To dobry czas na seriale opowiadające najnowszą historię Polski. Po „Heweliuszu” i „Czarnej śmierci” przyszła pora na lata 70. i epidemię ołowicy na Śląsku. Oraz na kolejną świetną rolę Joanny Kulig. Jako Jolanta Wadowska-Król jest uczciwa, uparta i bezkompromisowa. Emanująca wewnętrzną siłą. W życiu też się u niej uspokoiło… trochę.
Wywiad pochodzi z miesięcznika „Zwierciadło” 2/2026.
Grażyna Torbicka: „Ołowiane dzieci” to historia inspirowana prawdziwymi wydarzeniami. Górny Śląsk, lata 70. i setki dzieci chorych na ołowicę. Co skłoniło cię do przyjęcia głównej roli lekarki w tym serialu?
Joanna Kulig: Zadzwonił do mnie Maciek Pieprzyca, którego bardzo cenię, z propozycją spotkania. Ucieszyłam się, bo nigdy wcześniej razem nie pracowaliśmy. Przegadaliśmy parę godzin – opowiedział mi historię Jolanty Wadowskiej-Król, lekarki z przychodni rejonowej w Szopienicach. Potem przeczytałam książkę Michała Jędryki o dzieciach z tamtej okolicy, które miały anemię, bóle głowy, i o jej walce o ratowanie dzieci chorych – jak się okazało – na ołowicę spowodowaną toksycznymi zanieczyszczeniami z kominów huty Szopienice. Zobaczyłam w tej postaci wiele cech, które mnie pociągnęły: uczciwość, spryt, upór i bezkompromisowość. To mnie zachęciło do budowania tej roli. Praca była fascynująca, ale też wyczerpująca – prawie 70 dni zdjęciowych, które przełożyły się na sześć odcinków. Przez taki czas trzeba właściwie żyć tą bohaterką – być nią.
Masz jakąś swoją metodę pracy, która pozwala się nie zgubić w tak dużej, emocjonalnie złożonej roli? Nie kręcicie przecież historii liniowo. Plan to różne lokalizacje – dom, fabryka, szpital – i w każdym miejscu trzeba nakręcić sceny z różnych okresów życia bohaterki.
Maciek jest reżyserem, który nie odpuszcza. Jest skupiony przez bite 12 godzin – byłam pod wrażeniem jego poziomu koncentracji. Po każdym dublu podchodzi do aktora, daje uwagi, dba o precyzję. Mimo napiętego harmonogramu traktuje wejście na plan jak coś świętego. Kiedy zaczynamy dzień zdjęciowy, wszyscy wychodzą, on siada przy swoim stoliku i omawia z aktorami cały plan: intencje, ton scen, ich przebieg. Bardzo profesjonalnie. Ogromnie się cieszę, że mogliśmy razem pracować.
Agata Kulesza mówiła mi kiedyś, że przy dużej, skomplikowanej roli zapisuje w scenariuszu stany emocjonalne bohaterki.
To właśnie Agata poleciła mi Magdę Jaracz, która pomagała mi w budowaniu tej roli. Ale równie ważne było dla mnie, by wyłączyć się choć na chwilę z planu. Siedziałam w kamperze w zupełnej ciszy i przewijałam w głowie nakręcone sceny: co o Jolancie już powiedziałam, czego brakuje, gdzie trzeba doprecyzować jej portret. Czasem to była medytacja, czasem po prostu siedzenie w ciszy. Hałas planu bardzo męczy, a im większe zmęczenie, tym trudniej utrzymać zamysł roli.
Grasz kobietę, której życie mówi „sprawdzam”. Czy ma w sobie tyle siły, by zawalczyć o dobro innych, nawet kosztem własnego komfortu i bezpieczeństwa?
Tak, Jolanta ma przecież dwoje dorastających dzieci i męża lekarza, szanowanego w środowisku. Rozmawiałam z jej wnuczką, a także z osobami, które znały prawdziwą Jolantę, i powtarzało się jedno – obraz osoby bardzo pragmatycznej. Maciek też podkreślał, że ona to robi, bo „tak trzeba”. Nie stoi za tym żadna ideologia, raczej poczucie obowiązku i przyzwoitości. Ona po prostu wiedziała, że tym dzieciom trzeba zrobić badania, zdiagnozować je, leczyć. Była prawym człowiekiem i dobrym lekarzem. Wychowywała ją mama, chyba sama, w domu nie przelewało się, ale zawsze był tam stołeczek, na którym Jolanta się uczyła medycyny.
I o tym też są „Ołowiane dzieci” – że jest jeden świat, a nie osobne światy lekarzy, polityków i zwykłych rodzin.
Tak… Jolanta postanawia sprzeciwić się całemu temu systemowi.
I stać się bohaterką.
Ona tak o sobie nie myśli. Robi, jak czuje, jak została wychowana. Poza tym lubi leczyć. Dzieci są dla niej ważne, ale ważna jest też sama medycyna.
Wsparcie znajduje przede wszystkim u kobiet – jedną z nich, lekarkę, gra wspomniana Agata Kulesza, drugą, pielęgniarkę z przychodni, Kinga Preis.
Jolanta przychodzi z zewnątrz, a pielęgniarki środowiskowe są tam od lat, znają lokalną społeczność. Jej się wydaje, że można od razu działać, a tam trzeba zrozumieć mentalność tej społeczności. One widzą więcej. Wiedzą, jak to działa.
To opowieść o silnych kobietach, ale też o mężczyznach, dla których najważniejsze są polityka i władza.
I o męskim ego, które realizuje się przez władzę. Mąż Jolanty, gdy budowaliśmy tę postać, miał być trochę taki zachowawczy, wycofany. On jej nie przeszkadza, ale też nie pomaga. Raczej mówi: „Nie wychylaj się”. Dla niego ważne jest bezpieczeństwo: nie narażać rodziny, nie wchodzić w konfikt z systemem. W jakimś sensie ma rację – ona później też częściowo mu ją przyznaje – ale boi się bardziej niż ona.
Oglądając serial, myślałam o tym, na ile to rekonstrukcja tamtej epoki, a na ile obraz mechanizmów, które wciąż są w polityce – zamiatanie niewygodnych spraw pod dywan, walka frakcji, męskie gry o władzę.
Myślę, że jedno i drugie. Ciekawe jest też to, jak walczą kobiety – pragmatycznie, przez bardzo dobrze wykonywaną pracę. Widzimy, że osiągają niesamowite rzeczy, ale mimo to decyzyjność należy niemal wyłącznie do mężczyzn. Jolanta musi się nieźle namęczyć, żeby dojść do poziomu uznania, który u mężczyzny byłby czymś oczywistym. Wystarczy, że odrobinę zaniedba dom, od razu słyszy: „Zajmij się rodziną”. Mama przypomina o kolacji, o byciu w domu, o dzieciach, które potrzebują uwagi. To jest jak ciągłe sprowadzanie jej na ziemię.
(Fot. Aleksandra Modrzejewska-Mitan/TK MGMT)
Zdjęcia kręciliście na Górnym Śląsku. Udało wam się oddać klimat tego regionu i tamtych lat – prywatki, śląskie domy, hutnicze osiedla. Też go odczułaś?
Bardzo dobrze czułam się na Śląsku, choć wcześniej go prawie nie znałam. Byłam w Katowicach zaledwie parę razy: egzamin na wydział jazzu, koncerty – i tyle. Zdjęcia dały mi możliwość zaglądania do opuszczonych fabryk, familoków, miejsc, które jeszcze istnieją. To bardzo pomogło w kreowaniu postaci. Duża część ekipy była stamtąd: kierowcy, wielu aktorów, dzieci – naturszczyki. Maciek jest ze Śląska, więc opowiadał mi różne historie.
Wsiąkłam w ten klimat. Czuć tam etos pracy – górniczy, hutniczy – coś, co jest tylko tam.
Ja jestem Ślązaczką, mój tata był inżynierem górnictwa, pracował w kopalni. Znam ten etos pracy i rodzinności – rodzina jest fundamentem. Kobieta trzyma dom, mężczyzna idzie na szychtę, czyli do pracy w kopalni. W waszej historii mamy hutę, ale mechanizm jest podobny. Twoja bohaterka wie, że jeśli przekona kobiety do ochrony dzieci, to jest nadzieja – mężczyzn trudniej przekonać.
Ona czuje potencjał buntu w kobietach – że jeśli jedna się sprzeciwi, inne pójdą za nią. I tak to zazwyczaj działa.
Czytaj także: Joanna Kulig: „Chcę opowiadać kobiece historie”
W serialu dużo grasz z dziećmi, robisz to bardzo subtelnie, bez fałszu. To trudne zadanie, bo te dzieci nie były naprawdę chore. Jak wyglądała praca z nimi?
Na planie była także obecna konsultantka do spraw dzieci – Magdalena Glapińska, odpowiedzialna za ich przygotowanie, opiekę nad nimi, pracowała wcześniej przy „Matkach pingwinów”. Ta opieka oznaczała też opiekę nad ich emocjami – Magda pełniła rolę łączniczki między dziećmi, ich rodzicami a reżyserem. Mieliśmy na przykład trudną scenę medyczną i chłopiec, który w niej grał, w pewnym momencie powiedział, że się boi. Sam przeszedł w przeszłości operację i poczuł się, jakby znów był w szpitalu. Wtedy Magda wzięła go na ręce i spokojnie powtarzała: „Nie jesteś w szpitalu, jesteś na planie”. Ja zawsze traktowałam dzieci bardzo profesjonalnie, ale to nie ja byłam za nie odpowiedzialna. I to była ogromna ulga, bo jako aktorka i tak już musiałam panować nad własnymi emocjami. Ta koordynatorka była jedyną osobą, która przekazywała dzieciom uwagi, po uzgodnieniu z Maćkiem. Większość z nich była pierwszy raz na planie. Dzieci nie słyszały równocześnie poleceń aktorów, operatora, reżysera. To dawało im poczucie bezpieczeństwa, a nam – komfort pracy. Uważam, że wprowadzenie takiej funkcji na plan filmowy to wspaniały pomysł.
Kiedy ostatnio rozmawiałyśmy – zdaje się w maju 2022 roku, tuż po Cannes – byłaś przed zakończeniem pracy z Rebeccą Miller i przed filmem z Michaelem Keatonem. Jak patrzysz dziś na tamten czas?
To był ciekawy moment adaptacji do Warszawy, takiego zakorzeniania się. Warszawa długo mi się kojarzyła tylko z pracą. Mieszkałam 11 lat w Krakowie, potem przez siedem lat byłam w Warszawie w trybie „przelotowym” – czyli głównie plany filmowe. Poznawałam miasto przez plenery: PKP Powiśle, różne obiekty filmowe. Potem przyszedł okres „Zimnej wojny” – kampania oscarowa, a równolegle bycie mamą. Później pandemia, zdjęcia z Rebeccą Miller, Cannes, nasz wywiad – i wreszcie powolna próba poukładania sobie życia: gdzie chcę mieszkać, jak ułożyć pracę i rodzinę, ten słynny work-life balance.
Bardzo się cieszę z „Ołowianych dzieci”, bo w Polsce wielu ludzi – od kierowców taksówek po widzów – myślało, że wyjechałam na stałe. A ja tak naprawdę byłam w Stanach dwa razy po pół roku – przy „Zimnej wojnie” i przy filmie z Rebeccą – ale nigdy się tam nie przeprowadziłam.
(Fot. Aleksandra Modrzejewska-Mitan/TK MGMT)
Był jeszcze film z Michaelem Keatonem…
A tak, to był ciekawy projekt, bo poleciałam na trzy tygodnie zrobić swoje i wrócić. Moją relację z USA dzielę na trzy etapy. Pierwszy to „Zimna wojna” – wielki sukces, czerwone dywany, agenci. Drugi to wyjazd rodzinno-zawodowy – lato, dziecko w przedszkolu w Nowym Jorku, takie półzamieszkanie. Trzeci to film Keatona – już czysto zawodowe zadanie. I to właśnie on uświadomił mi, że moja baza jest tutaj, w Warszawie. To uporządkowało mi w głowie granicę między pracą a życiem wewnętrznym. Te światy przestały się ze sobą kłócić.
Wspominałaś, że w martwym sezonie, gdy nie kręci się filmów, nagrywasz castingi. Jak to wygląda?
Mam agentów w Polsce i w Stanach. Z zagranicy przychodzą albo propozycje spotkań z reżyserami – tak było z Michaelem Keatonem czy Carym Fukunagą, widzieli „Zimną wojnę” i zaproponowali mi konkretne role – albo klasyczne castingi i self-tape’y. Dostajesz kilka stron scen, mało czasu na naukę na pamięć, niewiele wytycznych i musisz nagrać próbkę. Nie cierpię tego robić [śmiech]. Zawsze najlepiej wypadałam, gdy można było osobiście spotkać się z reżyserem. Miałam nawet moment buntu: „Nie lubię tego, po co to robić?”, ale potem pomyślałam, że skoro tak działa świat, to trzeba podejść do tego bardziej korporacyjnie: przychodzi materiał, nagrywasz, wysyłasz, nie nakręcasz się. Ostatnio poleciałam do Londynu, gdzie reżyserka castingu bardzo chciała się spotkać osobiście. Dostałam konkretne uwagi, popracowałyśmy nad scenami. Nawet jeśli roli finalnie nie dostanę, to takie spotkanie jest cennym doświadczeniem.
Czytaj także: Joanna Kulig: „Jak to ogarnąć, żebym była szczęśliwa?”
Kiedyś mówiłaś, że myślisz o zajęciu się produkcją kreatywną filmu, nie tylko aktorstwem. Czy to aktualne?
Tak, ta myśl wraca. Ale równocześnie czuję, że bardzo chcę rozwinąć przestrzeń muzyczną. To trochę zaniedbana część mnie. Nie mówię „nie” produkcji – zwłaszcza wyszukiwaniu i tworzeniu projektów – ale widzę, że to wymaga zbudowania zespołu kreatywnych ludzi, znalezienia właściwych scenarzystów, współautorów. Na razie te drzwi są uchylone, ale jeszcze nie są otwarte na oścież.
To przejdźmy do muzyki, twojej drugiej pasji. Reżyserzy czują, że to twoja naturalna przestrzeń – często zapraszają cię choćby do krótkich, śpiewanych epizodów.
Tak było ostatnio z Pawłem Pawlikowskim. Zadzwonił i powiedział: „Aśka, robię film. Muszę sprawdzić, czy zaśpiewasz po niemiecku. Przyjedź, będziemy powtarzać”. Paweł zdał maturę po niemiecku! Dostałam trzy utwory do przygotowania, miałam na to mało czasu, może trzy tygodnie, ale bardzo się ucieszyłam. To mój czwarty film z Pawłem. Śpiewałam u niego już po polsku, rosyjsku, francusku – teraz po niemiecku. Najnowszy film opowiada o rodzinie Thomasa Manna, gram tam niewielką rolę, ale bardzo się cieszę, że znów pracujemy razem i że spotkałam na planie Sandrę Hüller, niesamowitą aktorkę.
Od „Zimnej wojny” minęło sporo czasu, była pandemia, strajki scenarzystów… Fajnie było znowu zobaczyć „naszą ekipę” – Ewę Puszczyńską, operatora, ludzi z dawnej obsady życia zawodowego [śmiech].
(Fot. Aleksandra Modrzejewska-Mitan/TK MGMT)
W międzyczasie Ewa Puszczyńska odniosła kolejny wielki sukces – wyprodukowana przez nią „Strefa interesów” w reżyserii Jonathana Glazera dostała Oscara.
Ewa powiedziała mi ostatnio: „Aśka, musimy zrobić musical. Ty musisz zagrać w musicalu”. Odpowiedziałam: „Ewa, wymyśl coś, proszę”. Musical napisany specjalnie pod moje śpiewanie?! Bardzo bym tego chciała.
Zanim powstanie musical, w czym będziemy mogli cię jeszcze zobaczyć?
W najbliższym czasie będę pracowała przy dwóch francuskich projektach – jeszcze nie mogę zdradzić tytułów. Z mniejszych ról: pojawiłam się w „Sto lat” i „The Office PL” Maćka Bochniaka, mojego męża, gram też w „Dzikim, dzikim Wschodzie” Janka Holoubka – żonę chłopa, taką herszt-babę. Jest kilka Teatrów Telewizji w planach, m.in. bardzo zabawny projekt, w którym miałabym zagrać Britney Spears – zobaczymy, czy się uda.
Mówiłaś, że łapiesz coraz lepszy balans między pracą a macierzyństwem.
Widzę, że to się da poukładać, ale wymaga wysiłku i jasnego nazwania, co jest pracą, co pasją, co byciem mamą, a co byciem kobietą w ogóle. Kiedy odróżnia się te przestrzenie, łatwiej jest je rozwijać, zamiast mieć wrażenie wielkiego chaosu. Mój zawód sam w sobie jest chaotyczny, a jednocześnie wymaga dyscypliny. Serial to pobudka o 4:30, 12 godzin na planie plus charakteryzacja, czyli 14 godzin wyjętych z życia. Wracasz kompletnie wypluta, musisz się jakoś zregenerować, żeby następnego dnia znowu wejść w rolę. Dlatego tak ważna stała się dla mnie własna pracownia – gabinet. Kiedyś mówiłam, że w nowych mieszkaniach zawsze jest gabinet męża, nigdy gabinet żony. Ja swój stworzyłam. Wchodzę tam i od razu pojawiają się pomysły. To miejsce bez bodźców, w którym mogę czytać, myśleć, pracować nad rolą, nad muzyką. To przestrzeń, która generuje pracę, ale też uspokaja.
Czyli co – w przyszłości śpiewamy?
Tak, bardzo bym chciała. Marzy mi się też własny koncert, materiał muzyczny, który będzie naprawdę mój.
Chciałaś przecież studiować wokalistykę…
Nie żałuję, że nie dostałam się wtedy na wydział jazzu. Aktorstwo dało mi ogromną wolność i możliwość spotykania ludzi z całego świata. Teraz chciałabym, żeby to wszystko zaowocowało projektami muzycznymi – płytą, koncertem, czymś, co wyjdzie z tej mojej małej pracowni.
Czyli Joasia Kulig w drodze.
W drodze, ale spokojniejsza w środku. Spokojniejsza, ale bez przesady.
To akurat ci nie grozi.
I bardzo dobrze.
Joanna Kulig, aktorka i wokalistka. Urodziła się w Krynicy-Zdroju, dzieciństwo spędziła w Muszynce. Laureatka Złotych Lwów, Orłów i nagrody Europejskiej Akademii Filmowej, członkini Amerykańskiej Akademii Sztuki i Wiedzy Filmowej. Wkrótce będzie można zobaczyć ją w serialu „Ołowiane dzieci” (premiera 11 lutego, Netflix) i w filmach „Isola”, „Dziki, dziki Wschód” oraz „1949”. Prywatnie żona reżysera Macieja Bochniaka, mama siedmioletniego Jasia.
Sesja odbyła się w willi Bohdana Pniewskiego w Warszawie, siedzibie Muzeum Ziemi PAN. Dziękujemy Polskiej Akademii Nauk za udostępnienie wnętrz.