1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Relacje
  4. >
  5. Aplikacje randkowe rzadko łączą ludzi w pary. Socjolog tłumaczy, dlaczego zawodzą

Aplikacje randkowe rzadko łączą ludzi w pary. Socjolog tłumaczy, dlaczego zawodzą

(Fot. DrAfter123/Getty Images)
(Fot. DrAfter123/Getty Images)
Wierzyliśmy, że aplikacje randkowe staną się remedium na samotność. Choć jednak korzystamy z nich na potęgę – według statystyk dziś używa ich aż 320 milionów osób na świecie – to stałe związki zawarte dzięki nim należą do rzadkości. Socjolog prof. Tomasz Szlendak podpowiada, dlaczego tak się dzieje, zachęcając zarazem do rozglądania się wokół, bo świat analogowy wciąż ma wiele do zaoferowania.

Spis treści:

  1. Aplikacje randkowe: dlaczego nie pomagają znaleźć partnera?
  2. Współczesne randkowanie: im większy wybór, tym gorzej?
  3. Automarketing zamiast relacji: jak aplikacje zmieniają randkowanie
  4. Prof. Szlandak: „Znakomita część randek internetowych w ogóle nie kończy się spotkaniem w realu”
  5. Jak mądrze korzystać z aplikacji randkowych?

  • Prof. Tomasz Szlendak, autor książki „Miłość nie istnieje”, zwraca uwagę na to, jak wygląda szukanie miłości w erze aplikacji randkowych.
  • Ekspert nazywa aplikacje „maszynerią do niewybierania” – złudzenie nieograniczonego wyboru rzadko prowadzi do spotkań w realu.
  • Dawniej system randkowania zakładał dłuższy czas na poznanie się. Dziś, w czasach Internetu, wiele informacji o danej osobie otrzymujemy od razu, za pośrednictwem aplikacji.
  • Korzystanie z aplikacji randkowej powoduje również, że „zaczynamy postrzegać siebie nieadekwatnie, jako niezwykle atrakcyjnych” – zauważa prof. Szlendak.
  • Mądre randkowanie za pomocą aplikacji jest jednak możliwe. Pomocne będzie ograniczenie czasu korzystania z nich.

Artykuł ukazał się w magazynie „Sens” 01/2026.

Aplikacje randkowe: dlaczego nie pomagają znaleźć partnera?

Agnieszka Radomska: Wielu singli poszukujących kogoś do pary pokładało w aplikacjach randkowych niemałe nadzieje. Wszystko wyglądało obiecująco – setki potencjalnych kandydatów w jednym miejscu, nic tylko wybierać! Tymczasem te narzędzia mocno nas rozczarowały. Spotkałam się nawet z opinią, że Tinder „zrujnował scenę randkową”. Co poszło nie tak?

Prof. Tomasz Szlendak: Od razu czuję potrzebę obalenia mitu, jakoby aplikacje randkowe miały pomagać użytkownikom skutecznie wybierać partnerów. Według nauk społecznych, a już na pewno według mojej dyscypliny, czyli socjologii, jest dokładnie odwrotnie. To są z założenia narzędzia do niewybierania.

Ich twórcom nie zależy na tym, by pomóc ludziom wyjść z samotności, ale na tym, by czerpać jak największe zyski. Te zaś mnożą się wtedy, gdy użytkownicy aktywnie z aplikacji korzystają, a więc poszukują za ich pośrednictwem „drugiej połówki”, a nie wtedy, gdy ją znajdują – wtedy przecież opuściliby aplikację. Algorytm jest więc ustawiony tak, żeby podkręcić zainteresowanie osobami, które mamy do wyboru, ale na krótko – byśmy nadal szukali. Odpowiadając więc na pani pytanie, co poszło nie tak – wszystko poszło dokładnie tak, jak miało pójść. Maszyneria do niewybierania działa doskonale.

Współczesne randkowanie: im większy wybór, tym gorzej?

Przyjrzyjmy się samemu wybieraniu. Wierzymy, że aplikacje wspierają nas w wolności wyboru. Przecież, przykładowo, korzystając z Tindera, to ja decyduję, czy przesunę dany profil w prawo, czy w lewo. Pan jednak zauważa, że technologiczne, infrastrukturalne i społeczne okoliczności doboru partnera czy partnerki zależą od chęci i działań jednostki w podobnym stopniu jak przebieg makroprocesów politycznych czy ekonomicznych. Na to, czy i z kim pójdę na randkę, mam mniej więcej taki wpływ jak na kryzys ekonomiczny na drugim końcu świata? Trudno to przyjąć.

Rozumiem, choć dla mnie jako socjologa to raczej neutralna obserwacja. Proszę zwrócić uwagę, że znakomita większość ludzi jest przekonana, iż miłość romantyczna, jako pewien mechanizm wiązania nas w pary, przed powstaniem aplikacji randkowych była wolnym wyborem. To nie do końca prawda. Owszem, był on wpisany w miłość romantyczną, ale raczej jako bardzo dla nas istotna ułuda oparta na naszej wierze. W gruncie rzeczy efekty doboru partnera przez miłość romantyczną były niemal dokładnie takie same jak efekty doboru przez rodziców albo swatkę. Upraszczając, przeważnie jednak zakochiwaliśmy się w tym, w kim trzeba, kto dokładnie odpowiadał nam parametrami psychospołecznymi czy wykształceniem, bo zakochiwaliśmy się homogamicznie, czyli w osobach z podobnego szczebla społecznej drabiny.

Wróćmy do aplikacji i przywołanego przez panią stwierdzenia, że aplikacje „zrujnowały scenę randkową”. Obecnie rzeczywiście mamy do czynienia z popsuciem się systemu doboru w pary. Kiedyś miłość romantyczna działała w bardzo ograniczonych warunkach i na ograniczonym terytorium. Nasi rodzice czy dziadkowie mieli do wyboru wąską pulę ludzi spotykanych w miejscach koedukacyjnych na rynku matrymonialnym. Potencjalnych partnerów mogli poznać w szkole, na studiach, w miejscu pracy, na potańcówkach. Nie mieli dostępu do wszystkich chłopców i dziewcząt z całego świata.

Dziś w tej materii zmieniło się wszystko.

Nasza ułuda wolnego wyboru za pomocą aplikacji randkowych jest zwielokrotniona za sprawą poczucia, że wybieramy z gigantycznej puli milionów rozmaitych opcji. To jest oczywiście nieprawda.

Większość użytkowników już po dwóch miesiącach korzystania z aplikacji zauważa, że pole interesujących kandydatów czy kandydatek w promieniu na przykład pięciu czy dziesięciu kilometrów od nich jest kompletnie wyczyszczone, więc trzeba poszerzyć zasięg poszukiwań. Nie zmienia to faktu, że złudzenie niemal nieograniczonego wyboru partnera za sprawą aplikacji nadal jest powszechne, tyle że ta ułuda nie prowadzi do faktycznych, sensownych wyborów, które kończą się długim związkiem, co miłości romantycznej jeszcze się udawało.

Chyba każdy, kto korzystał z tego typu aplikacji, wie, że właściwie nie da się dojść do końca... Wystarczy trochę pomanewrować ustawieniami, by aplikacja wypluła dziesiątki nowych profili. Ale z czego konkretnie wynika to, że ten nadmiar opcji nam nie służy?

Przede wszystkim z naszej konstrukcji psychicznej. Nie ma takich badań z zakresu psychologii społecznej, które by pokazywały, że nieograniczony wybór jakkolwiek sprzyja skutecznemu wybieraniu. Najkorzystniejszy jest wybór ograniczony do kilku, powiedzmy trzech, opcji. Ta zasada dotyczy – przepraszam za to zestawienie – zarówno proszków do prania, jak i osób na rynku matrymonialnym. Nieograniczony wybór w większości przypadków sprawia nam kłopot, a nawet ból, i prowadzi ostatecznie do niewybierania niczego czy nikogo. Jak wspomniałem, na tradycyjnym rynku matrymonialnym wybór był ograniczony do osób z sąsiedztwa, znajomych znajomych, i właśnie to naturalne ograniczenie go ułatwiało. Skoro, jak pani zauważyła, nie da się dojść do końca Tindera, tym samym nie da się wybrać najlepiej pasującej do nas istoty spośród zalewu profili, których wciąż przybywa. Zamiast decydować, szukamy coraz dalej, coraz lepszych kandydatów.

I oczywiście ich nie znajdujemy?

Najczęściej nie, także dlatego, że podczas dryfowania po oceanie niekończących się możliwości użytkownicy aplikacji w pewnym momencie bardzo często zaczynają postrzegać siebie nieadekwatnie, jako niezwykle atrakcyjnych. To charakterystyczne przecenianie swojej atrakcyjności jest zwielokrotnione właśnie nadmiarem opcji.

W wydaniu kobiecym może wyglądać tak: skoro tylu kandydatów mi się wyświetla, a więc puka do mnie w okienko, to znaczy, że zapewne jestem przewspaniała. Mówię o kobietach głównie dlatego, że sprzedanie swojej atrakcyjności seksualnej czy interpersonalnej w wykonaniu mężczyzn w podobnych aplikacjach jest trudniejsze. Przepraszam za ekonomizowanie języka i za mówienie o tym bardzo wprost, ale takie są fakty: myślenie o sobie jako superpartii sprawia, że w aplikacji odrzucamy często bez cienia refleksji ludzi, których w realnym życiu byśmy nie pominęli, na których być może zwrócilibyśmy uwagę.

Mówiąc językiem Tindera, dajemy kciukiem w lewo bez chwili zastanowienia profile być może ciekawych osób, w poczuciu, że należy nam się więcej, lepiej i jeszcze trochę.

Automarketing zamiast relacji: jak aplikacje zmieniają randkowanie

W nowej książce „Miłość nie istnieje” pisze pan, że zakładając profile w aplikacjach randkowych, wpadamy w tryby automarketingu. Bardziej promujemy siebie, niż szukamy pary?

To jest generalny problem mediów społecznościowych, które z uspołecznieniem niewiele mają wspólnego. Rzeczywiście w aplikacjach randkowych wpadamy w pułapkę autoobsesyjności, koncentrujemy się na sobie i na swoim wizerunku. Tworzymy ten wizerunek po to, żeby lepiej wypaść na rynku matrymonialnym, ale w rezultacie właściwie bezustannie myślimy o sobie i to też jest powodem ciągłego podnoszenia poprzeczki. Koncentracja na swoich cechach i przymiotach powoduje, że zaczynamy wierzyć w stworzoną przez siebie fikcję, ponieważ obcujemy z nią non stop albo musimy ją produkować bezustannie.

Tak jak pani mówi, zamiast koncentrować się na potencjalnych partnerach, których zwabimy w ten sposób, koncentrujemy się na sobie, a to też prowadzi do niewybierania, bo podnosi poprzeczkę. Potencjalny kandydat musi odpowiadać także naszym wyobrażeniom o nas samych.

Zaskoczyło mnie to przecenianie własnej atrakcyjności. Myślałam, że po przewinięciu setek profili zaczynamy raczej myśleć o sobie coraz gorzej. Wiele osób przyznaje, że po dłuższej sesji na Tinderze przeżywa frustrację i ma kiepski nastrój.

Jedno nie przeczy drugiemu. Z jednej strony pogorszenie się samopoczucia można tłumaczyć tym, że w aplikacjach randkowych, ale też w mediach społecznościowych, ludzie po prostu kłamią. Niemal każdy profil wrzucony do sieci jest wyidealizowany. Nikt nie przedstawia się takim, jakim jest, tylko podkręca potencjometr rozmaitych pożądanych cech. Zdjęcia są filtrowane, sztucznie symetryczne, ludzie eksponują na nich jakieś istotne cechy płciowe albo symbole statusu. Mając do czynienia z nadmiarem tego rodzaju prezentacji, można mieć poczucie nieadekwatności. Ale z drugiej strony nadal dostajemy w aplikacji cały pakiet opcji do wyboru, a skoro się nam one wyświetlają, to ulegamy złudzeniu, że wszyscy ci atrakcyjni ludzie są w naszym zasięgu – więc tym samym czujemy się tak, jakbyśmy na rynku matrymonialnym awansowali, a to najczęściej nieprawda.

Mam wrażenie, że po jakimś czasie przeglądania wszystkie profile wydają się jednakowe... Ślepniemy na detale, subtelności, zaczynamy wręcz typologizować ludzi, zaliczać ich do jakichś ogólnych kategorii jak „podróżnik z drogą furą”. Tu już nie ma miejsca na indywidualność, bo każdy trafia do jakiejś szufladki. To też chyba wyboru nie ułatwia?

Oczywiście, mało tego, efektem procesu takiego uśredniania czy uogólniania jest to, że do dokonania wyboru, czyli umówienia się z kimś na randkę, może doprowadzić jedynie ekstremalne odstawanie in plus jakiegoś profilu, na przykład pod względem atrakcyjności fizycznej. Mało tego, nawet jeśli wybierzemy kogoś, kto się zdecydowanie wybija, oczekujemy, że na żywo wypadnie jeszcze lepiej niż w sieci. Przecież to absurd – ile można spotkać istot ludzkich, które są lepsze niż prezentowane przez nich profile, zakładając, że niemal wszyscy już na etapie tworzenia tych profili sporo sobie dodają?

Szacunkowe 5–7 proc. długotrwałych par, które są efektem spotkania na Tinderze czy innej aplikacji randkowej, czyli bardzo niewiele, jest między innymi efektem tego procesu. Trzeba być lepszym od najlepszej, już przekłamanej wersji siebie, by taki system zadziałał, a to zadanie awykonalne. Dodatkowo zlewanie się tych wszystkich profili powoduje coś jeszcze – po prostu nudę. Zaczynamy się nudzić nadmiarem, nawet idąc na spotkanie z tą starannie wyselekcjonowaną osobą, często odczuwamy znudzenie, więc jak to się ma udać?

Prof. Szlandak: „Znakomita część randek internetowych w ogóle nie kończy się spotkaniem w realu”

Nudzimy się, ale też spieszymy. Przyzwyczajeni do szybkich zakupów online partnera w sieci też chcemy znaleźć szybko, a gdy to się dłuży, czujemy złość.

Owszem. Jeszcze do niedawna na tradycyjnym rynku matrymonialnym mieliśmy czas na to, żeby rozpoznawać w ludziach subtelności, odkrywać stopniowo istotne cechy. Pomijam już fakt, że aplikacje nie dają nam możliwości rozpoznania całego szeregu cech, które w procesie doboru w pary oceniamy. Nie sprawdzimy stopnia opiekuńczości czy inteligencji na podstawie krótkiego opisu albo zdawkowej rozmowy online, nie usłyszymy głosu tej osoby, nie poczujemy jej zapachu.

Najważniejsze jest jednak to, że system randkowania dopięty do miłości romantycznej jako pewnego mechanizmu parowania ludzi zakładał dłuższe rozpoznawanie.

Musieliśmy trochę poćwiczyć na randkach, odkrywać siebie nawzajem powoli, po kawałku. Nawet jeśli się z początku coś nie udawało, coś nam się wydawało koślawe, dawaliśmy sobie wzajemnie szansę, bo a nuż się dotrzemy? Byliśmy gotowi poczekać i zobaczyć, co będzie dalej, jak się ta relacja rozwinie. System aplikacyjny nie daje żadnych szans – ani drugich, ani trzecich. To jest sprint, tu nie ma czasu do zastanowienia. Także dlatego znakomita część randek internetowych w ogóle nie kończy się spotkaniem w realu.

Jako jedną z kilku przyczyn porażki Tindera jako narzędzia do łączenia ludzi w pary wskazuje pan „zeszlifowanie tajemnicy i amputację wyobraźni”.

Jeszcze 30 lat temu, gdy poznawaliśmy kogoś na tradycyjnym rynku randkowym, to nawet jeśli ten ktoś był ze stosunkowo bliskiego nam otoczenia, nie wiedzieliśmy o nim wszystkiego, bo nie było żadnych szybkich źródeł informacji. Mogliśmy oczywiście podpytać znajomych, którzy tę osobę znali, jaka jest, co lubi, ale to uchylało jedynie rąbka tajemnicy o człowieku. Była więc naturalna przestrzeń na fantazjowanie, domyślanie się, niepewność. Dziś za sprawą narzędzi internetowych, zanim pójdziemy na pierwszą randkę, możemy się o człowieku dowiedzieć niemal wszystkiego, prześwietlić go, obejrzeć sobie na Facebooku jego zdjęcia z różnych okresów życia, słowem – sprawdzić, co o nim mówi sieć. W efekcie, nawet jeśli jeszcze nie doszło do pierwszej randki, wydaje nam się, że nie ma już niczego do odkrycia. I faktycznie często do odkrycia pozostaje niewiele, skoro tworząc swoje profile, pakujemy tam komplet informacji o sobie: co lubię, a czego nie, czy wolę koty, czy psy, mięso, czy wege, podróże, czy domowy spokój.

Randki, które kiedyś służyły do powolnego odkrywania siebie, przestają być potrzebne. Amputowaliśmy sobie wyobraźnię, która niegdyś była zaangażowana w rozpoznawanie siebie na tych wczesnych etapach tworzenia się relacji, a dziś nie ma już żadnego zastosowania. Zeszlifowanie tajemnicy o człowieku rodzi nudę, a ta jest pierwszym krokiem do zabicia jakiejkolwiek relacji.

Czasem ludzie dzięki aplikacjom jednak tworzą trwałe związki. Znam taką parę. Ich zdaniem dwie rzeczy miały znaczenie. Po pierwsze, na aplikacji spędzili sporo czasu, liczonego w latach, na poszukiwaniach. Byli cierpliwi. Po drugie, wiedzieli, czego szukają. Oboje chcieli znaleźć kogoś do bycia i życia, a nie tylko się porozglądać. To mógłby być przepis na sukces?

Dla mnie, jako socjologa, przepisem na sukces byłoby rozwiązanie, które wyda się cokolwiek dziwne, ale jestem przekonany, że okazałoby się skuteczne. Gdybyśmy zadali sobie pytanie, komu dzisiaj powinno zależeć na tym, żeby ludzie łączyli się w trwałe pary, odpowiedź nie brzmiałaby: nam, ludziom.

Żyjemy w społeczeństwach hiperkonsumpcyjnych, nastawionych na realizację interesów i potrzeb jednostki. To powoduje unikanie wchodzenia w związki, które kojarzą się z oddaniem części siebie, poświęceniem siebie na rzecz drugiej osoby. Brak związków to rzecz jasna niski poziom dzietności. Na tej scenie aktorem, któremu powinno zależeć na skutecznym łączeniu ludzi w pary, jest państwo. Gdyby zatem powstały aplikacje inicjowane przez państwo, z których zniknęłyby wszystkie mechanizmy włożone tam przez nastawione na zysk korporacje tylko po to, byśmy korzystali z nich bez końca, być może powstałoby narzędzie służące skutecznemu parowaniu nie na chwilę, ale na długo.

Jak mądrze korzystać z aplikacji randkowych?

Tymczasem mamy do dyspozycji jedynie aplikacje korporacyjne. Da się ich używać mądrze?

Jedynym sposobem na to, by mogły one nam pomóc, jest ich uważne wykorzystywanie. Mówi pani o ludziach, którzy poświęcili dużo czasu, by na siebie trafić, wykonali jakiś rodzaj niełatwej pracy, by to się udało. Myślę jednak, że rekomendowanie wszystkim takiego sposobu funkcjonowania w aplikacjach randkowych, czyli po prostu wysiłku i cierpliwości, zamiast liczenia na błyskawiczną nagrodę, nie ma zbyt dużej szansy na powodzenie, bo ludzie nie lubią ani czekać, ani się męczyć. Proponowałbym raczej coś w rodzaju postu, narzucenie sobie jakichś ograniczeń w korzystaniu z tych narzędzi do, powiedzmy, pół godziny dziennie. Wtedy jest większa szansa, że nie będziemy bezmyślnie przewijać kciukiem w prawo i w lewo, być może będziemy w stanie zatrzymać się chwilę dłużej na jakimś obiekcie, który wzbudzi nasze zainteresowanie, wyłowić go z tej niekończącej się masy.

Zdecydowanie zgadzam się, że przepisem na porażkę jest korzystanie z aplikacji randkowych bez określonego celu. Jeśli ktoś chce się tylko porozglądać, nie wiedząc nawet za czym, to za sprawą takich czy innych algorytmów będzie się rozglądał długo i raczej bez skutku. Jeśli nie mamy sprecyzowanej potrzeby, aplikacja nam nie pomoże, prędzej zaszkodzi. Polecałbym raczej rozejrzeć się wokół siebie, bo świat analogowy nadal ma całkiem sporo do zaoferowania.

Tomasz Szlendak – prof. nauk humanistycznych, socjolog, dyrektor Interdyscyplinarnej Szkoły Doktorskiej Nauk Społecznych na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. Autor kilkunastu książek – najnowsza, „Miłość nie istnieje”, ukazała się nakładem wyd. Znak Literanova

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE