarne kobiety są głośne i ostentacyjne, i tym sposobem obejść nierówności, na których zbudowano Hollywood, przecież niemal w całości białe.
To akurat teza całkiem prawdopodobna, choć mało krzepiąca, bo potwierdza zinternalizowany rasizm decydentów z przemysłu filmowego. Z drugiej strony jednak autorka tekstu pisze o profesjonalnym podejściu Zendayi w mało pozytywnym tonie, sugerując, że gwiazda, która stanowczo egzekwuje swoje prawo do prywatności, ewidentnie ma coś do ukrycia. W tej tezie odbijają się absurdalne społeczne oczekiwania, że sławne osoby są coś winne publiczności – coś więcej niż dobrze wykonana praca. Ciekawe też, że profesjonalizm Zendayi, młodej kobiety, jest interpretowany jako element wyrachowanej strategii tylko dlatego, że aktorka niespecjalnie odsłania się w wywiadach, ale nikt nie awanturuje się o niechęć do opowiadania o sobie, z której słynie Leonardo DiCaprio, mężczyzna z Oscarem na koncie.
Zendaya i Tom Holland (Fot. Michael Buckner/Variety/Penske Media via Getty Images)
W „Actors On Actors”, cyklu rozmów magazynu „Variety”, w którym towarzyszyła jej Nicole Kidman, Zendaya mówiła: „Gdy gram postać, wiem, że mogę wszystko, bo przecież nie dogonią mnie konsekwencje fikcji. Kompletne zanurzenie się w cudzym życiu jest niebywale wyzwalające. I może dlatego nie mam problemu, żeby oglądać się na ekranie tuż po nakręconej scenie. Nad postacią pracuje wiele osób, każdy dokłada coś od siebie, niech więc wygra najlepszy pomysł. Nie jestem przewrażliwiona na swoim punkcie i zawsze chcę oddać sprawiedliwość mojej bohaterce, więc kocham próbować, szukać, poznawać cudze opinie. Ciekawe, prawda? Zwłaszcza biorąc pod uwagę to, że poza planem jestem wiecznie spięta i zestresowana. Pewnie dlatego tak bardzo kocham swoją pracę, bo gdy gram, mogę odpuścić”.
W krytyce rzekomo zbyt wypolerowanej etykiety odbijają się te wszystkie absurdalne, bo często wewnętrznie sprzeczne pomysły na pożądaną ekspresję kobiecości. Kobiety uznawane za nazbyt swobodne regularnie przywołuje się do porządku. Zasadnicze strofuje się, że mogłyby trochę poluzować gorset. Niewinne niech zgrzeszą, byle nie za bardzo, bo to już nieeleganckie.
Zendaya przyznaje w wywiadach, że też poddawała się przykazom kultury. „Długo byłam przekonana, że jeśli ktoś zaczepia mnie na ulicy i prosi o zdjęcie, muszę się zgodzić, niezależnie od tego, jak się z tym czuję. Muszę powiedzieć »tak«, bo inaczej wyjdę na niewdzięczną” – mówiła w rozmowie z amerykańską edycją „Vogue”. „Jestem wdzięczna za życie, którym żyję, ale nauczyłam się uprzejmie odmawiać i mówię, że na przykład dziś mam wolne”.
Rzadko miewa wolne. Zendaya pracuje na planie od 13. roku życia, kiedy obsadzono ją w serialu Disneya „Shake It Up”. „Mam ambiwalentne uczucia wobec dorastania w świetle reflektorów. Widzieliśmy na paru przypadkach, jaką krzywdę może wyrządzić dziecku sława…” – to też cytat z wywiadu dla „Vogue’a”.
„Dopiero niedawno, już jako dorosła osoba, zaczęłam sobie zdawać sprawę, że całe życie gram. To jedyne, co potrafię, jedyny świat, jaki znam. Weszłam wręcz właśnie w fazę nastoletniego buntu, bo jako nastolatka nie mogłam sobie na to pozwolić. Doszło do odwrócenia ról, a mnie powierzono pozycję dorosłego, który pracuje na utrzymanie rodziny”.
Widownia często nie jest w stanie pogodzić się z faktem, że niewinny podlotek z produkcji Disneya dorósł, uprawia seks i ma poglądy polityczne. Britney Spears miała dożywotnio pozostać nastolatką w kusym szkolnym mundurku – seksualizowaną i pozbawianą autonomii. Kolejne nieudane próby wyemancypowania się od narzuconego wizerunku doprowadziły ją do załamania nerwowego, przeżytego publicznie. Miley Cyrus zaznaczała swoją podmiotowość w rozerotyzowanych teledyskach i sesjach zdjęciowych. Wysyłała jednoznacznie sformułowany komunikat: jestem dorosła i mogę robić z własnym ciałem to, co mi się podoba.
Zendaya? Posłużyła się fikcyjną postacią, by podkreślić, że nie jest już dzieckiem. Późną wiosną 2019 roku HBO wyemitowało pierwszy odcinek „Euforii”, być może najważniejszego serialu młodzieżowego XXI wieku, bo nikt tak precyzyjnie jak wówczas Sam Levinson nie opowiedział o udrękach pokolenia wychowanego na pornografii i social mediach, ludzi kształtujących swoją tożsamość w czasach kryzysu: politycznego, gospodarczego, ekologicznego. Zendaya zagrała Rue, którą żałoba po śmierci ojca wpędza w postępujące uzależnienie. I dwukrotnie dostała za nią nagrodę Emmy dla najlepszej aktorki pierwszoplanowej.
Kolejnym krokiem w dorosłość okazał się udział w „Challengers”, filmie Luki Guadagnina. To nie była pierwsza złożona postać, jaką zagrała. Rue jest wielowymiarowa, cudownie skomplikowana, wrażliwa i nieczuła jednocześnie. Podobnie jak Marie z filmu „Malcolm i Marie” – intymnej, ale intensywnej produkcji, którą Sam Levinson zrealizował dla Netfliksa w czasie pandemii – lojalna i egotyczna. Ale, jak przyznaje, to Tashi z „Challengers”, wyniosła, bezwględna, manipulująca i uwikłana w toksyczny trójkąt miłosny, była jej najbardziej odległa.
„Zazwyczaj grywam dziewczyny, z którymi można empatyzować. A Tashi? Sama się jej czasem bałam” – mówiła w „Vogue’u”. Za tę rolę była nominowana do Złotego Globu. „Challengers” również wyprodukowała, a w międzyczasie zaczęła zwierzać się, że może kiedyś spróbuje sił w reżyserii.
Luca Guadagnino kibicował jej, a pytany o potencjał Zendayi za kamerą, mówił na potrzeby materiału w amerykańskim „Vogue’u”: „Jeśli ktokolwiek może zająć się reżyserią z pobudek innych niż zwykła próżność, to tylko ona. Ma w sobie ciekawość prawdy, jest zdyscyplinowana i z niemal naukowym rygorem analizuje techniki filmowe”.
Zaraz po skończeniu zdjęć do „Challengers” poleciała na plan drugiej części „Diuny”, epickiej adaptacji prozy Franka Herberta, którą kręcono na pustyni w Jordanii. „Codzienne treningi w ramach przygotowań do »Challengers« przełożyły się na formę, w jakiej nie byłam już dawno. Opłaciło się, bo kostiumy w »Diunie« są naprawdę ciężkie, ograniczające możliwości ruchu. Przez kilka pierwszych tygodni masz zakwasy od samego noszenia. Mogłam każdego dnia chodzić w kostiumie po piasku i mój tyłek wyglądał świetnie” – żartowała w rozmowie z „W”.
Dennis Villeneuve, reżyser „Diuny”, porwał się na niezwykle ambitną interpretację – nakręcił film o rozmachu blockbustera, ale intelektualnie wyrafinowany, zdradzający aspiracje do kina autorskiego. Zendaya, wychowana na książkach Herberta, zabiegała o rolę w ekranizacji. I choć Chani nie ma zbyt wielkiego udziału w pierwszej części „Diuny”, aktorka od samego początku angażowała się w promocję filmu, świadoma, że tytuł musi zarobić odpowiednie pieniądze, by studio zdecydowało się na kontynuację.
„Diuna” i „Challengers” dowiodły, że Zendaya jest aktorką plastyczną, która swobodnie czuje się w dowolnym uniwersum: od komediowego „Spider-Mana”, przez dorosły dramat u Guadagnina, po mroczne science fiction u Villeneuve’a. Nie jest już małoletnią gwiazdą Disneya, która posłusznie robi to, co każą, z nadzieją, że dorośli wreszcie zaproszą ją do rozmowy.
Jej pozycja w branży filmowej i telewizyjnej jest tak silna, że wreszcie może wybierać odważniej, próbować sił w eksperymentalnych projektach, wchodzić w zawodowe sojusze z awangardowymi twórcami. Już widać, że poczyna sobie coraz zuchwalej. „Dramę” wyreżyserował Kristoffer Borgli, norweski twórca, który w swoich powykręcanych, groteskowych opowieściach, jak „Chora na siebie” czy „Dream Scenario”, buduje niezwykle bystre, pogłębione psychologicznie studium współczesnego człowieka – narcyza pogrążonego w obsesji na temat wagi własnego istnienia.
Borgli przy okazji premiery „Dream Scenario” – cudownie absurdalnej historii profesora akademickiego, który nagle zaczyna pojawiać się w snach obcych ludzi – zwierzał się w wywiadach, że przeraża go wchodzenie w spółki w Hollywood. I najnowsza „Drama” jest jednocześnie filmem hollywoodzkim i antyhollywoodzkim.
Reżyser zatrudnił megagwiazdy, Roberta Pattinsona i Zendayę, którzy tworzą wyjątkowo zgrany duet, znakomicie odbijają się od siebie i na ekranie, i poza nim, gdy wspólnie udzielają wywiadów. Pattinson, któremu sławę przyniosła młodzieżowa saga „Zmierzch”, od lat i z premedytacją wybiera udział w wymagających, niekonwencjonalnych projektach. Zendaya bierze z niego przykład. „Drama” to odwrócony romans, który zostawia widownię z pytaniem, czy można wiązać przyszłość z kimś, kto ma brzydką przeszłość, a pod wierzchnią warstwa kryją się kolejne, bo to także zmyślna krytyka świata, w którym znormalizowano lęk przed bliskością, i film o Ameryce. Zendaya czekała na taki projekt – bystry, wyrafinowany, ale jednocześnie daleki od wysiłkowego snobowania się na kino artystyczne, niszowe.
„Drama” kosztowała 28 milionów dolarów, zarobiła prawie pięć razy tyle i wielka w tym zasługa Zendayi, która chętnie używa swojego celebryckiego czaru, jeśli może zyskać na tym bliski jej projekt. Niespecjalnie rozgaduje się na temat relacji romantycznej z Tomem Hollandem i generalnie mało mówi o związkach, ale tym razem – ze względu na temat filmu – pozwalała sobie (Pattinson, związany z muzyczką i aktorką Suki Waterhouse, zresztą też) na żarty, które czasem odsłaniały nieco więcej Zendayi, niż aktorka ma w zwyczaju pokazywać.
W jednym ze wspólnych wywiadów Robert Pattinson rzucił – być może niechcący – „teraz jesteś mężatką” i uruchomił lawinę komentarzy odnośnie domniemanego ślubu Zendayi i Hollanda. Para, która poznała się na planie „Spider-Mana”, do tej pory nie potwierdziła plotek o ślubie.
Jest coś bardzo odświeżającego w tym, jak Zendaya porusza się w świecie, który żąda dostępu do prywatności osób znanych. Niczego nie robi na pokaz. Mimo gigantycznej rozpoznawalności i zarobionych milionów wciąż uwodzi widownię urokiem dziewczyny z sąsiedztwa, która wolną sobotę najchętniej spędza na kanapie, w dresie, z ukochanym pieskiem u boku.
„Ludzie mówią, że ma w sobie ogień i jest taka dzika. Jest, głęboko w środku. Ale poza tym to dziewczyna, która zamiast pójść na imprezę, woli zostać w domu, z rozpuszczonymi włosami i bez makijażu, i oglądać »Harry’ego Pottera«. Nie zmieniła się, jest dokładnie tą samą osobą, którą zawsze była” – opowiadał redakcji „Vogue’a” Law Roach, stylista, z którym Zendaya pracuje od kilkunastu lat. To wspólnie z Roachem wymyśla te wszystkie tematyczne stylizacje na czerwone dywany, o których rozpisują się później media.
Bo Zendaya ma metodę, ale ta metoda nie zawsze działa. Zachwycała na premierze „Spider-Man: Bez drogi do domu” w Los Angeles, gdzie pojawiła się w pięknej sukni Valentino, z delikatnie haftowaną pajęczyną. Bawiła, gdy na londyńską premierę drugiej części „Diuny” przyszła w kostiumie cyborga. Ale już piłki tenisowe wbite w obcasy białych szpilek od Loewe, które nosiła podczas promocji „Challengers” w Rzymie, sprawiały wrażenie stylizacji na siłę, która niewiele ma wspólnego z błyskotliwą zabawą modą.
Zendaya na premierze filmu „Challengers” w Rzymie (Fot. Vittorio Zunino Celotto/Getty Images)
Zrehabilitowała się przy okazji „Dramy”, bo w związku z tym, że film jest historią przedślubną, na wydarzeniach promujących produkcję aktorka pojawiała się w ślubnych lookach. „Coś nowego, coś starego, coś pożyczonego”. I z przeszłości wyciągnęła chociażby białą, satynową suknię, w której przyszła na swoją pierwszą galę wręczenia Oscarów. Miała 18 lat, włosy zapleciono jej w cienkie warkoczyki, a prowadząca telewizyjny format „Fashion Police” Giuliana Rancic skomentowała wówczas, że stylizacja młodej aktorki „podśmierduje olejkiem paczuli albo marihuaną”. Zendaya odpowiedziała, że za tak sformułowanym przytykiem stoją zinternalizowane uprzedzenia rasowe – to wtedy pokazała, że posiada również poglądy, których potrafi asertywnie bronić.
Na korzyść Zendayi działa pewien paradoks. Wypowiada się tak, że może być wzorem dla dorastających dziewczyn, ale wszystko mówi tonem bliskiej koleżanki, dalekim od wymądrzania się. Młodym kobietom łatwo się z nią utożsamić, nawet jeśli nigdy nie będą miały dostępu do świata, w którym Zendaya funkcjonuje na co dzień – bankietów, gal i designerskiej garderoby. Gwiazda taka jak my? Wystarczy, że gwiazda inna niż wszystkie.