Podobno prawdziwych gwiazd filmowych już nie ma, bo ostatnie pokolenie tych zasługujących na miano ikony debiutowało w latach 90. A Zendaya? To właśnie o niej mówi się, że jest miłym wyjątkiem od krzepiącej zmiany reguł.
Fragment artykułu o Zendayi. Całość przeczytasz w lipcowym numerze „Zwierciadła”.
Ma być Julią Roberts pokolenia Z. Albo nową Sandrą Bullock. Charyzmatyczna, ale przy okazji ujmująco naturalna. Sławna, ale dostępna. Bez wad, bez pretensji, za to ambitna i pracowita, czego dowodzą kolejne role, które wybiera, coraz odważniej skręcając w kierunku dojrzałych, zniuansowanych postaci, wymagających warsztatu aktorskiego i inteligencji emocjonalnej.
Złośliwi twierdzą, że Zendaya nie gra – ot, dostaje role, które są naturalnym przedłużeniem jej prawdziwej osobowości, więc na planie jest w najlepszym wypadku którąś z wersji siebie, zaktualizowaną o kilka dodatkowych min. To nieprawda.
Wystarczy uważnie prześledzić jej portfolio, by zauważyć, że MJ, bystra, zadziorna dziewczyna Spider-Mana, nijak się ma do Rue z „Euforii”, nastolatki pogubionej w żałobie, nałogu i relacjach. A walecznej, dumnej Chani z „Diuny” nie łączy zbyt wiele z cyniczną i wyrachowaną Tashi, tenisistką, którą zagrała w filmie „Challengers”.
(Fot. Michael Buckner/Variety via Getty Images)
Do tego ta dziewczyna jest wszechstronnie kompetentna, bo gra, tańczy i śpiewa, a to jest święta trójca umiejętności performerskich, które kiedyś mocno podbijały branżowe notowania aktorek i aktorów. Bo można taką zatrudnić w dramacie i zaangażować do musicalu. Zendaya dysponuje też kapitałem, szczególnie docenianym w czasach monopolu platform streamingowych. Frekwencja w kinach spada, a wielkie nazwiska, które kiedyś przyciągały publiczność jak magnes, dziś nie są już gwarantem sukcesu – nawet Leonardo DiCaprio zdaje się tracić dawne moce, patrz: porażka finansowa filmu „Jedna bitwa po drugiej” (co smuci podwójnie, bo to znakomite kino).
Zendaya wydaje się jedną z nielicznych gwiazd zdolnych pomnażać zyski. I to nawet gdy gra w takim filmie jak „Drama” – tak ekscentrycznym, że do końca nie wiadomo, czy powiedzie mu się komercyjnie. Powiodło. Na marginesie: to jedna z pięciu dużych, głośnych produkcji z udziałem aktorki, które już ukazały się bądź dopiero ukażą w 2026 roku. Do tego: trzeci sezon „Euforii”, trzecia część „Diuny”, „Spider-Man: Całkiem nowy dzień”, czyli kolejna odsłona ekranizacji popularnej superbohaterskiej franczyzy, i „Odyseja”, obsadzona pierwszoligowymi nazwiskami rekonstrukcja wojny o Troję w reżyserii Christophera Nolana. To zdecydowanie jest jej rok.
Coraz łatwiej zbijać argumenty tych, którzy zżymają się, że żadna z niej wyczynowa aktorka. A co z tymi, którzy twierdzą, że gwiazda „Euforii” jest podejrzanie uprzejma? „Ze względu na jej wypełniony po brzegi kalendarz nasz wywiad telefoniczny przesunięto o kilka dobrych godzin i ostatecznie odbył się późnym wieczorem. Ale było warto na nią czekać” – opowiadał dziennikarz Chris Murphy w podcaście „Little Gold Men”.
Murphy rozmawiał z Zendayą na potrzeby materiału, który ukazał się w „Hollywood Issue”, corocznym wydaniu magazynu „Vanity Fair”, w którym prezentowane są najważniejsze postaci przemysłu filmowego i telewizyjnego.
„Zendaya jest niezwykle czarująca. Słychać, że odbyła trening medialny, ale szczęśliwie jej nie usztywnił, rozmawia się z nią z lekkością, nie stawia sztucznych przeszkód. Wróciliśmy do jej przeszłości w produkcjach Disneya, rozmawialiśmy o pierwszym wspólnym castingu z Tomem Hollandem i dlaczego lubi z nim grać, mówiliśmy o »Euforii«. Gadało nam się tak dobrze, że przedłużyła wywiad o nadprogramowych 20 minut”.
Mówią o niej, że jest poukładana i miła. Czytaj: według hollywoodzkich miar grzeczna i nudna. Albo że to, co jest często czytane jako przejaw wrodzonego taktu, jest sprytnym zagraniem taktycznym.
„Jej karierę aktorską z czasem coraz bardziej określa hiperświadomość mechanizmów rządzących Hollywoodem – zwłaszcza tego, jak w ramach tego systemu kastowego funkcjonują czarne aktorki. Postrzegamy ją przez pryzmat profesjonalizmu. Podczas promocji filmów zachowuje się z gracją. Z pewnym rodzajem figlarnego wdzięku unika plotek, ostatnio dotyczących tego, czy potajemnie poślubiła Toma Hollanda, swojego partnera i współgwiazdora z filmu »Spider-Man«. Na ekranie rzadko ma się wrażenie, że gra z pełną, wyzwoloną radością wynikającą z jej siły, raczej realizuje złożoną strategię castingową, która przyniesie sukces. Zamiast siedzieć z założonymi rękami i czekać na telefon od agentów castingowych, samodzielnie lepi swoją artystyczną tożsamość. Jest kobietą na miarę naszych czasów, a jej sposób mówienia, śmiech, grymasy, wszystko zostało dopracowane na potrzeby danej chwili. Kiedy więc na nią patrzę, często ogarnia mnie wrażenie, że jej charyzma jest przykrywką dla prawdziwego »ja«, które ukrywa, uznając, że nierozsądnie byłoby je w pełni ujawnić” – to obszerny fragment tekstu Doreen St. Félix, krytyczki opiniotwórczego „The New Yorker”, w którym publicystka pochyla się nie tylko nad drogą zawodową Zendayi, ale przede wszystkim analizuje jej pomysł na życie publiczne.
Dwie refleksje wybrzmiewają z cytowanego fragmentu. Pierwsza – że Zendaya, tak poprawna w obyciu, próbuje z klasą rozbroić stereotypowe przekonania, że czarne kobiety są głośne i ostentacyjne, i tym sposobem obejść nierówności, na których zbudowano Hollywood, przecież niemal w całości białe.
To akurat teza całkiem prawdopodobna, choć mało krzepiąca, bo potwierdza zinternalizowany rasizm decydentów z przemysłu filmowego. Z drugiej strony jednak autorka tekstu pisze o profesjonalnym podejściu Zendayi w mało pozytywnym tonie, sugerując, że gwiazda, która stanowczo egzekwuje swoje prawo do prywatności, ewidentnie ma coś do ukrycia. W tej tezie odbijają się absurdalne społeczne oczekiwania, że sławne osoby są coś winne publiczności – coś więcej niż dobrze wykonana praca. Ciekawe też, że profesjonalizm Zendayi, młodej kobiety, jest interpretowany jako element wyrachowanej strategii tylko dlatego, że aktorka niespecjalnie odsłania się w wywiadach, ale nikt nie awanturuje się o niechęć do opowiadania o sobie, z której słynie Leonardo DiCaprio, mężczyzna z Oscarem na koncie.
Cały tekst przeczytasz w lipcowym numerze miesięcznika „Zwierciadło”, dostępnym aktualnie w sprzedaży.