1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Rodzeństwo, czyli nie jesteś sam

Rodzeństwo, czyli nie jesteś sam

Zwaśnione rodzeństwo, nawet jeśli bardzo chce, nie może raz na zawsze się od siebie odciąć. Braćmi, siostrami zostaje się na zawsze. (Fot. iStock)
Zwaśnione rodzeństwo, nawet jeśli bardzo chce, nie może raz na zawsze się od siebie odciąć. Braćmi, siostrami zostaje się na zawsze. (Fot. iStock)
Nikt nie zna naszych mocnych i słabych stron tak, jak brat i siostra. Przeżyliśmy razem kawał czasu w podobnych warunkach, mamy wspólne geny i doświadczenia. Nasz związek nie da się porównać z żadnym innym.

Anna, mama Filipa (lat 10), Kacpra (8) i Hani (5): - W naszym domu trwa nieustająca wojna. O wszystko: o to, kto posprząta zabawki, kto dostał więcej łakoci, kto ma pierwszy się umyć. Jestem wykończona nieustanną próbą mediacji, pocieszania skrzywdzonego i karcenia winowajcy. Nie skutkują nasze nauki i upomnienia. Zastanawiam się nawet, czy jesteśmy dobrymi rodzicami, skoro nie potrafimy sprawić, aby nasze dzieci żyły w zgodzie, żeby były dla siebie nawzajem miłe i życzliwe.

Siostrzyczka głaszcząca braciszka po główce to obrazek tyleż piękny, co nieprawdziwy. Relacje między rodzeństwem są na ogół bardzo skomplikowane. Rozpięte gdzieś między rywalizacją i współpracą, miłością i nienawiścią, zaufaniem i zazdrością. Czasami nienawiść bierze górę – i Kain zabija Abla, Balladyna Alinę, a główny bohater filmu „Wymyk” Grega Zglińskiego umywa ręce, gdy na brata napadają bandyci.

Zazdrość i rywalizacja

Większość braci i sióstr na różnych etapach życia drze ze sobą koty. Gryzie ich z tego powodu poczucie winy - wszak powinni się kochać. Wyrzuty sumienia pogłębia przekonanie, że w innych rodzinach relacje układają się świetnie. Tymczasem konflikty między dziećmi to w rodzinach chleb powszedni. Eva Rubinstein, córka światowej sławy pianisty Artura Rubinsteina, najstarsza z czworga rodzeństwa, w jednym z wywiadów przyznaje się do trudnych relacji z najmłodszym bratem. Ma z nim sporadyczny kontakt, choć mieszkają w Nowym Jorku. Wyznaje, że konflikt między nimi istniał zawsze. Podobne przykłady można by mnożyć.

Psycholog Beata Skarżyńska: - To relacja nieporównywalna w swojej intensywności z żadną inną. Targają nią silne emocje: kłótnie, godzenie się, zazdrość, tęsknota. I to jest normalne. Co więcej – takie doświadczenia są dla dzieci ważne i potrzebne.

Pojawienie się drugiego dziecka w rodzinie jest dla tego pierwszego bardzo trudnym przeżyciem. Bo nagle czuje się zdetronizowane, z dnia na dzień traci pozycję tego jedynego, kto nie musiał z nikim dzielić się mamą i tatą.

Marta Maruszczak w „Rodzicach i dzieciach” pisze, że zazdrość pojawia się od pierwszego dnia narodzin młodszego dziecka i trwa aż do dorosłości, a nawet do końca życia. Zmieniają się tylko jej formy i natężenie. Maluchy rywalizują o uwagę, czułość rodziców, czas poświecony każdemu z nich. Kłócą się o zabawki, przysmaki, miejsce przy stole, a nawet „lepszą” rękę mamy podczas spaceru. Kilkulatki dokuczają sobie i spierają się o to, które lepiej potrafi coś robić, które jest mądrzejsze, ładniejsze, bardziej dowcipne i bardziej lubiane przez kolegów. Walczą o przestrzeń we wspólnym pokoju, prezenty, przywileje. Dorastające rodzeństwo konkuruje o przyjaciół, lepszą pozycję w grupie rówieśniczej, powodzenie u płci przeciwnej. Dorośli bracia i siostry porównują swoje pozycje zawodowe, materialne, kto ma zdolniejsze dzieci i lepszych partnerów.

Połączeni na zawsze

Rywalizacja jest kosztowna, wymaga wiele energii, pociąga za sobą nieprzyjemności, wiąże się z psychicznym dyskomfortem. Mimo to dzieci ciągle się kłócą. Co im to daje?

Marta Maruszczak wylicza zalety: Na bezpiecznym domowym poligonie dzieci trenują wchodzenie w interakcje, radzenie sobie w trudnych sytuacjach, sprzeczanie się i godzenie – te umiejętności społeczne przydadzą się im potem w życiu. Konkurowanie z rodzeństwem to świetna lekcja asertywności i empatii. Uczy dochodzić swoich praw, ale i respektować prawa innych, co sprzyja rozwojowi inteligencji emocjonalnej, która odgrywa dużą rolę w odnoszeniu sukcesów życiowych. Hartuje, uodparnia na przykrości, ćwiczy refleks, umiejętności formułowania sądów i wyrażania swojego zdania. Uczy radzić sobie z silnymi emocjami (gniewem, zazdrością), zawierania kompromisów i negocjacji. Może dopingować do pracy nad sobą, do wysiłku i wytrwałości.

Rywalizacja jest więc przydatna, ale w rozsądnych granicach. Ta bezpardonowa może wyrządzić nieodwracalne szkody, prowadzić do demoralizacji, poszukiwania rozwiązań poza domem. Może determinować zachowania, uczucia i sposób myślenia o sobie samym w dorosłym wieku. Może przetrwać do końca życia i „rozlać się” na całą rodzinę, co często jest powodem konfliktów, niezgody, wzajemnej wrogości. Dlatego rywalizacji w żadnym razie nie wolno podsycać.

Zwaśnione rodzeństwo, nawet jeśli bardzo chce, nie może raz na zawsze się od siebie odciąć. Braćmi, siostrami zostaje się na zawsze. Niemiecki psychoterapeuta, Bert Hellinger mówi, że każde z dzieci przynależy do rodziny pochodzenia. Według Hellingera na poziomie nieświadomym wszyscy członkowie rodziny są ze sobą połączeni, zarówno żyjący, jak zmarli. Podkreśla, że choć wszyscy jako ludzie mamy taką samą wartość, to dla „porządku rzeczy” potrzebna jest hierarchia: z rodzicami na szczycie i dziećmi w kolejności urodzenia: pierworodnym na pierwszym miejscu, urodzonym jako drugie na drugim itd. Ostatnie miejsce, które zajmuje najmłodsze dziecko, wcale nie jest najgorsze, a nawet okazuje się lepsze, bo zapewnia mu korzystanie nie tylko od rodziców, ale i od starszego rodzeństwa. Natomiast najwięcej praw ma pierworodne dziecko. Nie tylko zresztą według Hellingera - w większości kultur to jego honorowało się największym majątkiem. Ale i na niego spadały największe obowiązki i odpowiedzialność za rodziców.

Czy kolejność narodzin determinuje życie?

Ronald W. i Lois A. Richardsonowie w książce „Najstarsze średnie najmłodsze” odpowiadają na to pytanie twierdząco. Z ich badań wynika, że pierwsze dziecko zazwyczaj identyfikuje się z wyznawanymi przez rodziców wartościami i stara się stać takim człowiekiem, jakim oni chcą go widzieć. Drugie dziecko, zwłaszcza jeśli jest tej samej płci, może być postrzegane jako nie tak „dobre” jak pierwsze – mniej kompetentne w robieniu tego, co cenią rodzice. Czasem, jeśli pierwsze dziecko dobrze radzi sobie z rolą „dobrego” (czyli spełnia oczekiwania rodziców), jego brat czy siostra starają się być zauważeni dzięki odgrywaniu roli tego „złego”. Młodsze dzieci natomiast określają siebie w zależności od tego, jakie terytorium zostało już zajęte przez starsze.

Anna, mama przyznająca się do braku pomysłu na poskromienie swojej trójki zapewnia: - Każde z dzieci traktuję tak samo i tak samo kocham. Ale każde z nich inaczej reaguje na moje uwagi i dyscyplinujące polecenia. Im bardziej jednak się staram, tym konflikty między nimi są większe.

Autorzy książki „Najstarsze…” nie zgadzają z podobnie jak Anna myślącymi rodzicami: To nieprawda, że traktujecie dzieci tak samo. Zmieniacie się pomiędzy ich narodzinami, zmienia się też świat i warunki, w jakich żyjecie. Dlatego dzieci wychowujecie w odmienny sposób, choć zazwyczaj nie jesteście tego świadomi.

Z kolei same dzieci zdają się to potwierdzać domagając się jednakowego traktowania, absolutnej równości praw i obowiązków. A rodzice w odpowiedzi na te żądania – podobnie jak Anna - usiłują „dzielić wszystko po równo”. Czy to dobry kierunek? Niekoniecznie. Skrupulatne mierzenie i ważenie wszystkiego wiąże się bowiem z ciągłym porównywaniem, co rodzi jeszcze większą rywalizację i zazdrość. Tym samym rodzice zapędzają się więc w ślepą uliczkę - dzieciom ciągle bowiem za mało „równości”.

Sprawiedliwie nie znaczy jednakowo

Marta Maruszczak uważa, że traktowanie wszystkich dzieci tak samo nie jest ani mądre, ani wskazane ani efektywne. Bo przecież każde dziecko jest inne. Dlatego tak też powinno się je traktować – jako jedyne i niepowtarzalne. I na przykład spędzać trochę czasu z każdym z dzieci sam na sam, mieć jakieś plany i sprawy z każdym z nich z osobna. Jeżeli nie starczy nam czasu dzisiaj, umówmy się na jutro. Po drugie: Nie wolno rodzeństwa porównywać. Nic tak bowiem nie psuje relacji pomiędzy nimi jak stawianie jednego za wzór drugiemu. Wtedy to krytykowane czuje się gorsze i nie lubi tego „lepszego”. A poza tym – dzieci w końcu zaczynają zachowywać się zgodnie z przypisywaną im rolą. Po trzecie – zamiast obdzielać je po równo, powinniśmy kierować się ich indywidualnymi potrzebami. Po czwarte – nie zapewniajmy, że kochamy wszystkie dzieci jednakowo, bo trąci to fałszem.

Marta Maruszczak: „Nie musimy każdej niesprawiedliwości tłumaczyć dzieciom, używając racjonalnych argumentów. One nie przyjmują logicznych wyjaśnień, kiedy czują się rozżalone. Okażmy mu wtedy szczególną troskę i zapewnijmy, że kochamy je wyjątkowo. Ceniąc indywidualność każdego dziecka i ciągle podkreślając jego niepowtarzalność, sprawimy, że każde poczuje się tak, jakby było najważniejsze i przestanie domagać się sprawiedliwości”.

Rodzeństwo nie jest od wychowywania

Starsze dzieci odbierają pojawienie się na świecie brata albo siostry raczej jako stratę niż zysk. Nie widzą powodu, żeby kochać kogoś, kogo nawet nie znają. Tymczasem oczekuje się od nich zachwytu, miłości, opieki. Jeżeli wyrażają niezadowolenie, rodzice także są niezadowoleni. Taki jest początek relacji większości rodzeństw i efekty tego pierwszego doświadczenia mogą trwać długo, nawet do dorosłości.

Beata Skarżyńska: - Oczekiwanie, że bracia i siostry będą się od początku wzajemnie wspierać i opiekować, jest mrzonką. W dodatku mocno dzieci obciążającą. Dzieciństwo to czas, kiedy potrzebuje się opieki, a nie opiekuje innymi, choćby rodzeństwem. Znam wielu dorosłych, którzy mają do rodziców głęboki żal o to, że musiały zajmować się swoim młodszym rodzeństwem. Niektórzy nie decydują się na własne dzieci, bo mają poczucie, że już się nawychowywały. Dlatego zaakceptujmy fakt, że dzieci nie chcą zajmować się młodszym rodzeństwem. Nie zmuszajmy ich do wspólnych zabaw. Uszanujmy potrzebę każdego dziecka do wyrażania swoich uczuć, do swojej prywatności, odmienności. Szczodrość nie przychodzi łatwo. Gdy nie będziemy do niej przymuszać, dziecko samo dojdzie do wniosku, że zachłanność po prostu się nie opłaca.

Życie rodzeństwa jest o wiele bogatsze niż jedynaka. We wczesnym dzieciństwie obfituje w intensywne przeżycia, zarówno dobre jak i trudne, co stwarza jedyną w swoim rodzaju szansę na rozwój. Często docenia się to dopiero w dorosłości. W ogóle dopiero wtedy zbiera się większość owoców życia w rodzinnej gromadzie. Gdy odchodzą rodzice, tylko brat i siostra są tymi osobami, którzy znają nas najdłużej, którzy wiedzą o nas najwięcej. Nawet krytyka z ich ust jest źródłem cennej wiedzy o nas. Możemy się kłócić, nie utrzymywać stałego kontaktu, ale gdy znajdziemy się w kryzysie, pierwsi przyjdą z pomocą. Dzięki rodzeństwu czujemy, że nie jesteśmy na tym świecie sami.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze