Jak byłam mała, fantazjowałam o śmierci. Niewinna myśl o pogrzebie, na którym karcąca rodzina wylewa morze łez, złośliwe rodzeństwo żałuje słów i uczynków, była szalenie satysfakcjonująca, zwłaszcza po domowej awanturze. W filmie „Wpatrując się w słońce” swój koniec wyobraża sobie każda dorastająca bohaterka. Mała Alma do śmierci przymierza się dosłownie. Ubrana w czarną sukienkę, odwzorowuje pozę zmarłej siostry z fotografii w salonie. Nie z satysfakcją, a z przerażeniem dziewczynka próbuje oswoić to, co nieuchronne: starsze rodzeństwo w ramach dowcipu wmówiło jej, że wkrótce zasili szeregi obecnych w domu zjaw.
Zdjęcia post mortem stały się modne, wraz z rozwojem fotografii, w II połowie XIX wieku. Próba zatrzymania w czasie wizerunku ukochanej osoby była związana z jeżącym włos obrzędem. Bezwładne ciała podtrzymywano drewnianą konstrukcją, wspierano na oparciu kanapy, otwierano oczy przyszywając powieki, podwiązywano żuchwę sznurkami, wokół zmarłego usadzano pozostałych członków rodziny. Z domowego ołtarzyka na Almę spogląda pełno takich fotografii. W niewielkich kadrach, tak samo jak w murach wiejskiej posiadłości, życie wchodzi w bezpośredni kontakt ze śmiercią. Umarli przyjmują pozy pełne animuszu, żywi zastygają, bierni i niemi, niczym duchy. Są nie do odróżnienia, wszyscy nieruchomi. Jak pisała Susan Sontag: „śmierć jest fotografią".
Kadr z filmu „Wpatrując się w słońce” (Fot. materiały prasowe M2 Films)
Nagrodzony przez Jury w Cannes drugi pełnometrażowy (ciężko uwierzyć, że dopiero drugi!) film Maschy Schilinski też jest odbiciem – międzypokoleniowej niemieckiej rzeczywistości. I tak samo jak fotografia funkcjonuje poza czasem, ale w konkretnej przestrzeni. Impresyjna konstrukcja filmu przeplata historie kobiet mieszkających w XX i XIX wieku pod dachem domu na farmie w regionie Altmark. Przy ciężkim drewnianym stole, w sercu salonu, przesiaduje Alma (Hanna Heckt), której beztroskie dzieciństwo zostaje zakłócone przez nadejście wojny, doświadczająca przemocy domowej w latach 40. Erika (Lea Drinda), molestowana przez wujka w latach 80. Angelika (Lena Urzendowsky), a współcześnie: Lenka (Laeni Geiseler) próbująca zrozumieć tragiczny wypadek swojej młodszej siostry, Nelly (Zoë Baier). Wymieniam po kolei, ale reżyserka rezygnuje z linearności. Schilinski z uwagą wybiera inne punkty odniesienia. Bez względu na to, jakie obyczaje panują w danej epoce, jakie prawa ma (lub raczej nie ma) aktualnie kobieta, każda z bohaterek wyleguje się na piaszczystym kawałku plaży, stąpa po skrzypiącej podłodze, przechadza wśród szumiących traw, pływa w pełnej węgorzy, błotnistej rzece. Kamera skupia się na bodźcach wpisanych w przestrzeń, gdzie krzyżują się ścieżki bohaterek. W stałości miejsca szuka zbiorowych doświadczeń, śladów tych, które odeszły i tych, które dopiero przyjdą.
Kadr z filmu „Wpatrując się w słońce” (Fot. materiały prasowe M2 Films)
Mucha przysiada raz na stygnącym ciele, raz na stygnącej wazie z zupą. W „Wpatrując się w słońce” to, co obrzydliwe jest wpisane w sielski krajobraz codzienności. Do tego stopnia, że tikiem nerwowym jednej z bohaterek jest odruch wymiotny. Operator Fabian Gamper portretuje kobiety w najcieplejszym momencie roku. Są to obrazy piękne, ziarniste, spłowiałe od intensywnych promieni, drżące od napięcia i ulotności. Momentami niewyraźne, jak po zbyt długim patrzeniu w słońce. W wyjątkowo ciasnym kadrze duchota zaburza zdolność myślenia, a pod pokrywą leniwej bezczynności, wrzą tłumione emocje. Niemiecka reżyserka sięga po ten sam zabieg, co Jonathan Glazer w „Strefie interesów”. Błogość lata zakłóca niepokojącym dźwiękiem. Uporczywym jak brzęczenie wspomnianej muchy. Dla kobiet upokorzenie było i jest chlebem powszednim. Przemilczanie akty przemocy osadzają się w powietrzu, zmieniają w wielopokoleniowe jęki i szumy. Traumę chłoną kolejne mieszkanki domu, do chóru głosów dokładają swój własny. Można zedrzeć tapety, rozwalić kaflowy piec młotkiem, wymienić meble, atmosfera wciąż będzie nasycona winą, wstydem i rozpaczą.
Kadr z filmu „Wpatrując się w słońce” (Fot. materiały prasowe M2 Films)
Najbardziej wrażliwe na ten ciężar są pozbawione społecznych filtrów dzieci. Tak jak Michael Haneke w „Białej wstążce”, Schilinski koncentruje uwagę głównie na najmłodszych bohaterkach. Uwielbiana przez kamerę okolona blond warkoczykami twarz Hanny Heckt, jednoczesna anielskość i demoniczność jej spojrzenia, jest dla mnie esencją tego filmu. Narratorki „Wpatrując się w słońce” są naiwne i niewinne. Nie zawsze rozumieją, to, czego są świadkami. I i II wojny światowej, przebiegającej przez pełną węgorzy rzekę wyraźnej granicy między NRD i RFN, niewolniczej pracy kobiet, przymusowej sterylizacji, gwałtów, pożądliwych męskich spojrzeń. Za to odczuwają: bezpośrednio i intensywnie. Niewinność, która powinna je chronić – jak to już kiedyś ujęła w kadrze Sofia Coppola – staje się ich przekleństwem.
Kiedy obserwowałam zachowanie poszczególnych dziewczynek do głowy przyszło mi infantylne słowo: „małpować”. Kolejnymi odbiciami w rzeczywistości, których uważnie poszukuje reżyserka, są lustrzane zachowania. Trauma migruje w najbanalniejszy sposób: gdy dzieci instynktownie odgapiają. Za pomocą mikroskopijnych gestów i artefaktów. Lenka zamiast swoich ulubionych lodów truskawkowych, pewnego dnia wybiera smak waniliowy. Chce upodobnić się do fascynującej ją koleżanki Kai (Ninel Geiger), która właśnie straciła matkę. Z tego samego powodu po kryjomu przemierza jej klapki układając nogi w równie nonszalancki sposób. Erika przywiązuje stopę do uda i udaje, że chodzi o kulach, tak jak jej kaleki wujek Friz (Martin Rother), który wiele lat wcześniej przeszedł amputację w wyniku niezupełnie przypadkowego wypadku. Małpowanie wynika z chęci dopasowania, poszukiwania tożsamości, potrzeby zwrócenia na siebie uwagi. Jest też niemym wołaniem o pomoc.
Kadr z filmu „Wpatrując się w słońce” (Fot. materiały prasowe M2 Films)
W jednej ze scen Angelika także ustawia się do zdjęcia z rodziną. Kiedy obecni gromadzą się nad odbitką, okazuje się, że dziewczyna poruszyła się w kluczowym momencie. Przypomina ducha. Jak wcześniej zauważa bohaterka, nie wszystkie aspekty ciała można kontrolować. Serce bije jak chce, a rumieniec zdradza zawstydzenie, które tak bardzo chciałaby ukryć. Podobnego aktu zdrady dokonuje fotografia. Rozmazana sylwetka symbolizuje połowiczną obecności, zanurzenie w odmętach zbiorowej pamięci. Wyjawia rozpaczliwe, ale beznadziejne pragnienie ucieczki, które przez lata towarzyszyło Angelice i wielu mieszkankom rolniczych Niemiec. Imponujące dzieło Maschy Schilinski również zdradza niewygodną prawdę, ale jest pewna różnica. Nie robi tego wbrew swoim bohaterkom, a wspólnie z nimi. W jej odbiciu rzeczywistości nieme zazwyczaj kobiety odzyskują swój głos. Pierwsza część wspomnianego wcześniej cytatu Susan Sontag brzmi: „życie jest filmem”.
„Wpatrując się w słońce” pojawi się na ekranach polskich kin 30 stycznia.