Mijający rok nie był dla niej łaskawy, może dlatego teraz postanowiła być łaskawa dla siebie. „Chyba po raz pierwszy w życiu chcę siebie hołubić. bo to wcale nie jest byle co, że się urodziłam. Moje życie jest cenne, tak samo jak cenne jest życie każdego innego człowieka. I trzeba się tym cieszyć”, mówi Kasia Nosowska. Rozmawiamy o ważnych stratach, w tym utracie mamy, ale też o ważnych odkryciach, które przyniósł między innymi podcast „Bliskoznaczni”. A przede wszystkim o tym, co to dla niej znaczy „pełnia kontaktu z rzeczywistością”.
- Katarzyna Nosowska w wywiadzie dla „Zwierciadła” mówi o tym, jak – z pokolenia na pokolenie – dziedziczymy traumy, które utrudniają nam bycie szczęśliwymi, „osadzonymi w sobie”.
- W rozmowie wyznaje także, jak doświadczenie żałoby po śmierci mamy zmieniło jej spojrzenie na życie i relacje.
- Artystka mówi również, dlaczego – mimo wszechobecnej pogardy – nadal wierzy w człowieka.
- Twórczyni zdradza też, jak jej się pracuje z synem, przy tworzeniu podcastu „Bliskoznaczni”: „Jest niesamowity”.
Artykuł pochodzi z miesięcznika „Zwierciadło” 12/2025
Joanna Olekszyk: Ostatnie dwa-trzy tygodnie spędziłam właściwie z tobą, słuchając non stop twoich podcastów i książek...
Kasia Nosowska: O Boże...
Nie, nie, było to bardzo przyjemne. I chyba już wiem, jak powinnam zacząć ten wywiad. „Gdybyś miała opowiedzieć o sobie komuś, kto cię kompletnie nie zna, to jak byś się przedstawiła?”
Ha!
Nawiązuję tu do pytania, którym Mikołaj, twój syn, zaczyna każdy wywiad z waszymi gośćmi w „Bliskoznacznych”. A może przegapiłam któryś odcinek i już odpowiedzieliście nawzajem na to pytanie?
Tak, w jednym z odcinków opowiedziałam o sobie. Użyłam pewnego słowa i na ten moment mojego życia odpowiedź brzmi tak samo: „Jestem”. Nie potrzebuję dookreślać się jakimiś etykietami, nie potrzebuję przymiotników, nie potrzebuję rzeczowników. Po prostu jestem, trwam, żyję.
Goście, którym zadajecie to pytanie, odpowiadają dwojako. Albo skupiają się na swoich życiowych rolach, typu: aktor, piosenkarka, mama, tata, mąż, żona. Albo wchodzą na poziom głębszej tożsamości...
Zdecydowanie należę do tej drugiej kategorii. Mam 54 lata i już wiem, zresztą napisałam to w którejś z moich książek, że to, kim jesteśmy, zawiera się pod tymi wszystkimi etykietami. Gdybym powiedziała, że jestem matką, to, owszem, byłoby to stwierdzenie pewnego faktu, ale też kiedyś nie byłam matką, a byłam.
Różne są sytuacje w życiu. Jestem żoną, ale mogę tą żoną za jakiś czas nie być i nie będzie to przecież oznaczało utraty całej siebie. Piosenkarką też bywam, ale podobnie – to bardzo niepewny, kapryśny zawód, który może się skończyć z dnia na dzień, więc nie opierałabym na nim swojej tożsamości. Naprawdę – pod tymi wszystkimi warstwami ostatecznie zostaje ciało wypełnione duchem.
Justyna Szyc-Nagłowska, która też była w waszym podcaście, na pytanie: „Kim jesteś?” odpowiedziała: „Sobą”.
I jeżeli Justyna tak sama siebie określa, to ja jej bardzo gratuluję. Osobiście nie mam poczucia, żebym była już ostatecznie sobą. Dochodzenie po latach wszelkiej maści „indoktrynacji” do tego, kim jestem tam, w samym środku swojego rdzenia, zajmuje jednak mnóstwo czasu. Najpierw w rodzinie nabrałam pewnych cech, warstw i mechanizmów, które miały mnie ochronić w tamtym środowisku – nie były mną, ale były konieczne, żeby przetrwać. Potem był cały system szkolny, jeszcze później cały ogromny system społeczny – każdy czegoś ode mnie wymagał, a w związku z moją niepewnością i bardzo osobistą nieporadnością, chciałam się dostosować. Teraz właściwie zajmuję się głównie tym, żeby się z tych wszystkich warstw oskubać, obrać. I nie mam jeszcze poczucia, że dokopałam się do rdzenia.
Czekam na ten moment, kiedy będę mogła uczciwie powiedzieć, że tak, jestem sobą. To będzie moje największe spełnienie.
W twojej książce „Nie mylić z miłością” znalazłam piękne zdanie. „Coraz bardziej upewniam się w tym, że rodzimy się po to, żeby wrócić”.
Można dojść do takiego wniosku w wyniku przeczytania czyjejś mądrej myśli albo spotkania z mądrym człowiekiem. Można też zrozumieć to w ramach własnego doświadczenia, ale jest to jednak rzadkie. Na przestrzeni mojego życia spotkałam bardzo wiele osób i widzę, że to wymaga odwagi, ale i wysiłku. Ostatecznie docieranie do swojego rdzenia to nie jest przyjemny proces, ani łatwy, ani lekki. Nasza prawdziwa esencja jest często głęboko ukryta, w dodatku nieśmiała. Wydaje mi się, że człowiek w swojej naturze jest niesamowicie delikatny i właśnie pragnienie ochrony tej wrażliwości prowadzi u wielu osób do tego, że muszą się obudować, „okolcować”.
Myślisz, że sukces, jaki odniosłaś z Heyem jako bardzo młoda dziewczyna – miałaś wtedy 21 lat – w jakiś sposób zastopował ten proces odzierania warstw? W show-biznesie funkcjonuje teoria, w myśl której artysta zatrzymuje się w swoim rozwoju w wieku, w którym odnosi największy sukces.
Ciekawe, nie słyszałam o tej teorii. Może coś w niej jest, natomiast nie sądzę, żebym była tym przypadkiem. To chyba wynika z mojej konstrukcji, bo miałam świadomość tego, że to, co przydarzyło się nam jako zespołowi, było duże, ale zestaw cech, jaki posiadałam, wchodząc w to środowisko, w ten cały show-biznes, uniemożliwił mi zachłyśnięcie się tym sukcesem. Ja jednak zawsze pozostawałam w roli zewnętrznego obserwatora. Najnormalniej w świecie nie umiałam tego sukcesu skonsumować, przywiązać się do nowego stanu. U mnie było cały czas constans. Dużo się wokół działo, widziałam zamieszanie, ale patrzyłam na to ze zdziwieniem osoby zupełnie niezaangażowanej [śmiech].
Poza tym jak pomyślę, że miałabym się zatrzymać na etapie 21-latki – nie, to byłoby straszne! Nie chciałabym wracać do siebie z tamtych lat. Ja raczej celebruję, cieszę się z każdego momentu, w którym coś przekraczam. Na moje oko zaliczyłam naprawdę konkretny progres w stosunku do tamtej 21-letniej dziewczyny z Heya.
A gdybyś podobny sukces osiągnęła dziś jako 21-latka, w świecie wszechobecnych mediów społecznościowych, udałoby ci się zachować podobny dystans?
Gdybym była taka jak wtedy, to na sto procent. Nie wiem tylko, czy przy intensywności tego, co się dzisiaj dzieje, bym tak długo wytrwała. I przetrwała. Czy jednak ze względu na to moje zakompleksienie i wycofanie w ogóle chciałabym w to dalej brnąć. Dziś trzeba być kimś bardziej „do przodu”, ja nigdy taka nie byłam.
Przecież co chwila siebie na nowo wymyślasz – najpierw były kolejne albumy, koncerty, potem śmieszne filmiki na Instagramie, jeszcze później książki, spektakl teatralny, a teraz podcast. Wy go z Mikołajem nagrywacie tydzień w tydzień, a każdy odcinek trwa około dwóch godzin. To jest mnóstwo pracy.
Czasem nagrywamy codziennie, żeby przygotować odcinki wcześniej i móc potem trochę odetchnąć. Żeby każdy tydzień nie był zdominowany przez to wydarzenie.
Kiedy myślę o tobie jako o osobowości scenicznej i publicznej, uderza mnie, jak wiele sprzeczności w sobie mieścisz. Z jednej strony introwertyzm, osobność, obserwacja, a z drugiej ekstrawertyzm, chęć bycia z innymi, dzielenia się z nimi swoją energią i wyobraźnią. Są w tobie dwa wilki?
Kiedyś na terapii usłyszałam, że to jest paradoks. Zgadzam się, to jest paradoks. Nawet prywatnie, na własny użytek, stosuję rozdzielenie na Kasię Nosowską, tę, którą ludzie znają, oraz na mnie. Nie nosi to znamion szaleństwa ani choroby nerwowej, tylko naprawdę tak jest. Wszystko, co robię w świecie zewnętrznym, jest i nie jest mną. Ja nawet mówię o Kaśce Nosowskiej w trzeciej osobie. Jak słyszę, że śpiewam w radio, potrafię rzucić: „Weź, zrób ją głośniej” albo: „Weź, przycisz ją”.
Widzę to tak, że jestem sobie taka, jaka jestem, a od pewnego momentu włącza mi się jakiś taki rodzaj misji, która uruchamia mnie do tego, żeby wychodzić do ludzi, na scenę, przed światła reflektorów. Wcześniej, jak byłam młoda, nie rozumiałam, że mam taką możliwość. Teraz już to wiem, bo to obserwuję i mam silny zwrot od innych, że coś, co na przykład napisałam, czy coś, co wyśpiewałam, ma dla nich znaczenie. Powoduje, że albo czują się zaopiekowani w trudnym momencie, albo dostają inspirację, żeby pójść po swoje, pójść po siebie – bo jak już zauważyłaś, propaguję powrót do siebie.
Chyba odczuwam dużą potrzebę usprawiedliwienia swojej obecności na świecie. Naprawdę szanuję to, że mogę stawać przed ludźmi i mówić do jakiegoś mikrofonu. To nie jest byle co i wiąże się z dużą odpowiedzialnością. Chciałabym godnie to wykorzystać. Uczciwie. Prawilnie.
Czy dobrze rozumiem, że teraz twoją misją jest pokazywanie sobie i nam wszystkim, że jesteśmy bardziej do siebie podobni niż różni? I że z każdym można się dogadać?
Uważam, że tak. Podcast okazał się dla mnie idealną przestrzenią. Bo ja bardzo lubię ludzi i jestem ich ciekawa, a z drugiej strony jestem kompletnym zerem towarzyskim. Praktycznie cały czas siedzę w domu. Nie mam specjalnie wiele okazji, żeby obcować z innymi, bo nie bywam, nie chodzę i najlepiej czuję się u siebie. Prawdopodobieństwo, że wpadłby do mnie człowiek i powiedział: „Hej, chcesz mnie poznać?”, jest właściwie żadne, choć oczywiście odpowiedziałabym od razu: „Tak! ”. Podcast dał mi możliwość spotykania się z innymi bez ruszania się z domu. Wiadomo, takie poznawanie się nie jest zbyt głębokie, bo jak można się poznać w dwie godziny, ale na pewno te rozmowy dorzucają małe kamyczki do koszyczka mojej pewności, że międzyludzkie porozumienie jest możliwe. Jest we mnie duży sprzeciw wobec tego, co się dzieje na świecie. Wobec stylu, w jakim proponuje się nam obcowanie ze sobą. Jest w tym głębokie zaburzenie.
Mam przyjaciółkę, która mi powtarza: „Ty jesteś nienormalna. Ludzie są podli. Skąd w tobie ta potrzeba, żeby mówić, że nie są?!”. Ja widzę, że różnie się ludzie zachowują, ale jednocześnie jestem przekonana, że tak naprawdę głęboko w sobie jesteśmy dobrzy.
Każdy człowiek jest wyjątkowy i każdy nosi w sobie historię. Gdyby się nią podzielił, mogłaby być przesłaniem albo otuchą dla innych. I nie mówię tu tylko o gościach, którzy do nas przychodzą, bo oni są w jakiś sposób „widoczni”. Nie, mówię o wszystkich ludziach. Gdyby pogadać z moją ciotką, to by się okazało, że to jest fascynująca postać. Wiele przeszła, a jednak sobie radziła w życiu i dobiła do 75. Uważam, że jest to wyczyn – nie zwariować, nie pochorować się i dokulać do takiego wieku. Dla mnie moja ciotka jest bohaterką. A świat jest pełen takich ludzi.
Mówiąc „nie zwariować, nie pochorować się”, masz też na myśli doświadczenia wojenne twojej cioci. Razem z twoją mamą, a jej siostrą, przeżyły śmierć praktycznie wszystkich członków rodziny.
No tak... Dlatego nie mieści mi się w głowie, że tym, co obserwuję w świecie, a właściwie nie, skupmy się na naszym podwórku – tym, co obserwuję w Polsce, jest wszechobecna pogarda. Ludzie nawet nie czują, jak traktują innych. Ja od razu ją rozpoznaję. Słyszę ją w sposobie, w jaki ze sobą rozmawiamy, widzę w sposobie, w jaki się na siebie patrzymy. To jest naprawdę wszechobecne, natomiast trzeba wielkiej czujności, żeby to wychwycić, w szczególności u siebie. I wyzbyć się tego. Bo to jest paskudne – mieć poczucie wyższości wobec innych.
Fot. Piotr Porębski
A masz jakąś diagnozę, skąd to się wzięło? Czemu mamy teraz czas pogardy?
Myślę, że to wynika z pewnego systemu. Moja mama była dzieckiem rodziców, którzy doświadczyli grozy drugiej wojny światowej. A to jest grube doświadczenie. Wydaje mi się, że wiem, jak można by było ją poprowadzić, żeby była szczęśliwszą dziewczynką, potem nastolatką, a jeszcze później moją matką, natomiast moja babcia nie zdołała tego zrobić.
To jest jak sztafeta, my tę pałeczkę naszych traum przekazujemy kolejnym pokoleniom.
Aż ktoś w rodzinie powie, że już nie chce dalej biec, tylko rozpozna te podświadome, niszczące mechanizmy – a można to zrobić, najpierw rozpoznając je u siebie – i spróbuje nie przekazywać ich dalej. Uważam, że to jest znakomity cel na życie. Jak tak szukamy wszyscy sensu, to myślę, że to może być to. Niestety, mnie się nie udało nie przekazać pewnych schematów mojemu synowi, bo za późno to wszystko skumałam. Za późno zaczęłam się sobą zajmować, za późno zaczęłam się odgruzowywać.
Wracając do twojego pytania: myślę, że jesteśmy ofiarami tego samego systemu. Czyli: poturbowani rodzice, niezaopiekowani tak, jak to powinno wyglądać w normalnym świecie, mają dzieci, które również turbują, a potem te dzieci też są w jakimś sensie okaleczone, bo nie są w pełni sobą, bo też musiały się dostosowywać do innych, żeby przetrwać, też musiały się tymi kolejnymi warstwami poochraniać. I to tak trwa i trwa. Nie mamy wokół siebie ludzi, którzy byliby w stanie nas nauczyć, jak nosić samego siebie, jak reagować na własne emocje, jak tym wszystkim zarządzać. Nie poznałam ani jednej osoby, która byłaby po prostu szczęśliwa, osadzona w sobie. Nawet jeśli fajerwerki nie odpalają się co pięć minut.
Ja chyba widziałam taką osobę. Co prawda na ekranie, ale w filmie dokumentalnym, więc jest szansa, że istnieje naprawdę. To Szerpa Sete Tamang z filmu „Kwiat ośmiu gór”. Prowadzi w Alpach wegańskie schronisko. Uśmiechnięty, spokojny, ufny, mimo że na własne oczy widział śmierć wielu swoich przyjaciół, a i w jego rodzinie nie za dobrze się dzieje. Tymczasem ja z dzieciństwa pamiętam głównie taką radę – oczywiście dawaną w dobrej wierze – nie ufaj nikomu...
Oj, tak, też to znam. Zaufanie jest totalnie ważne. Ja zostałam z niego wykastrowana. I to jest ciężka sprawa nauczyć się ufać, właściwie pierwszy raz, od początku. Ale nie odpuszczę.
Bardzo bym chciała, póki mam czas, póki jeszcze nie zawijam się z tego świata, naprawdę wykorzystać każdy moment. Idealnie by było, by – kiedy już przyjdzie do mnie to ostateczne rozpoznanie, kiedy na powrót zacznę być sobą – móc jeszcze sobie pożyć, będąc luźnym, miękkim w środku, pozbawionym tych wszystkich supełków i zacisków. Przejść się jeszcze raz spacerem przez życie, ale już z zupełnie inną postawą.
Oj, tak! Wróćmy jeszcze na chwilę do podcastu „Bliskoznaczni”. Zaczęłam od misji, ale może sama idea wzięła się z czegoś bardziej prozaicznego – chęci robienia czegoś wspólnie jako mama i syn?
To Mikołaj chciał mieć podcast. Długo szukał swojej drogi, bo – ma to prawdopodobnie po mnie – nie umie pracować pod szefem. Trudno mu było znaleźć jakąś przestrzeń dla siebie, w której robiłby to, co chce i umie najlepiej, ale w poczuciu wolności. A ponieważ sporo się na ten temat naczytałam, powtarzałam mu: „Musisz sobie odpowiedzieć na pytanie, co lubisz najbardziej robić. Co cię jara”. Chodził z tym, chodził, po czym wrócił do mnie i powiedział: „Ja chyba najbardziej lubię rozmawiać z ludźmi”. A potem przyszedł raz jeszcze i dodał: „Wiesz, mama, bo ja wpadłem na taki pomysł. Zabrzmi okropnie i będzie brutalnie szczere, ale chciałbym mieć podcast i potrzebuję do tego twojej mordy”. (Tu wyjaśnię, że „morda” to w naszej rodzinie często używane słowo, my wszyscy jesteśmy „mordami”). „Może najpierw to my będziemy ze sobą rozmawiać? Przecież to lubimy” – zakończył. I rzeczywiście czasem były to niesamowicie burzliwe wymiany myśli, często się ze sobą nie zgadzaliśmy czy nie rozumieliśmy, ale to, jacy jesteśmy dziś jako matka i syn, jest zasługą tego, że nigdy nie przestaliśmy ze sobą rozmawiać.
Postawiłam jeden warunek: będziemy nagrywać w chacie, bo nie chcę nigdzie łazić. Dlatego ten podcast się nazywa „Bliskoznaczni” – myśleliśmy, że będziemy sobie gadać we dwójkę. Kiedy więc Mikołaj spytał, czy nie moglibyśmy raz na jakiś czas kogoś zapraszać, bo fajnie byłoby zobaczyć, co inni mają w głowach, powiedziałam: „Spoko”. Nie sądziłam, że dojdzie do tego, że odcinki, kiedy jesteśmy sami, okażą się okazjonalne, a trzon naszych spotkań będą stanowić rozmowy z ludźmi...
Ale nadal jest to wasz, bardzo osobisty, rodzinny podcast.
Ja jednak mam poczucie, że robię tam za misia. To Mikołaj wszystko wymyśla, to on zaprasza gości, montuje odcinki, to on w tym najbardziej rozkwita. To jest jego dziedzina. A dla mnie... Po raz pierwszy właśnie dzięki temu podcastowi autentycznie i mocno poczułam, że to jest osobny człowiek. Do tej pory jednak ta matczyna nuta mocno we mnie grała. Oczywiście wiedziałam, że to jest dorosły facet, jednocześnie cały czas był moim synem. Tak jakby scalała nas niewidzialna pępowina, nawet jak Mikołaj jeździł ze mną na koncerty i chórkował w naszym zespole. Na poziomie racjonalnym wiedziałam, że jest odrębną jednostką, ale kiedy była jesień, a on wpadał na próbę w lekkiej koszulce, to jednak krzyczałam: „Ej, weź się ubierz”. Dopiero podczas tej współpracy dotarło do mnie, że on ma przemyślenia, których nie znałam. Sposób rozumowania, który jest dla mnie fascynujący. Teraz prędzej powiedziałabym, że jesteśmy partnerami, że mamy wspólną przestrzeń, w której działamy; nie przyszłoby mi jako pierwsze do głowy, że to mój syn.
Fot. Piotr Porębski
On nie tylko zmężniał, ale też zrobił się bardziej zorganizowany. Czekamy jeszcze na ostateczną diagnozę, ale pod wpływem słuchaczy, którzy sugerowali w komentarzach, że Mikołaj może mieć ADHD, zaczął się temu przyglądać, badać, ale też to ogarniać. A przecież wszystkie nasze kłótnie z czasów, kiedy był nastolatkiem, dotyczyły głównie tego, że był takim „nieogarem”: zapomniał odrobić zadanie, zabrać czegoś do szkoły, nauczyć się, zapłacić za wycieczkę. A teraz prowadzi kalendarz, niby nic wielkiego, ale jestem w szoku. Nie mówiąc już o sytuacji związanej z odejściem mojej mamy. Zobaczyłam go nagle w zupełnie nowym świetle. Nie oczekiwałam od niego, że będzie mnie w tym dźwigał czy mi pomagał, ale naprawdę stanął na wysokości zadania. Jest niesamowity.
Niedawno wróciłam do waszych pierwszych odcinków, w których gościcie właśnie twoją mamę, twojego męża Pawła czy twoją przyjaciółkę Agatę Kuleszę. Zastanowiłam się, czemu ich nie słuchałam wtedy, kiedy na bieżąco wychodziły. Po czym zobaczyłam daty – to był czas, gdy to ja straciłam mamę. W ogóle cały rok 2024 nazwałam, za Elżbietą II, annus horribilis, strasznym rokiem.
To ja tak widzę rok, jaki minął od lipca 2024 do lipca tego roku, a właściwie do teraz. W lipcu mama dostała diagnozę, potem długo chorowała, w lutym odeszła, a dopiero teraz jest moment, w którym zaczynam widzieć jakieś światło. Najgorszy rok w moim życiu, przyrzekam. A miałam już fatalne lata. To jest doświadczenie takiego kalibru, że wstrząsnęło moim światem w posadach.
Jednocześnie nic bardziej mnie nie odarło z tych warstw, o których mówisz.
Pojawia się pewnego rodzaju uczciwość, prawda? Kiedy mama odeszła, przyszło silne przekonanie, że nie mam już ochoty na udawanie, granie, przyklejanie uśmiechu. Przecież ja nie mam już chwil do stracenia! To się stało nagle jasne i oczywiste. Oczywiście wcześniej odeszli dziadkowie, jest ojciec, ale nie mam z nim kontaktu, tymczasem mama, Mikołaj i Paweł, z którym jesteśmy od 25 lat, to była zawsze moja święta trójca. Śmierć mamy była dla mnie samej też wyjściem z roli córki swojej matki. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, jak ważna w moim życiu była ta rola. Świat się zatrząsł, ale nie zawalił. Nadal jestem, nadal trwam.
Podobno trudniej jest, kiedy ta relacja też była trudna.
Ale nasza taka była! I to przez całe życie. Byłam z mamą bardzo związana, uwiązana, powiązana. Mieszkała z nami przez pięć ostatnich lat, była stałym elementem mojej codzienności. Dużo przerobiłyśmy wtedy przeszłych rzeczy, tylko nie za bardzo zdążyłyśmy sobie pooddychać pełną piersią po rozsupłaniu tych supełków.
Zawsze miałam potężną wyobraźnię, ale tego jej zniknięcia nie potrafię ogarnąć. Wiem, że to się stało, byłam przy tym, ale nie mogę tego objąć. To dziwny stan, nie wiem, czy kiedyś się skończy. Dziś wydaje mi się, że nigdy.
Z jednej strony mam poczucie, że mama zostawiła mnie, choć był to przecież jej indywidualny proces odchodzenia, a z drugiej – że tym swoim odejściem dała mi prezent, puściła mnie na solo. Tak jakby powiedziała: „Odchodzę. Już czas, jesteś gotowa. Odchodzę, bo inaczej nie zrobisz tego, co musisz zrobić”. Odeszła, a ja stałam się – na pewnym poziomie – niezniszczalna. Dawniej strasznie bałam się oceny, więc łatwo było mnie zranić, a teraz mam tak, że nie może mnie zranić nikt. Jest więc ogromna pustka, jest rozpacz i żałoba, ale jest też element ulgi. I mówię to z pełną świadomością, bo wiem, że ludzie boją się do tego przyznać, boją się nawet to słowo wypowiedzieć. Dlaczego? Bo nawet w takich sytuacjach nie przyznajemy sobie prawa do uczciwości wobec siebie.
Do przeżywania realnych emocji.
Emocje będą nas zalewać, a czasami i niszczyć, jeśli nie będziemy sobie na nie pozwalać i rozumieć ich. Dlaczego tyle jest agresji na ulicach? Dlaczego ludzie atakują siebie w internecie? Bo jak człowiek jest nauczony przełykać to, co boli, w końcu mu się przeleje. I wyleje z siłą tsunami. Dlatego jestem za tym, by jednak mówić, próbować ogarnąć własne emocje.
Ja na przykład teraz mam tak, że nawet jeśli jakaś relacja jest dla mnie trudna, to chcę postawić sprawę uczciwie, spróbować się dogadać – bo wierzę, że można, że to jest wykonalne. Ale jeśli okazuje się niewykonalne, po prostu rezygnuję z tej relacji. Już się nauczyłam, że liczba znajomych nie świadczy o tym, czy jestem fajna. Wolę mieć dwie osoby, przy których mogę być sobą. Powiedzieć, że czegoś nie chcę, że nie pójdę, że nie czuję się w czymś dobrze. One wiedzą, że to nie jest przeciwko nim.
A czym jest dla ciebie pełnia? To słowo jest hasłem przewodnim kolekcji biżuterii, którą niedawno współtworzyłaś.
I kolejną rzeczą często przewijającą się w naszym podcaście.
Mikołaj i ja stawiamy opór koncepcji, która długo była częścią mojego wyposażenia z młodości, a mianowicie dwóch połówek, tęsknoty za dopełnieniem. Każde z nas doszło do tego na swój sposób, ale jesteśmy zgodni: jest to potworna idea.
Nawet nie wiem, skąd ją sobie przyswoiłam – pewnie przeczytałam w jakiejś książce, zobaczyłam w filmie albo usłyszałam w tekście romantycznej piosenki: bez ciebie jestem nikim, ty mnie dopełniasz, tylko razem jesteśmy całością. Totalnie się z tym nie zgadzam, zwłaszcza od czasu, kiedy zaczęłam się sobą naprawdę opiekować i wyciągać z ciemnych zakamarków, w których nie chcę już spędzać reszty życia. A jak się ktoś sobą dobrze opiekuje, to zaczyna rozumieć, że nigdy nie był niepełny. Każde z nas jest doskonałym i unikalnym zestawem komórek, idealną całością.
Chyba po raz pierwszy w życiu chcę siebie hołubić i cieszyć się z tego, że jestem. To wcale nie jest byle co, że się urodziłam. Moje życie jest cenne, tak samo jak cenne jest życie każdego innego człowieka. I trzeba się tym cieszyć. Nawet jeśli to życie jest trudne, bo nie mam złudzeń co do charakteru naszej wędrówki. Raz pod górkę, raz z górki, raz jest za chłodno, raz za gorąco, a jak chcesz odpocząć, to wtedy najbardziej dowala. Sama tam byłam i przetestowałam to na własnej skórze.
Także na własnym związku.
Nasz związek z Pawłem ma teraz swoją drugą odsłonę. Znacznie ciekawszą i fantastyczniejszą niż ta dłuższa pierwsza. Bo my na początku tworzyliśmy taką właśnie „połówkową” relację. Ani on się nie czuł w sobie obecny, ani ja się nie czułam w pełni obecna w sobie. Ślepy prowadził kulawego, i na zmianę. Albo – jak piszę w którejś książce – byłam hubą na jego drzewie, a on był na moim. Teraz nasza relacja wygląda tak, że idziemy wspólnie przed siebie, ale to jest równoległy spacer. Mało tego, to jest spacer z wyboru. Wcale nie sądzę, że kiedy sobie trochę podbiegnę, on mnie musi zaraz dogonić. Jeżeli jego naturalne tempo jest wolniejsze, może sobie iść spokojnie, tak czy inaczej odnajdziemy się nawzajem na tej ścieżce. Może na niego trochę poczekam, może nie...
Nie pamiętam, kto to pierwszy powiedział, ale jeśli kogoś kochasz, to będziesz w stanie pozwolić mu odejść. Wiem, że mnie na to już stać.
Że kiedy coś czy ktoś zawoła, to mu złego słowa nie powiem. Oczywiście wkurzę się, jak będzie ściemniał, i mam nadzieję, że coś takiego w ogóle się nie wydarzy, bo za długo się znamy i za dużo wspólnie przeszliśmy, ale kiedy on powie: „Słuchaj, muszę iść”, to mu odpowiem: „Dzięki za to, co było”.
Co nie znaczy, że cię to nie zaboli...
No właśnie myślę, że nie zaboli. Nie zaboli w ten dawny sposób. Bo jak coś nas boli, to tak naprawdę boli dziecko w nas. A ja jestem już starą babą, odrzucenie nie jest mi straszne.
A czy ta pełnia, o której mowa, ma jakiś związek z Księżycem, jego fazami, kobiecością, cyklami? Czy może niesłusznie doszukuję się w tych obłych kształtach ciała niebieskiego?
Dla mnie akurat ta pełnia nie miała nic wspólnego z Księżycem, choć w naszej biżuterii rzeczywiście można się doszukać jego kształtów. Chodziło mi bardziej o przekaz: wszystko jest dobrze, niczego nam nie brakuje. Mam oczywiście na myśli ludzką esencję. Natomiast jeśli chodzi o kobiecość i jej fazy, to jestem – jak to się mówi – w „tym szczególnym czasie”.
Liczę miesiące i już za chwilę przyjdzie moment, kiedy będę mogła powiedzieć, że jestem w menopauzie, bo wbrew obiegowej opinii to zaczyna się dopiero wtedy, kiedy od roku nic nie dzieje się w fabryce.
Dążę do tego, by być wtedy w zgodzie z naturą – nie chcę demonizować tego stanu, robić afery, co w świecie zachodnim jest dość popularne. Sama jako młoda dziewczyna byłam straszona menopauzą, że to jest koniec. Widziałam, że starsze ode mnie kobiety ustawiały siebie same wtedy na marginesie. A teraz sobie myślę: jak świat światem wszystkie przez to przechodzimy, może czas potraktować rzecz normalnie? Pewnie, bywa nieprzyjemnie, bywa przedziwnie, ale jest, jak jest. Ta pełnia to więc także pełnia kontaktu z rzeczywistością. W przytomności, prawdzie. Polecam nie bać się odpuszczać różnych naszych ról w momencie, kiedy nie jest już nam w nich wygodnie. Naprawdę możemy sobie na to pozwolić. Odważnie wchodźmy w miejsca „pomiędzy”.
Miejsca „pomiędzy”?
Czyli jeszcze nie wiesz, co dalej, ale na pewno wiesz, że nie chcesz tego, co było. Radykalnie się tego trzymam. Śpiewać też będę tyle, ile będę czuła, że chcę. A jak będę chciała zrobić sobie przerwę, to sobie zrobię. Nie chcę przetrzymywać żadnego stanu, jeśli nie będzie dawał mi poczucia „czuję, że żyję”.
A czy jest coś, co chciałabyś zrobić jeszcze w tym roku? Jakoś go domknąć?
Od kilku tygodni odgruzowuję mój dom. Robię gruntowne porządki, bez sentymentu, niczym Marie Kondo. Wyrzucam wszystko to, co stare, co już nie moje, co chcę zostawić za sobą. Poczułam, że chcę zacząć od nowa, z czystą głową i sercem. Zabrałam się za swoje zdrowie, robię sobie badania – coś kompletnie nie w moim stylu. Zabrałam się też za swoje ciało, bardzo chcę wydobyć się spośród tych wszystkich warstw, teraz już naprawdę. Kupiłam bieżnię, mam hantelki.
Dobrałam się ostatnio do kartonów z zasobami, które ciągnę przez całe moje życie. Zobaczyłam zdjęcia moich byłych chłopaków, listy od nich, notatki, kartki – i wszystko to wypierdzieliłam. Co za nieprawdopodobna ulga! Po co to w ogóle trzymałam?! Jeden już nie żyje, relację z drugim niezbyt dobrze wspominam... Dzięki temu zrobiłam miejsce na nowe. Trzymałam też swoje rysunki z przedszkola, potężna teczka. Zachowałam tylko te, które w moim odczuciu są urocze, wszystkie pozostałe – do kosza. W kontekście żałoby, o której trochę już mówiłyśmy, pomyślałam, że nie chcę z tym wszystkim zostawiać mojego Pawła i Mikołaja. Człowiek powinien mieć jednak w sobie trochę szacunku wobec tych, którzy zostaną, i chociażby nie zrzucać im na głowę swoich nadmiarów.
No a jak już wszystko posprzątam, to mam postanowienie, by wygospodarować więcej czasu w swojej codzienności na to, by odwiedzać moje ukochane miejsce w domu, czyli pracownię ceramiczną. I to jest moje największe marzenie na ten moment. Zobaczyć, kim jestem, kiedy lepię z gliny.
Katarzyna Nosowska – piosenkarka, tekściarka, kompozytorka, pisarka i podcasterka. Autorka trzech książek, w planach ma czwartą. Jedna z najważniejszych postaci polskiej muzyki rockowej, w jej dyskografii znajduje się ponad 20 płyt. Od 2024 roku prowadzi z synem Mikołajem podcast „Bliskoznaczni”. W 2025 roku światło dzienne ujrzała jej ambasadorska kolekcja biżuterii.