„Bardzo dużo naszej uwagi – w procesach terapeutycznych, ale też w narracji o zdrowiu psychicznym – kieruje się na rodziców, a wkład rodzeństwa (czy też jego brak) jest niedoceniany. Niesłusznie. W moim odczuciu jest równie istotny, a czasem nawet istotniejszy, bo dłużej trwa” – mówi psycholożka Marta Niedźwiecka.
Wywiad pochodzi z miesięcznika „Zwierciadło” 12/2025.
Joanna Olekszyk: Ty masz, zdaje się, brata, prawda?
Marta Niedźwiecka: Ani brata, ani siostry, niestety.
Naprawdę? W takim razie zanim poproszę cię o opinię jako psycholożkę, spytam jak jedynaczka jedynaczkę: tęskniłaś czasem za rodzeństwem? Bo ja często.
Tęskniłam, pewnie, i bardzo szukałam osób, z którymi łączyłyby mnie przeżycia bratersko-siostrzane. Długo przeżywałam nieposiadanie rodzeństwa jako istotny brak w moim życiu. Nie idealizując w żaden sposób stosunków między rodzeństwem, bo one potrafią być i wspaniałe, i bardzo trudne.
A jak doprecyzowałabyś ten brak? U mnie chodziło chyba o brak kogoś, kto mógł być świadkiem i codziennym towarzyszem mojego dorastania, z kim mogłabym dzielić się moimi przeżyciami, ale też kto zdjąłby ze mnie ten ciężar nieustannej uwagi ze strony rodziców. Wiesz, jak jesteś jedynaczką i siedzisz za karę w domu, to siedzisz sama, a jak masz rodzeństwo, to siedzisz jednak z innymi dziećmi. Jak jedziecie na wakacje, to też masz towarzystwo, nie musisz tyle wysiłku wkładać w nowe znajomości.
Miałam dosyć podobnie. Też mi bardzo brakowało takiej osoby, która by znała mój świat – nie musiałabym opowiadać jej, co się dzieje w domu, bo ona po prostu by to wiedziała i rozumiała, nawet jeśli jej rodzice byli trochę „inni” niż moi, bo na przykład była starsza. Brakowało mi kogoś, z kim mogłabym dzielić radości i bolączki tego codziennego życia.
Jako dziecko byłam otoczona praktycznie samymi dorosłymi. Ze strony matki – mimo że miała liczne rodzeństwo – nie było żadnych innych dzieci. Kuzynostwo mam tylko ze strony ojca. Więc ta uwaga, o której mówisz, płynęła nie tylko od rodziców, ale ze strony całego jednego skrzydła rodziny. Normalnie wrony wpatrujące się w małe pisklę. Bardzo deprymujące. I obciążające. Pełne oczekiwań, ale też nadmiarowej kontroli. Poza tym relatywnie wcześnie zauważyłam, że tresuje się mnie do bycia „dobrym jedynakiem”. Już na starcie o wiele więcej ode mnie wymagano. W myśl zasady, że każdy jedynak jest egoistyczny, starano się mnie przerobić na porządnego członka społeczeństwa. Kiedy więc miałam kontakt z moim kuzynostwem ze strony ojca, boleśnie zauważałam, że tamte dzieciaki w ogóle się nie liczyły z tym, że trzeba dzielić słodycze na równe części, do czego mnie na przykład zmuszano za każdym razem, jak dostawałam czekoladę od babci. Żebym, broń Boże, nie zawłaszczyła jej od razu dla siebie. Tymczasem dzieciaki, które miały rodzeństwo, szły po swoje, nie oglądając się na to, jaką pożogę za sobą zostawiają. To też mi bardzo doskwierało. Nawet kiedy patrzyłam, jak przyjaciółka z przedszkola drze koty ze swoją siostrą, to jej zazdrościłam, bo wiedziałam, że poza tą sytuacją mają wspólny świat, język, zabawy, opowieści, bohaterów i bohaterki wyobraźni – całą tę siostrzaną mitologię.
W jakimś stopniu taką bliskość można osiągnąć z przyjaciółką…
…ale z przyjaciółką nie macie jednak tak częstej ekspozycji na siebie nawzajem jak z siostrą, tu jednak jesteście razem na dobre i na złe.
Posiadanie siostry czy brata to także świetny trening umiejętności społecznych.
Dlatego właśnie dzieci pozbawione rodzeństwa potrzebują więcej interakcji poza domem, bo muszą wprowadzić w życie i przetestować różne sytuacje, których z dorosłymi – ze względu na tę hierarchię, której nie da się ominąć – nie wyćwiczą.
Kiedy myślę o rzeczach, z którymi musiałam zmagać się w mojej dorosłości, widzę, że one w dużej mierze brały się właśnie z tej „pojedynczości”. Na przykład podobnie jak ty musiałam nauczyć się walczyć o swoje, tak skutecznie wyrugowano ze mnie ten naturalny dziecięcy egoizm. Czy wiesz, że jak wyjeżdżałam z przyjaciółkami na urlop i miałyśmy do wyboru kilka pokoi, to zawsze wybierałam ten najmniejszy lub najgorszy? Myślę, że gdybym miała rodzeństwo, to wiedziałabym, że trzeba brać najlepszy. Od razu. No chyba że rodzice kazaliby mi ustępować młodszej siostrze lub starszemu bratu…
I tu dotykasz ważnego tematu, który w moim odczuciu stanowi istotę dynamik między rodzeństwem. Oczywiście dzieci mają swoje osobowości i wzajemnie na siebie oddziałują, ale to, jak się do siebie będą odnosić na metapoziomie, jak będą się traktować – w dużej mierze zależy od tego, jak to ulepią dorośli. Modelowanie przez rodziców jest bardzo niedostrzeganym elementem w rozpatrywaniu takich trudności między rodzeństwem, jak: rywalizacja, wrogie antagonizmy, zazdrość, zawiść, brak wsparcia czy kłótnie. Nie mówię, że rodzeństwo nie może się pokłócić samo z siebie, ale kiedy mama i tata nieustannie stawiają starsze dzieci za wzór młodszym, hodują tam antagonizm, niechęć i rywalizację. Nikt nie chce być porównywany i nieustannie strofowany, żeby równać do idealnej siostry czy perfekcyjnego brata. To samo dotyczy zawstydzania czy spychania odpowiedzialności i opieki nad młodszymi dziećmi na starsze – zwyczaj z czasów, kiedy dorośli nie poświęcali wiele uwagi dzieciom, bo taki był porządek świata – ale też nieświadomego czy półświadomego niesprawiedliwego traktowania: faworyzowania jednego z dzieci, traktowania pobłażliwie czy z większym zapasem cierpliwości. My, terapeuci, takich historii w gabinetach słyszymy bardzo dużo. A to młodszy brat mógł sobie pozwalać na różne rzeczy, podczas gdy starsza siostra musiała być odpowiedzialna, gotowa do poświęceń i poważna. A to bracia zawsze rywalizowali o uwagę ojca. W każdej z tych opowieści to rodzice najpierw wpuszczali truciznę między dzieci. To oni psuli ten startowy, być może dobry układ.
Czytaj także: Rodzeństwo to wielka siła, biologicznie uwarunkowana – mówi Wojciech Eichelberger
Drugą rzeczą, z którą nie umiałam sobie poradzić w dorosłości, była rywalizacja. Zawsze się z niej wycofywałam, pozwalałam sobie na nią tylko w sporcie, a i wtedy czułam się z tym źle, bo jak mogę chcieć pokonać najlepszą przyjaciółkę czy być zła, że trener poświęca jej więcej czasu czy uwagi. Rodzeństwo takie rzeczy testuje na co dzień.
Czyli ominęło cię coś, co byłoby w domu z dobrym modelowaniem obsłużone, bo pierwsza rzecz, z którą muszą się zmierzyć rodzice kolejnego dziecka przychodzącego na świat, to zazdrosne uczucia tego, które na świecie już jest. I to nie musi być wcale zazdrość widziana jako niechęć, odrzucenie. To może być na przykład nadopiekuńczość. Dorośli czasem interpretują zaborcze postawy starszego rodzeństwa wobec tego świeżo narodzonego jako miłość: „Zobaczcie, jak on się o nią troszczy”. Otóż nie, tak się przejawia instynkt kontrolowania tego małego człowieka, który przyszedł na świat i zagraża mojej dotychczasowej pozycji, czyli temu, ile miłości i uwagi dostanę od rodziców.
To jest naturalny element układu i bardzo dobrze, że dzieci się z tym mierzą w rodzinach. Jak rodzice są mądrzy, to dyslokują swoje zasoby w taki sposób, by dzieci czuły się traktowane fair. Ale też tym starszym pomagają przeżyć zazdrość w bezpieczny sposób, tłumacząc, że można czuć się niepewnie, czyli oswajając, metabolizując to przeżycie. Uczą, że młodsze rodzeństwo ich nie detronizuje. Zmienia się pewna dynamika, ale nadal są kochani.
Jedynacy tego nie testują, w związku z tym z różnymi zazdrosnymi czy nawet zawistnymi instynktami muszą radzić sobie sami, i to zwykle o wiele później. Była kiedyś taka teoria, że miejsce urodzenia dziecka w systemie rodzinnym trochę determinuje cechy jego osobowości. Zrobiono dużo badań przekrojowych, które miały sprawdzić, czy ta teoria znajduje potwierdzenie w praktyce, i się nie potwierdziła. Twój numerek w rodzinie jest tylko numerkiem, ale rodzice mogą próbować zaszczepiać w dzieciach – właśnie ze względu na kolejność ich przyjścia na świat – różne idee, które będą je stymulować do kształtowania konkretnych postaw. Na przykład dzieci numer jeden często są obarczane opieką nad innymi.
No ale jest w tym jakaś logika, że najstarsze dziecko jest zwykle już ukształtowane, bywa więc stawiane za wzór dla reszty…
Ma też wysoką odpowiedzialność i jest osiągające, żeby nie powiedzieć ambitne. Natomiast środkowe bywają porządnickie, trzymające się zasad i hierarchiczne, bo kiedy przyszły na świat, miały już kogoś nad sobą. No a najmłodsze dzieci zwykle zostają rodzinnymi beniaminkami, rozpieszczonymi, roszczeniowymi i wysługującymi się rodzeństwem. Nie mają ani odpowiedzialności jedynek, ani karności dwójek, za to zbierają śmietankę z całego tego układu… Cóż, ludzie lubią w to wierzyć i my im nie zabronimy, natomiast badania tego nie potwierdzają. Wiemy za to, że rodzice mogą wepchnąć dzieci w jakiś model, który będzie wtórnie potwierdzał ich założenia. Czyli jak będą chcieli rozpieścić dziecko, to będzie rozpieszczone.
Czytaj także: Rodzeństwo, czyli nie jesteś sam
Widzę to tak, że kolejność urodzenia może nas nie predestynuje, ale pokazuje pewne tendencje, możliwości czy zagrożenia. Choćby takie, że w naturalny sposób uwaga rodziców kieruje się głównie na skrajne dzieci, czyli najstarsze i najmłodsze, stąd środkowe często bywają tymi niezauważanymi, ale też tymi, którym daje się większą wolność. I znów – duża w tym rola rodziców. Tym bardziej powinni pilnować, by żadne z dzieci nie czuło się pominięte, bo na przykład inne sprawiają więcej problemów, są zdolniejsze czy na przykład chore.
Jako dzieci jesteśmy istotami całkowicie zależnymi od dorosłych. Rodzeństwo, nawet jeśli jest fantastyczne, nie da nam poczucia stałości i punktu odniesienia, potrzebujemy tego od rodziców. Nawet jeśli nasz brat jest o kilkanaście lat starszy, co się czasem zdarza, to on dalej jest najwyżej nastolatkiem, nie dorosłą osobą.
Widzisz, narzekałyśmy na nadmiar kontroli i uwagi, a dzieci w wielodzietnych rodzinach narzekają, że mają ich za mało albo że są nierówno rozdzielane. Choć trzeba też zaznaczyć, że po równo nie zawsze znaczy sprawiedliwie. Dzieci, które się rodzą jedno po drugim, zawsze będą czuły ubytek tego, co do tej pory miały niereglamentowane. W naturalny sposób mama, która wraca ze szpitala z oseskiem, będzie mu teraz musiała poświęcać sto procent uwagi, co oznacza, że starsze na jakiś czas ją stracą.
Może dostaną wtedy większą uwagę ze strony ojca albo babci?
I właśnie dlatego tak ważne jest, by w tym momencie pojawił się inny dorosły, który dźwignie to, czego potrzebuje dziecko starsze, i zrobi miejsce na to młodsze. Czasem, przejmując część opieki nad niemowlęciem, pozwoli matce podtrzymywać więź z pierwszym dzieckiem. A im więcej dzieci, tym większa konsumpcja zasobów, czyli czasu, energii i uwagi. Rodzina to naprawdę jest bardzo skomplikowana układanka, która sama się nie poukłada.
Mówisz, że po równo nie zawsze jest sprawiedliwie, ale też nie jest chyba realnie. Da się kochać wszystkie dzieci tak samo?
Nie wiem, ciężko mi odpowiedzieć uczciwie na podstawie wiedzy, jaką posiadam. Chciałabym myśleć, że da się kochać dzieci po równo, natomiast to też nie znaczy dawania im tej samej opieki. Wyobraź sobie, że masz dwójkę maluchów, które kochasz po równo, ale jedno ma jakieś trudności rozwojowe albo zaczyna chorować, i musi dostać więcej.
To, które dostaje mniej, może pomyśleć, że jest też mniej kochane…
Może tak pomyśleć, dlatego bardzo ważne jest, by je w tej kwestii uspokoić. Czasem jedno dziecko po prostu bardziej ciebie przypomina, a wtedy łatwiej jest kochać, otaczać opieką i dawać uwagę. Wolimy te dzieci, które są trochę bardziej podobne do nas, nie jest to świadomy proces, tylko egoizm genowy – po prostu wtedy bardziej czujemy, że są nasze. Jest niestety dużo badań, które pokazują, że matki faworyzują płcie, a konkretnie faworyzują synów.
I z czego się to bierze?
Z tysięcy lat kultury i socjalizacji. Chłopiec od zawsze liczył się dla matki – jakkolwiek brutalnie by to zabrzmiało – bardziej niż dziewczynka. Za syna są liczne nagrody społeczne, a między matką a córką czy matką i córkami może być bardzo dużo rywalizacji i antagonizmów. Są na przykład badania, które pokazują, ile matki czekają, zanim odpowiedzą na płacz niemowlęcia. I to oczekiwanie w wypadku dziewczynek potrafi być o 30 procent dłuższe niż w wypadku chłopców. Tak jak mówię, chciałabym, by rodzice kochali dzieci po równo, choć wiem, że nie zawsze jest to możliwe.
Jeżeli nie traktujemy dzieci jak projektów, czyli że mają być przedłużeniem rodu, spadkobiercą czy absolwentem Harvardu, tylko dajemy się im rozwijać i jakoś je w tym rozwoju stymulujemy, to są duże szanse, że pomiędzy rodzeństwem nie powstanie mordercza rywalizacja, która jest najczęściej powodem tych dramatycznych opowieści, które słyszą terapeuci albo które opowiadają sobie przyjaciele. W optymalnej sytuacji rodzeństwo jest dla siebie bowiem kimś więcej niż przyjaciółmi – rodziną, która zostaje, gdy odchodzą rodzice. Wsparciem, zrozumieniem.
Genetyka mówi wręcz, że rodzeństwo jest sobie najbliższe na świecie.
I nieschrzanienie tego wydaje mi się całkiem ważnym zadaniem. Najpierw dla rodziców, a potem dla samych zainteresowanych.
Pamiętam, że kiedy opowiadałam moim rówieśnikom, jak bardzo im zazdroszczę, że mają brata, siostrę czy po prostu dużą rodzinę, zawsze odpowiadali: „Ty nie wiesz, o czym mówisz. Ciesz się, że nie musisz się z nimi użerać, jeszcze w tym samym pokoju”. Obecnie powstaje coraz więcej seriali ukazujących te skomplikowane relacje: „Sukcesja”, „Scheda”, „Ród Guinnessa”.
I zobacz, w każdym z nich widać, że tam nie ma zbudowanej więzi między rodzeństwem, siostry czy bracia odgrywają scenariusze wymyślone dla nich przez rodziców. „Sukcesja” jest na to świetnym przykładem. Są tam: i beniaminek, i środkowa siostra, która pragnie się wybić i zostać zauważona, i najstarszy syn, który miał być championem, ale tego nie dźwiga. To nie jest rodzina, to raczej beczka szczurów.
Dlatego tak fascynują mnie rodzeństwa, a jeszcze bardziej te bliźniacze. Mam w swoim bliskim otoczeniu przykład dorastających chłopców, bliźniaków dwujajowych. Ileż tam jest rywalizacji, żądań, by było zawsze po równo, a jednocześnie bardzo podobnych map myślowych i schematów zachowań.
Tam jest zwykle bardzo dużo pracy nad tożsamością, a ponieważ bliźnięta niewiele różni, to staje się ona prawie walką o życie.
W nagrodzonym w Gdyni filmie „Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej” w reżyserii też nagrodzonej Emi Buchwald widzimy czwórkę już dorosłego rodzeństwa. Dwóch chłopaków i dwie dziewczyny. Dwójka z nich: brat i siostra są bliźniętami. Film zaczyna się od tego, że brat bliźniak bardzo poluźnia kontakt z pozostałą trójką, co oni odbierają jako coś niepokojącego, wręcz zagrażającego ich istnieniu. W jednej ze scen chłopak mówi, że ma już dość bycia poczwórnym.
Bardzo szanuję potrzebę autonomii, u bliźniąt ona ma szczególne znaczenie, ale z drugiej strony postrzegam ją jako luksus kogoś, kto ma – jak w tym przypadku – trzy bliskie sobie osoby, dla których jest ważny, które obchodzi i które rzucą wszystko, żeby go szukać czy ratować. Jedynaczka we mnie mówi więc raczej: „Dobra, dobra”. Owszem, taka poczwórność bywa nużąca, wyobrażam sobie, że czasami może brakować powietrza i trzeba wyjechać na drugi koniec świata, ale kiedy przykładam to do dzisiejszego zatomizowanego świata, w którym ludzie mają dla siebie bardzo mało czasu, nie kultywują przyjaźni, a samotność i izolacja należą do najczęstszych chorób cywilizacyjnych – to widzę, że to, co ten chłopak ma, jest bezcenne. Nie próbuję umniejszać dylematu dorosłego dziecka z wielodzietnej rodziny – ono chce mieć mieć swój kawałek podłogi, nie musieć się wszystkim dzielić, ale w moim świecie dobre rodzeństwo to dar. Co innego mieć te relacje skopsane.
Reżyserka filmu sama pochodzi z wielodzietnej rodziny. W naszym festiwalowym studio przyznała, że to, jaka jest dzisiaj, zawdzięcza swoim braciom i siostrom. Jej zdaniem za mało mówi się o tym, jak wielki wpływ na nasz świat wewnętrzny ma właśnie rodzeństwo. Sprawia, że nigdy nie będziesz czuła się pojedyncza, ale też że nigdy nie będziesz sama.
Dlatego tak bardzo boli, jak te relacje są trudne lub zaburzone. To potrafi zatruć połowę dorosłego życia. Te wszystkie plusy, o których powiedziałyśmy, zamieniają się wtedy w minusy. Masz kogoś, kto cię zna na wylot, czyli zna twoje dobre i złe strony, a ty znasz jego lub jej, jesteście powiązani rodzinnie, czyli kulturowo, społecznie, finansowo i majątkowo, no pod każdym względem. Niech wasi rodzice zaczną chorować, niech się pojawi jakiś spadek czy konflikt w rodzinie – to wszystko jest waszym wspólnym udziałem. I teraz wyobraź sobie, że te wszystkie rzeczy łączą cię z kimś, kogo nie cierpisz, do kogo masz wielki żal, kto ciągle ci w życiu bruździ i od kogo nie możesz się uwolnić. Oczywiście można zerwać kontakt, ale to nie powoduje, że przestaje się mieć brata czy siostrę. Oni są częścią twojego wewnętrznego krajobrazu. Tak jak dobre układy z rodzeństwem to błogosławieństwo, tak złe są strasznym obciążeniem. Jak są silne więzi, to jest miejsce na bardzo dużo dobra, ale i na dużo zła. I wtedy się pojawia coś, czego my możemy nie rozumieć, bo tęskniłyśmy za rodzeństwem, nie mając go, ale oni też tęsknią. Często słyszę to w gabinecie. Tęsknią za dobrym rodzeństwem, choć przecież mieli braci czy siostry.
Czy nad taką źle prowadzoną przez rodziców lub nieistniejącą relacją braterską czy siostrzaną można zacząć pracować w dorosłym życiu? Sprawić, by stała się dobra, dojrzała, wspierającą?
Z mojego doświadczenia wynika, że to się zdarza, najczęściej wtedy, kiedy obie strony idą na terapię. Czyli niezależnie od siebie brat czy siostra postanawiają coś zmienić w sobie i swoim życiu, a elementem procesu terapeutycznego są trudne relacje między rodzeństwem – wtedy rzeczywiście pewne rzeczy zaczynają się prostować. Przestają do siebie podchodzić z taką podejrzliwością, zaczynają widzieć bardziej jasne niż ciemne strony więzi, jaka ich łączy; rozumieć, że rywalizacja do niczego nie prowadzi. Czasami zdarza się, że jedno z rodzeństwa idzie na terapię i przestaje mieć jakieś oczekiwania wobec brata czy siostry albo traci chęć ich ratowania, i to też może zmniejszyć ciśnienie w układzie.
Czytaj także: Dorosłe rodzeństwo przełyka dawne żale, czyli jak uzdrowić relacje w rodzinie
Bardzo dużo naszej uwagi – w procesach terapeutycznych, ale też w narracji o zdrowiu psychicznym – kieruje się na rodziców, a wkład rodzeństwa (czy też jego brak) jest niedoceniany. Niesłusznie. W moim odczuciu jest równie istotny, a czasem nawet istotniejszy, bo dłużej trwa. Nie ma w nas takiej dążności do poprawiania relacji z rodzeństwem, a przecież warto. Może filmy i seriale, o których mówiłyśmy, to zmienią. Tym bardziej że tu jest o wiele więcej do ugrania. Starych rodziców na pewno nie zmienimy. Nie chcę powiedzieć, że zmienimy rodzeństwo, ale ponieważ oni są z naszej generacji, to prawdopodobnie są jednak bardziej elastyczni. Dlatego zostawmy już starych. Zniszczyli nam życie? To przynajmniej sobie nie dokładajmy.
A można się w dorosłym życiu wyzwolić z roli, jaką się odgrywało w rodzinie?
Ja bym gorąco namawiała do wyzwalania się z wszelkich ról, jeśli nas uwierają, tylko to jest związane z pracą. Pamiętaj, że jakkolwiek wkurzające by były, jednak zdejmują z nas wiele ciężaru. Dużo łatwiej jest zachować się protekcjonalnie wobec młodszego rodzeństwa, niż usłyszeć, co ma do powiedzenia, wziąć to do siebie i rozważyć.
Relacje między rodzeństwem, właśnie ze względu na ten szczególny rodzaj bliskości, są wyjątkowo warte kultywowania, choć być może przemawia przeze mnie jednak odrobina idealizacji.