1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Czy masz szansę stworzyć długotrwały związek?

Czy masz szansę stworzyć długotrwały związek?

Dbanie o relację to klucz do długotrwałej relacji. (Fot. iStock)
Dbanie o relację to klucz do długotrwałej relacji. (Fot. iStock)
Dobry, długotrwały związek zależy od poczucia własnej wartości. Ci, którzy doceniają siebie, doceniają też partnera.

Wystarczy rozejrzeć się po znajomych - coraz mniej wokół nas par z długim stażem, zwłaszcza tych ze średniego i młodego pokolenia. Czy taki model związku jest jeszcze dla ludzi atrakcyjny? Czy w ogóle możliwy?

Tekst pochodzi w archiwalnego numeru "Zwierciadła"

Blanka Nowak (rocznik ’71), drugi mąż, dwoje dzieci (z pierwszego związku): – Byłam ostatnio na zjeździe klasowym z okazji 25-lecia matury. Zjechało się trzy czwarte klasy, także ci, którzy wyemigrowali do Anglii, Irlandii i Stanów Zjednoczonych. Większość ludzi ciężko haruje, ale żyje na przyzwoitym poziomie, wszyscy mają samochody, mieszkania na kredyt, ale tylko cztery osoby na 20 pozostają w tych samych związkach. To było dla mnie dołujące odkrycie. Moim rodzicom i ich znajomym udało się przetrwać mimo niewątpliwie trudniejszych czasów, a nam to nie wychodzi. Coś z nami jest nie tak? Wszystko dlatego, że łatwiej nam się rozstawać? Że mamy za dużo pokus?

Drążę u źródła, czyli u psychoterapeuty Andrzeja Wiśniewskiego od lat zajmującego się terapią par.

– To mit, że winne są pokusy. One były zawsze, bo zawsze istnieli atrakcyjni mężczyźni, atrakcyjne kobiety, miejsca i sytuacje sprzyjające korzystaniu z tych pokus. Natomiast to, co się zmieniło, to fakt, że różnego rodzaju normy, zasady i nawet kulturowe przekazy straciły bardzo na swoim znaczeniu, że osłabła ich siła.

Kiedyś te wszystkie nakazy – że należy być ze sobą dla dobra dzieci, z powodów religijnych, bo tak wypada, bo co powiedzą sąsiedzi – były bardzo silne. To, oczywiście, powodowało, że funkcjonowało dużo związków fasadowych, ludzie tkwili w pustych, martwych relacjach, ale realizowali narzucone im zewnętrzne zasady i udawali przed światem, że dalej są razem. Dzisiaj zdecydowanie dużo prościej wyjść z relacji. Nie zgodziłbym się jednak z twierdzeniem, że ludzie łatwo się rozstają, gdy poluzowują się zewnętrzne normy. Otóż to nieprawda, to kolejny mit. Oprócz związków powstałych w wyniku chwilowego uniesienia, które się potem rozpadają, istnieją też takie, w których partnerzy są naprawdę dla siebie nawzajem atrakcyjni przez długi czas, nawet do śmierci. Bez względu na obowiązujące normy. I takich par obecnie też jest dużo.

Psychoterapeuta wyjaśnia ich fenomen: – Otóż ci partnerzy zachowują się stabilnie i przewidywalnie nie pod wpływem jakiegoś zewnętrznego bodźca, ale dlatego, że znaleźli w sobie motywację do budowania trwałej relacji. Każdy związek zaczyna się mniej więcej podobnie – na początku partnerzy są sobie nawzajem do czegoś potrzebni – podnoszą sobie wzajemnie samoocenę, nobilitują się, sprawiają, że czują się nawzajem atrakcyjni, wspaniali. Potem – już nie dla wszystkich – liczy się nie to, co partner daje, ale kim jest, jego indywidualność, to, że nie ma drugiego takiego człowieka na świecie.

Na styku biologii i kultury

Andrzej Wiśniewski przyjmuje co tydzień kilkanaście nowych par, które przychodzą nie dlatego, żeby się rozstać, ale po ratunek dla związku. I nie jest im łatwo postanowić o rozwodzie, nawet jeśli są w dużym kryzysie. Większość z nich ma za sobą udany okres wspólnego życia: ładne narzeczeństwo, pierwsze lata romantycznej miłości, narodziny dzieci. Wcześniej czy później przychodzą jednak trudne sytuacje życiowe, pojawiają się kryzysy związane z wychowaniem dzieci, ludzie polaryzują swoje zdania wobec wspólnych doświadczeń. Pojawia się, oczywiście, pokusa, żeby się rozstać, można to zrobić jednym ruchem, bo nie ma przecież specjalnych nacisków, by trwać razem. Ludzie jednak próbują walczyć o związek.

– O czym to świadczy? O tym, że obydwie strony potrafią zobaczyć swojego partnera nie tylko jako towarzysza do zabawy czy do atrakcyjnego wyjazdu, ale także do głębszej relacji – przekonuje psychoterapeuta. – Kiedy stawiają na szali jego wady, przewinienia, a z drugiej to, co dobrego między nimi się wydarzyło, czyli że zostali przez siebie nawzajem zaakceptowani, przyjęci, pokochani – okazuje się, że szkoda im to wszystko stracić.

Kolejny mit: to biologia pcha mężczyzn do licznych związków, a wszystko w celu przedłużenia gatunku. Robin Baker, autor kontrowersyjnej książki „Wojny plemników”, forsuje tezę, że związkami ludzi rządzi silny biologiczny imperatyw do przekazania swoich genów. Pisze: „Przyszłe pokolenia zostaną określone przez geny tych, którzy spłodzą większą liczbę potomków, a nie geny tych ludzi, którzy spłodzą ich niewiele bądź wcale”. A że kobieta w ciągu życia może urodzić ograniczoną liczbę dzieci, mężczyzna musi przekazywać swoje geny w kontaktach z wieloma kobietami. Stąd nietrwałość związków.

– Złości mnie takie gadanie, to jest taki rodzaj zwulgaryzowanej socjobiologii, która traktuje człowieka jak worek do przenoszenia genomów – mówi Andrzej Wiśniewski. – Co więcej, sądzę, że taki pogląd jest kompatybilny z różnymi kryzysami, przez jakie ludzie przechodzą i z którymi nie bardzo sobie radzą. Wtedy tego typu teoria okazuje się bardzo użyteczna i usprawiedliwiająca. Bezsprzecznie człowiek funkcjonuje na styku biologii i kultury, którą bym zdefiniował jako sposób porozumiewania się z innymi. I to sfera kultury, choć zaczęła działać później niż sfera biologii, ma olbrzymi wpływ na nasze funkcjonowanie, na to, w jaki sposób się realizujemy, budujemy swoją świadomość, identyfikujemy się ze światem wartości, jakimi jesteśmy ludźmi. Ta sfera ma olbrzymi wpływ na to, czy jesteśmy odpowiedzialni, czy potrafimy dostrzegać lojalność i być lojalni w stosunku do partnera. Mój ulubiony pisarz Sándor Márai powiedział, że pożądanie jest zwierzęce, a bliskość ludzka. Wszyscy mamy w sobie troszkę tego zwierzęcia, ale też olbrzymią część tego, co ludzkie. Jestem przekonany, że większość z nas kieruje się tym, co w nas ludzkie, choć czasami, kiedy obserwuję zachowania niektórych osób, zastanawiam się, czy moje myślenie nie jest trochę z gatunku wishful thinking. Denerwuje mnie myślenie negujące olbrzymi ludzko-boski wysiłek, żebyśmy przekroczyli prawa natury. No bo jeżeli nastąpiła jakaś ingerencja wszechświata w sprawy ludzkie, to stało się to poprzez miłość właśnie. I ona się rozwija mimo niewątpliwych trudności i przeszkód.

Tyle trwałości, ile dojrzałości

Psychologowie podkreślają zgodnie: dobry długotrwały związek zależy od poczucia własnej wartości obojga partnerów. Okazuje się, że ci ludzie, którzy doceniają siebie, potrafią docenić też partnera, jego wyjątkowość i niezwykłość. Bo im moje poczucie wartości jest wyższe, tym mam mniejszą potrzebę, żeby mój partner mnie dowartościowywał, dodawał splendoru, nobilitował, coś mi załatwiał.

– Mówiąc obrazowo: im bardziej siebie cenię, tym mniej traktuję partnera jak stację benzynową, do której można podjechać, zatankować i jechać dalej – mówi Andrzej Wiśniewski. – Tyle więc udanych, trwałych związków, ile dojrzałych osób.

Co to znaczy: dojrzały partner? Psychoterapeuta wyjaśnia, że to ktoś, kto nie uzależnia swojego dobrostanu psychicznego od tego, jak reaguje druga strona – czy się odsuwa, czy zbliża, czy się uśmiecha, czy krzywi, czy chwali, czy krytykuje. Ci, którzy przywiązują zbyt dużo wagi do reakcji partnera, tak naprawdę mają problem ze sobą. Nie zdają sobie sprawy z tego, że ich pretensje do partnera to projekcja na niego własnych lęków.

Pewien mężczyzna przyszedł do psychoterapeuty i mówi: „Właściwie to niepotrzebnie przyszedłem, bo ja już wszystko wiem na temat relacji męsko-damskich. Pomyślałem jednak, że skonsultuję pewną obserwację. Otóż po raz szósty się żenię i widzę, że wszystkie kobiety są takie same. Bo ta szósta też rozkazuje: zrób mi herbatę”. Psychoterapeuta pyta: „A co w tym złego?”. Na co mężczyzna: „Jak to co? Przecież ona od razu chce mnie zdominować, narzucić mi swoją wolę”. Owemu panu nawet przez myśl nie przeszło, że projektuje na partnerki swoje lęki. Ludzie dojrzali są świadomi swoich stanów i emocji i nie obwiniają drugiej strony za to, co przeżywają.

Andrzej Wiśniewski: – Warunkiem dobrych, długotrwałych związków, który idzie w parze z poczuciem własnej wartości, jest wolność. Od wielu lat powtarzam: tyle miłości, ile wolności. Ale wolności nie w sensie nihilizmu, że wszystko wolno, że mogę robić z partnerem, co chcę, a on ze mną. Wolność, o której mówię, wiąże się z odpowiedzialnością za drugą osobę, za jej uczucia. Nawet kiedy jestem zły czy na granicy rozstania, to szanuję swojego partnera i chcę mu dać wolność wyboru. Czyli mówię, co się ze mną dzieje – że na przykład jestem zły, rozczarowany, przybity. Nie próbuję go kontrolować poprzez różne formy: wzbudzanie poczucia winy, wycofywanie pozytywnych informacji, odmawianie seksu.

Nasz intymny, mały świat

Trzeci warunek dobrego związku: lojalność. Czyli nie robię tego, czego nie chciałbym doświadczyć od mojego partnera. Doceniam jego indywidualność i strzegę jej, jego wkładu w moje życie. Nie modeluję go na swój obraz i podobieństwo, nie podporządkowuję sobie. Bo jak wszystko jest takie samo, to po co być ze sobą?

– A miłość? – pytam.

– Oczywiście, to fundament związku – odpowiada psychoterapeuta. – Ale miłość w rozumieniu Ericha Fromma, to znaczy taka, która opiera się na trosce, wzajemnej odpowiedzialności i dbaniu o siebie. W tak rozumianej miłości jest także miejsce na pożądanie. Bo jeśli mój partner wzbudza we mnie cały czas ochotę na bliskość, seks, przekraczanie granic, to znaczy, że związek jest żywy i dobrze rokuje na przyszłość. Seks to bardzo ważna więziotwórcza siła. Proszę zauważyć, jak para zmienia się po inicjacji życia seksualnego, jak bardzo ludzie stają się sobie bliscy, kiedy razem śpią, okazują sobie czułość, ale także – gdy przekraczają granice.

Mocnym spoiwem związku, choć niedocenianym, okazuje się poczucie humoru.  Rozładowywanie codziennych napięć przy użyciu tej broni bywa naprawdę ozdrowieńcze, niejedną parę uratowało przed eskalacją konfliktu. Innym nieoczywistym cementem pary są talenty i pasje partnerów. Kiedy każdy ma swój bogaty świat i jego owoce przynosi do związku.

A gdy wkrada się rywalizacja?

– Zdrowa jest tylko ta jawna, otwarta – mówi psychoterapeuta. – Gorzej, gdy ludzie rywalizują w sposób ukryty.

Ważne jest imponowanie sobie nawzajem. Ale nie tylko sukcesami, także tym, że mój partner godnie się zachowuje, że dokonuje fajnych wyborów, że jest lubiany i ceniony przez innych. I że czasem potrafi przyznać się do błędów, powiedzieć: „Nie udało mi się”. I ja wtedy jestem z nim, pocieszam go, bo partnerstwo nie polega tylko na tym, żeby świętować wzajemne sukcesy, ale przede wszystkim, aby wspierać się w trudnych chwilach. Strasznie ważna jest intymność naszego związku, nie tylko w sensie erotycznym, ale w takim, że mamy swój, tylko nam znany świat, który pielęgnujemy.

Wszyscy narzekamy na cichego zabójcę relacji – brak czasu. Andrzej Wiśniewski nie przyłącza się do tego chóru. Argumentuje, że gdybyśmy rozumowali tym tokiem, to można by dojść do wniosku, że dobry związek buduje się proporcjonalnie do czasu spędzanego razem. A to zdaniem psychoterapeuty nieprawda. Taki przykład: małżonkowie jadą razem na upragnione wakacje. Mąż siada z wędką, żona coś pichci w kuchni i niby są razem przez dwa tygodnie, a tak naprawdę cały ten czas spędzają osobno.

– Dobry związek naprawdę nie zależy od tego, ile czasu przebywamy razem. Czasami mamy dla siebie kilka chwil, ale są one intensywne. Nie może być jednak tak, że nie widzimy się miesiącami. Każdy z nas ma potrzebę, żeby się pozwierzać, poradzić, poprzytulać. I jak długo brakuje partnera, szybko znajdzie się ktoś, kto nas wysłucha i przytuli, i to z nim zaczniemy tworzyć bliskość. Moim zdaniem długie rozłąki są niebezpieczne. Każda para powinna jednak sama określać swoje potrzeby w kwestii wspólnego czasu. Jeśli przedstawić obrazowo czas partnerów jako dwa kółka zachodzące na siebie, to niektórzy uważają, że część wspólna powinna się pokrywać, a inni – że może być niewielka. Ważne, żeby w ogóle była.

Uczmy się przystosowywać

Psychoterapeuci powtarzają: o związek trzeba dbać. Bo to nie jest tak, że jak się zakochaliśmy, to ten stan będzie trwał i trwał. Otóż nie – każda relacja wymaga nieustannej pracy, która polega na wczuwaniu się w to, co przeżywa partner, uwzględnianiu jego uczuć, docenianiu jego starań, nieoskarżaniu go o wszystko, przyznawaniu się do błędów, mówieniu: „dziękuję”, „przepraszam”. Czyli na tym, żeby widzieć belkę w swoim oku, a nie tylko dostrzegać źdźbło w oku partnera. Tymczasem ludzie zapominają o tym, żeby sobie powiedzieć: „Cieszę się, że to zrobiłaś, podoba mi się twój pomysł, fajnie wyglądasz”. Dbanie o relację, takie codzienne, nie od święta, to klucz do długotrwałej relacji. Nigdy nie można związku raz na zawsze przekreślić.

Andrzej Wiśniewski: – Znam z gabinetu psychoterapeutycznego wiele takich małżeństw, które wydają się skończone, a jednak odżywają i nabierają nowego znaczenia. W całej swojej praktyce tylko dwa razy odmówiłem pomocy, bo nie chciałem brać udziału w próbie demolowania partnera, która miała się odbywać pod płaszczykiem psychoterapii. Ale do dzisiaj mam wątpliwości, czy moja decyzja była słuszna. Zawsze istnieje szansa na uratowanie związku. Żeby być w relacji, trzeba dopuścić, że może się ona skończyć. Ale żeby się nie skończyła, trzeba nad nią pracować.

Gdzie tkwi zatem sekret długotrwałych, dobrych związków? Oto co powiedzieli mi jakiś czas temu Joanna i Jan Kulmowie, którzy przeżyli razem 61 lat (Joanna Kulmowa zmarła w 2018, a Jan Kulma w 2019 roku, red):

Jan, reżyser, muzyk, filozof: – Cóż to jest miłość? Można, oczywiście, cytować świętego Pawła. Ale ja uważam, że za dużo znaczeń ma to słowo, więc go nie używajmy! Uczmy się do siebie przystosowywać. Tłumaczę młodym ludziom: „Nie możecie się tylko pożądać, bo to wam przejdzie za jakiś czas. Gdy natomiast będziecie się uczyli myśleć o tym, co druga osoba myśli, lubić to, co ona lubi, to znajdziecie wspólny język”.

Kiedy młodzi pytają: „A co z seksem?”, odpowiada: – Seks jest ważny, bo skleja związek, czyni go trwałym. Ale jak ludzie od seksu zaczynają i myślą, że na seksie skończą, to się grubo mylą. Joanna, pisarka, poetka, tłumaczka: – Ja też mówię młodym: „Nie zaczynajcie od gimnastyki”. Bo oni myślą, że z tego bierze się miłość. Nas strasznie denerwują te idiotyczne filmy, gdzie po półgodzinie znajomości dziewczyna z chłopakiem kładą się do łóżka. Poczekajcie, dzieci. Ja myślę, że miała sens niepisana umowa, jaka dawniej obowiązywała: mężczyzna zdobywa kobietę, a ona udaje, że jej na tym nie zależy.

Jan: – Bo gdy za szybko coś się zdobywa, to się tego nie docenia. Aldous Huxley napisał takie piękne opowiadanie, w którym odpowiedział na pytanie, co to jest miłość. Otóż według niego miłość to umiejętność stawiania sobie kolejnych przeszkód. Im dłuższy jest ten bieg z przeszkodami, tym większa satysfakcja, że się je pokonało.

Joanna: – Jest jeszcze coś, co znikło: staranie się, żeby nie robić drugiemu człowiekowi przykrości. Małżonkowie nie mogą robić sobie przykrości. Większych, bo małe, owszem, mogą. Janek na przykład do dzisiaj ogląda się za damskimi nogami, co mnie boli.

Jan: – Bo ja bardzo lubię kobiety, lubię na nie patrzeć. Jo [tak pieszczotliwie zwraca się do Joanny], tyle kobiet lubię, a jednak jestem z tobą. No to pomyśl, jaką ty masz wartość. Małżeństwo to loteria i rzadko się na niej wygrywa. Ja wygrałem.

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Seks

Friends with benefits – układ, w którym najważniejsza jest komunikacja

Friends with benefits to relacja z kolegą lub koleżanką czy znajomą lub znajomym, z którymi można uprawiać seks. (Fot. iStock)
Friends with benefits to relacja z kolegą lub koleżanką czy znajomą lub znajomym, z którymi można uprawiać seks. (Fot. iStock)
Po angielsku "fucking friends", "shag buddies" (i wiele innych), po polsku nie doczekali się równie zgrabnego określenia. Tłumaczone jako „przyjaciel/przyjaciółka” nie do końca oddaje angielskie pojemne słowo, może to być kolega lub koleżanka czy znajoma lub znajomy, z którymi można uprawiać seks. Czy to naprawdę coś nowego i niezwykłego?

W naszej kulturze seks nie jest kojarzony z relacjami przyjacielskimi. Tradycyjnie wiąże się z miłością, małżeństwem. Niektórzy nie wierzą w przyjaźń między kobietą a mężczyzną o orientacji heteroseksualnej właśnie ze względu na to, że w grę może wchodzić seks, który zaburza stabilną relację. Jedna z definicji miłości to właśnie seks + przyjaźń. Jednak nie musi się ona narodzić na styku tych dwóch pojęć.

Z różnych powodów można chcieć unikać relacji „romantycznych”. Są osoby, które w ogóle nie są zainteresowane miłością, nie szukają jej w swoim życiu. Inne na danym etapie nie mają czasu na budowanie bliskich związków ani takiej potrzeby. Może to być spowodowane na przykład intensywną pracą zawodową, która ogranicza kontakty towarzyskie, chęcią zachowania niezależności albo eksperymentowania w sferze seksu. Osoby zranione boją się angażować i kogoś pokochać, dlatego do kolejnych potencjalnych partnerów/partnerek podchodzą bardzo ostrożnie. Poliamoryści i poliamorystki wolą budować różne miłosne lub przyjacielskie seksualne relacje z wieloma osobami. Motywacji do podjęcia próby bycia friends with benefits może być więc bardzo dużo, nie da się ich tutaj wyczerpać.

Z punktu widzenia włożonego wysiłku i zaangażowania seks z przyjaciółmi jest na pewno mniej wymagający. Pominięta zostaje sfera konwenansów, które nadal silnie określają kolejne kroki zbliżania się ludzi do siebie. Niepotrzebny staje się flirt, można bez przeszkód spotykać się tylko na seks. Jeżeli relacja shag buddies odpowiada obydwu stronom, ma wiele korzyści. Szczególnie ważne są poczucie stałości i bezpieczeństwa. Szukanie przygodnych kontaktów seksualnych z obcymi osobami zawsze jest bardziej ryzykowne i może być niebezpieczne. Osoby, które potrzebują dużo niezależności, mogą czuć się nieskrępowane.

Jeśli chcemy wejść w relację o charakterze seksualnym z kolegą czy koleżanką albo spontanicznie się w niej znalazłyśmy/znaleźliśmy, warto porozmawiać na temat oczekiwań i ustalić zasady. Jak często zamierzacie się spotykać i kontaktować? Jak będzie wyglądała kwestia zabezpieczenia przed ciążą i chorobami? Zrobicie razem badania? Zamierzacie w tym samym czasie uprawiać seks także z innymi osobami?

Potencjalne problemy? Jak wszędzie, gdzie w grę wchodzą emocje, może być ich całe mnóstwo. Po pierwsze, szczególnie w momencie rozczarowania poprzednimi związkami może nam się wydawać, że nie szukamy miłości, a wręcz zamierzamy jej unikać. Trzeba naprawdę dobrze rozpoznać własne potrzeby, żeby nie oszukiwać nie tylko siebie, lecz także drugiej osoby. Lepiej być pewną/pewnym, że na tym etapie właśnie taka relacja odpowiada naszym potrzebom.

Dla niektórych mniej, dla innych bardziej seks jest więziotwórczy. Główna obawia dotyczy oczywiście tego, że w relacji friends with benefits jedna strona zaangażuje się bardziej, zakocha się. Jeżeli tak się zdarzy, warto od razu o tym porozmawiać. Podchody, gierki i wyczekiwanie raczej nie działają na naszą korzyść. Z różnych względów ludzie nie chwalą się swoimi fucking friends, nie jest to model na tyle rozpowszechniony, żeby był powszechnie akceptowany. Problemy dotyczą także sytuacji, w której na horyzoncie pojawiają się inni partnerzy/inne partnerki. Czasem bardzo komplikuje to relację, a czasem prowadzi do jej naturalnego rozpadu. Podobnie jak w każdym innym układzie komunikacja jest najważniejsza.

  1. Psychologia

Żona w wieku córki – o różnicy wieku w związku mówi terapeuta Benedykt Peczko

- Dlaczego on? Dlaczego ona? Dlaczego teraz? Ponieważ właśnie teraz się spotkaliśmy, odnaleźliśmy w kosmosie, to jedyny powód. Takie spotkanie nie wymaga wyjaśniania, przekonywania innych do naszych racji. Chcemy być razem, wiemy to - mówi Benedykt Peczko. (Fot. iStock)
- Dlaczego on? Dlaczego ona? Dlaczego teraz? Ponieważ właśnie teraz się spotkaliśmy, odnaleźliśmy w kosmosie, to jedyny powód. Takie spotkanie nie wymaga wyjaśniania, przekonywania innych do naszych racji. Chcemy być razem, wiemy to - mówi Benedykt Peczko. (Fot. iStock)
Z jakich powodów chcę być właśnie z tą kobietą? Czy wybrałbym ją, gdyby była starsza? Jeśli to jest to spotkanie, wtedy nie wymaga wyjaśniania, przekonywania innych do naszych racji. Chcemy być razem, wiemy to. Różnica wieku schodzi na dalszy plan – mówi terapeuta Benedykt Peczko.

Pan po pięćdziesiątce i jeszcze bez młodej żony…?
Człowiek taki zabiegany… [śmieje się]

Moja przyjaciółka tak tłumaczyła swojemu mężowi, gdy zaczął się oglądać za młodszymi: „Ty się, kochany, zastanów! Młode kobiety są wymagające, podróże, drogie restauracje, potem dzieci, jak ty na to wszystko zarobisz?!”. Dlaczego mężczyźni sobie to robią?
Pięćdziesiątka jest trudna. Widać już oznaki starzenia się, ubytku sił. Mężczyzna dokonuje bilansu życia i najczęściej jest zawiedziony tym, co osiągnął, być może nie zrealizował ważnych celów, być może nie czuje się spełniony w dotychczasowym związku. Nowy związek może być próbą naprawienia przeszłości, cofnięcia czasu. Podświadomie mężczyzna chce wrócić do tego momentu, w którym błąd został popełniony, i zacząć jeszcze raz. W ten sposób oszukuje czas, oddaje się iluzji.

Wybierając młodą kobietę, podłącza się do żywotności i świeżości, odzyskuje dostęp do czegoś, co wydawało mu się, że traci. Na jakiś czas odsuwa od siebie perspektywę starości i śmierci. Stan zakochania, fascynacji, wibracje miłości sprawiają, że budzi się w nim młodzieniec, otwarty, energiczny, chętny. Organizm wytwarza mnóstwo endorfin, które zmieniają metabolizm, poprawiają nastrój. To jak zastrzyk młodości.

Młode, około trzydziestoletnie kobiety sygnalizują, że znalezienie równolatka, który byłby gotowy na budowanie związku i na dzieci, graniczy z cudem. Pięćdziesięciolatek wydaje się bardzo atrakcyjny; dojrzały, doświadczony, stabilny materialnie i zawodowo.
Nieraz słyszałem takie sformułowanie, że „wychować sobie żonę to ciężka praca”. Taki sposób myślenia wyznacza mężczyźnie rolę rodzica, mentora. Być może właśnie dlatego zwraca się ku młodej kobiecie. Czterdziestolatka raczej nie dałaby się wychowywać, bo dojrzałe kobiety znają swoją wartość, mają własne zdanie. Czterdziestolatka przypominałaby mężczyźnie, że młodość minęła. To nie byłaby ta maseczka odmładzająca, o którą chodzi.

A młoda kobieta jest ufna, zachwycona, wpatrzona w „tatusia”, pyta, słucha, przytakuje. Jak się temu oprzeć?
Młoda kobieta też ma swój zysk, bo „przecież on wszystko wie, tyle przeżył, więc mi powie”. To zwalnia z konieczności dojrzewania, przedzierania się przez błędy, brania odpowiedzialności za własne decyzje. W partnerskim związku i kobieta,i mężczyzna mają własne opinie, przekonania, potrzeby i oczekiwania, wyrażają własne zdanie. Znałem taki związek, w którym młoda kobieta dojrzała i odeszła, bo już nie potrzebowała „tatusia”. „Żegnaj, ojcze, spełniłeś swoje zadanie!” – chciałoby się powiedzieć [śmieje się]. Gdyby ten mężczyzna od początku wspierał dorosłość młodej kobiety, traktował ją jak partnerkę, być może związek by przetrwał. My, mężczyźni, musimy uważać na swoje mentorskie zapędy.

Okres zakochania i fascynacji nieubłaganie mija…
W Polsce mężczyźni żyją średnio 71 lat. Jeżeli nowe dzieci pojawią się w okolicach, powiedzmy, 55. roku życia, mężczyzna może mieć poczucie, że znowu – tak jak w poprzednim związku – zawiódł, nie sprostał oczekiwaniom, bo być może nie zobaczy swoich dzieci wkraczających w dorosłe, a nawet w młodzieńcze życie, nie będzie im towarzyszył w ważnych etapach rozwoju. To może budzić kolejne obawy, frustracje i niespełnienia. Mężczyzna w tym wieku może też nie najlepiej się czuć, mieć problemy z ciśnieniem, z sercem, z kręgosłupem. Okres szaleństw, balowania do rana, podróży najczęściej ma już za sobą. Młoda kobieta tych szaleństw pragnie, chce doświadczać wszystkiego, żyć pełnią. A on jest zmęczony, potrzebuje więcej odpoczynku. Będzie w coraz mniejszym stopniu zdolny do dotrzymywania jej kroku. Oczekiwania i potrzeby jej i jego nie są takie same. Kobieta ma przed sobą te etapy życia, które mężczyzna ma już za sobą. W fazie zakochania ani mężczyzna, ani młoda kobieta nie są tego świadomi.

No ale przecież miłość! Skoro w tych związkach rodzą się dzieci, to tak ma być, życie wie najlepiej. A że jest trudno? Zawsze jest. Tak właśnie tłumaczył mi jeden z późnych ojców.
W żaden sposób nie pomniejszamy wspaniałości tych związków. Związki są nieocenione. Dobrze jednak, gdy wiemy, jakie siły nami kierują, i znamy ograniczenia wynikające z naszych wyborów. Gdy bierzemy pod uwagę różne aspekty doświadczenia, całość, zadajemy sobie pytania i odpowiadamy na nie, wtedy możemy w sposób pełniejszy angażować się we wspólne życie, pokonywać trudności. To oczywiście dotyczy wszystkich związków, nie tylko tych z różnicą wieku.

Jak rozpoznać, że ten konkretny związek może być udany mimo różnicy wieku?
Z jakich powodów chcę być właśnie z tą osobą? Czy gdyby ona była starsza, też bym ją wybrał? Czy gdyby on był młodszy, też byłabym pewna, że to właśnie ten mężczyzna, z którym chcę żyć? Ważne pytania. Jeśli odpowiemy na nie twierdząco – to jest to spotkanie. Nie biorę sobie młodej kobiety, bo muszę, bo to ostatni moment; bo jeśli teraz nie nadrobię straconego czasu, to już koniec, z górki. Nie decyduję się na tego mężczyznę z lęku o swoją przyszłość, macierzyństwo; bo skoro do tej pory nie spotkałam rówieśnika dla siebie, to trzeba się spieszyć. Więc niech będzie; jest ustawiony życiowo, taki mądry, spokojny, więc czemu nie? W dodatku jak się tak zastanowię, to nawet go kocham.

Gdy wybieramy tę konkretną osobę ze względu na nią, a nie ze względu na swoje niezaspokojone potrzeby, wtedy problemy stają się wyzwaniami, z którymi będziemy sobie radzić najlepiej, jak potrafimy, bo podejmujemy świadomą decyzję, na dobre i na złe. Gdy pojawiają się konflikty czy rozbieżność zdań, tym lepiej, bo wtedy uczymy się bardziej rozumieć siebie nawzajem. Różnica wieku schodzi na dalszy plan. Podzielamy wspólne wartości. Cenimy nawzajem swoją indywidualność, niepowtarzalność, wspieramy się w rozwoju tej unikalnej jakości w nas.

Dlaczego on? Dlaczego ona? Dlaczego teraz? Ponieważ właśnie teraz się spotkaliśmy, odnaleźliśmy w kosmosie, to jedyny powód. Takie spotkanie nie wymaga wyjaśniania, przekonywania innych do naszych racji. Chcemy być razem, wiemy to. Jesteśmy tu ze względu na siebie, wszystko inne jest drugorzędne. Jednak mimo że jest drugorzędne, warto o tym pomyśleć.

Gdy 85-letni Andrzej Łapicki poślubił młodą żonę, dziennikarze pisali o tym, że w dzień ta para da sobie radę, ale co w nocy?
Liczy się jakość bycia ze sobą. Nawet jeśli kontakt seksualny w takich związkach nie jest tak częsty jak między równolatkami, może być satysfakcjonujący. W tych sprawach nie ma reguł.

Pomówmy też o porzucanych żonach. Gdy on po 30 latach związku odchodzi, trudno o szacunek dla takiej decyzji. Sprawdzają się wtedy rady mądrych kobiet: dbaj o siebie, inwestuj w swój rozwój, żebyś zawsze mogła na siebie liczyć, bo z nim nigdy nie wiadomo. Kobiety rozpaczają, mają poczucie przegranej i oczywiście zastanawiają się, co zrobiły nie tak. A jednocześnie są wściekłe. Porzucenie boli okropnie.
Gdy on odchodzi do młodszej, najlepsze, co można dla siebie zrobić, to zachować dystans wobec tego, co się dzieje. Łatwo powiedzieć, ale nie ma innej rady. W żadnym razie nie obarczać siebie winą. Mężczyzna podejmuje tę decyzję ze względu na to, co się z nim dzieje, często z powodu przedśmiertnej paniki. Taka świadomość nie ukoi od razu cierpienia, ale jest dobrym punktem wyjścia do przeżycia straty. Bez względu na to, co się stało, jestem. Żyję. Jestem dla siebie najlepszym przyjacielem. Mam siłę, żeby o siebie zadbać.

Gdy patrzę na mężczyzn, którzy desperacko chcą się odmładzać, myślę, że najważniejsze jest odnalezienie młodości w sobie mimo zmniejszających się możliwości fizycznych. Młodość ducha jest niezależna od przemijania i starzejącego się ciała. Sprawia, że przestajemy szukać wody na pustyni, bo znajdujemy ją w sobie.

Wcale nierzadko zdarza się, że ci mężczyźni, którzy tak odważnie wchodzą w nowe, po kilku latach żałują swojej decyzji i tęsknią za dawnymi żonami. Może by nawet wrócili. No ale jest już za późno.
Też się z tym spotkałem. Mężczyzna upojony nowością ma ograniczone pole świadomości. Twierdzi, że to, co było, wypaliło się, bo w dojrzałym związku nie ma już ekscytacji, skoków adrenaliny. Nie jest w stanie zaczerpnąć siły z tego, co już przeżył i czego doświadczył; nie rozumie, jaki to ogromny kapitał, skarb. Woli zachwycać się wyobrażeniami na temat szczęścia w nowym związku, raju, który ma nadejść, a który często zamienia się w piekło.

Zdarza się, że budzi się z tego snu przerażony: Gdzie ja jestem? Co się porobiło? Czuje się samotnie w nowym związku. Zaczyna wspominać dobre chwile z poprzednią partnerką. Bo nawet jeśli w dalszym ciągu cieszy go fizyczna fascynacja, urozmaicenie, to tęskni za porozumieniem, za więzią, którą można zbudować tylko w wieloletniej relacji. Docenia to, co stracił.

  1. Psychologia

Obojętność w związku – sygnał, że relacja musi się zmienić albo zakończyć

Z obojętności można wydostać się w jeden sposób - pracując nad związkiem. (Fot. iStock)
Z obojętności można wydostać się w jeden sposób - pracując nad związkiem. (Fot. iStock)
Ze związkiem jest jak z kwiatami. Można je zostawić same, żeby podlewał je deszcz albo sąsiadka. A można samemu o nie zadbać - nie tylko odpowiednio podlewać, ale i ziemię im zmieniać, i doniczki. Od nas zależy jak o niego dbamy. Jeśli dobrze, obojętność się nie pojawi. W przeciwnym wypadku się jednak pojawia: obojętność męża wobec żony, żony wobec męża, obojętność emocjonalna i fizyczna… Czy da się ją zwalczyć?

O obojętności w związku można przeczytać same niepokojące rzeczy – że oznacza ona pustkę, że jest zapowiedzią rychłego rozstania. Skąd między ludźmi, którzy byli sobie bliscy, bierze się obojętność?
W psychologii zorientowanej na proces o tym, co się dzieje w związku, mówi się w kategorii jasnych i ciemnych snów. Jasne sny ma każdy człowiek - są to wyobrażenia na temat idealnego partnera czy partnerki, nasze najgłębsze duchowe pragnienia i tęsknoty z tym związane. Jest to dość niespójny kawałek, bo mieszczą się tu i przekonania na temat związku, które wynosimy z domu, i wyobrażenia medialne - od spraw głębokich po bardzo płytkie. Z jasnymi snami jest kłopot, bo są one w dużej mierze nieświadome.

A ciemne sny?
To suma naszych rozczarowań relacyjnych. Reakcji, które zachodzą, kiedy tęsknoty jasnych snów nie zostają zaspokojone. Żeby lepiej sobie to wyobrazić, punkt jasnych snów połączmy linią z punktem snów ciemnych - jakby "łukiem tęczy". W momencie kiedy poznajemy partnera, zaczynamy iść w stronę jasnych snów. Myślimy sobie wówczas - to jest dokładnie ten mężczyzna, o nim marzyłam, on spełni moje najskrytsze pragnienia, będziemy żyć szczęśliwie. Śnimy o tym, aż wreszcie dochodzimy do jakiegoś punktu na linii i widzimy, że nasz wymarzony mężczyzna nie jest na przykład tak czuły, rozumiejący czy mądry. Zwykle zatrzymujemy się w jakimś miejscu na tej linii, bo nikt nie jest w stanie w pełni odpowiedzieć na nasze oczekiwania. Kończy się czas zakochania, fascynacji i wtedy dostajemy komendę „w tył zwrot” i zaczynamy podążać w kierunku ciemnych snów. Pojawiają się takie myśli jak: wszyscy mężczyźni to dranie, lepiej już żyć samej, mam go dosyć, trzeba się z nim rozstać, bo jest beznadziejny.

Gdy podążamy w kierunku ciemnych snów, widzimy partnera w gorszym świetle niż jest on w rzeczywistości?
Tak. W fazie jasnych snów widzimy go przez różowe okulary, w ciemnych snach - przez czarne. Ale gdy zbliżamy się do ciemnych snów, dochodzimy do wniosku że ten nasz partner nie jest znowu aż taki zły i znowu zaczynamy śnić swoje jasne sny. Kursujemy po takim jakby łuku. Kłopot polega na tym, że jak się już chodzi wiele razy tą drogą, odcinek między jasnym a ciemnym snem skraca się. Wahnięcia stają się częstsze. Raz myślę sobie - jest fajnie, a zaraz potem - jest fatalnie. Jest to pewnego rodzaju pułapka, ponieważ w tym miejscu nie jesteśmy w stanie ani zawalczyć o swoje marzenia oraz tęsknoty, ani nie możemy się rozstać. Zazwyczaj dzieje się tak, że nie możemy dojść do punktu końcowego ciemnych snów, bo hamują nas okoliczności: dzieci, mieszkanie, lęk przed samotnością. A na walkę o marzenia nie mamy siły, energii. Im mniejszy jest odstęp między jasnymi i ciemnymi snami, człowiek popada w pewien rodzaj rezygnacji - jest to właśnie obojętność.

Czym jest obojętność?
Są dwa rodzaje obojętności - napięta i bezwładna, którą można określić jako stan łagodnej, chronicznej depresji. Wcześniej pojawia się obojętność napięta. Myślimy sobie wówczas, że już trochę nie chce się nam być w naszym związku, ale biegun ściągający nas w sferę jasnych snów jest jeszcze mocny. Wtedy mogę zwrócić uwagę na inną kobietę lub mężczyznę. To mi może wyciąć kawałek zainteresowania partnerką czy partnerem, ale jest jeszcze ukryta energia, która będzie dążyła do utrzymania związku. W tej fazie są jeszcze momenty, kiedy wydaje nam się że wszystko dobrze się układa - wyjedziemy gdzieś razem w fajne miejsce, pójdziemy na kolację do restauracji. Ale zaraz potem znów czujemy, że ona lub on już mnie nie obchodzi.

Czy w fazie obojętności napiętej chcemy ukarać partnera za to, że nie spełnił naszych oczekiwań i tęsknot?
Tak - ukarać, sprowokować, zamanifestować. Gdzieś jest jeszcze w nas nadzieja, że możemy poruszyć tę drugą stronę, że jesteśmy w stanie sprawić, że ona mimo wszystko okaże zdolna do wypełnienia tych wszystkich pięknych rzeczy, które sobie założyliśmy na początku związku. Pod spodem obojętności jest nadzieja, że partner czy partnerka okaże się jednak tą wymarzoną osobą.

A co się z nami dzieje w fazie obojętności, którą nazwałeś stanem łagodnej, chronicznej depresji?
Już nie mamy nadziei, że coś dobrego może wydarzyć się w związku. Nie czujemy żadnej mocy sprawczej. Wydaje nam się, że nic się nie zmieni, ale też nie jesteśmy w stanie z tego związku zrezygnować. Co więcej - nie wierzymy że znajdziemy sobie innego partnera, że kiedykolwiek ułożymy sobie życie. Tutaj zaczyna się depresja. W tym miejscu znajdują się te wszystkie poglądy, które mają uprawomocnić przekonania, że życie nie ma sensu, że nie ma miłości na świecie. Jak się głębiej porozmawia z ludźmi w tym stanie, to mówią oni o swoich fantazjach na temat śmierci partnera lub własnej. To się jawi jako jedyne rozwiązanie, uwolnienie z tej sytuacji, bo sami nie mogą nic z nią zrobić. W długoterminowych związkach łączą się z tym stanem różnego kryzysy, na przykład kryzys wieku średniego.

Stan obojętności napiętej może przejść w obojętność bezwolną, tak?
Tak, jeśli się z nią nic nie robi.

A jeśli już jest, jak się z tej obojętności wydostać?
Można w jeden sposób - pracując nad związkiem. Dbając o niego, można sprawić że krzywa opadania temperatury uczuć będzie mniejsza. W naszej kulturze związek zaczyna się jak gdyby od wrzenia, od 100 stopni, potem temperatura spada. Jeżeli spowodujemy, że opadnie łagodnie i zatrzyma się w miejscu, które nas satysfakcjonuje, prawdopodobnie przeżyjemy razem wiele szczęśliwych lat w dobrym zdrowiu na poziomie jasnych snów.

Brzmi trochę jak bajka.
Wszyscy jesteśmy we władaniu takiego przekonania, że od życia nie można specjalnie wiele oczekiwać. Nie ma cudów - miesiąc miodowy się skończył, można liczyć że co najwyżej będzie jakoś w miarę sensownie. Jeżeli byśmy zmienili nasze podejście i byli przekonani, że można oczekiwać od związku, który trwa lata, gorącej temperatury, dużo by to zmieniło. Zostawmy jednak maksymalne rejestry, pomyślmy jak zadbać żeby amplituda naszych uczuć nie opadała za szybko, żeby w związek nie wkradła się obojętność?

Jak to zrobić?
Z tym jest różnie. Są ludzie, którzy potrzebują dbać o swój związek, rozbudowując sferę domową, bo to jest to, na czym im zależy. A są takie pary, dla których pielęgnowanie będzie polegało na tym, żeby jeździć po świecie, wieść życie towarzyskie, angażować się w działalność społeczną, kulturalną, artystyczną. Każdy związek ma swoją unikalną formułę, w psychologii procesu nazywamy to mitem relacyjnym. Zadbanie o związek jest możliwe i można sprawić, żeby nie wpaść w pułapkę obojętności. To jest profilaktyka.

Zwykle zaniedbujemy wszelką profilaktykę.
Tak. I budzimy się w fazie obojętności. W tym miejscu należy uświadomić sobie, że mamy kryzys relacyjny. Nie ma co się łudzić, że sam przejdzie. Obojętność jest jednym z pewnych symptomów kryzysu. Jeśli potraktujemy kryzys jako wyzwanie i informację, że ze związkiem coś trzeba zrobić, zaczynamy szukać rozwiązań.

Jakich?
Kryzys to jest szczególne i trudne miejsce zarówno w życiu relacyjnym, jak i w życiu człowieka. Jest sygnałem na to, że system w którym jesteśmy, doszedł do kresu możliwości w danej formule. Konieczna jest jego transformacja. Coś musi się zmienić. Może za bardzo poświęcamy się pracy, domowi albo dzieciom?

Równowaga została zachwiana?
Tak. Ten system stał się sztywny, nie reaguje elastycznie. Bo zmieniły się potrzeby między nami, a my cały czas działamy tak jak kiedyś.

O czyje potrzeby chodzi - o własne czy partnera?
Różnie. Załóżmy, że jestem człowiekiem wychowanym w dość konserwatywnym duchu - jestem dość spokojny, grzeczny, układny, odpowiedzialny, solidny. Mam w sobie stronę bardziej szaloną, ale ona nigdy nie była wspierana ani przez moich rodziców, ani świat dookoła mnie. Wyrosłem na poprawnego faceta, chodzę do pracy, mam dzieci i do tego wszystkiego mam żonę, która wspiera ten mój styl funkcjonowania. Załóżmy, że w pewnym czasie zaczynam czuć presję upływającego czasu i myślę sobie, że może warto byłoby sięgnąć po inny kawałek życia i zaczyna mi się marzyć podróż dookoła świata. Zmieniły się moje potrzeby. A moja żona może wcale nie chcieć wspierać tych moich nowych dążeń. Ona może działać tak, jakby była z człowiekiem, z którym brała ślub, podczas gdy ja już jestem innym facetem.

Żeby była szansa na zmianę związku, to żona powinna podążyć za zmianą, która dokonała się w mężu?
Jesteśmy w momencie kryzysu, który jest sygnałem, że związek musi się transformować albo zakończyć. To jest ten moment dojścia do granic możliwości modelu, który zbudowaliśmy. Jeśli związek zdolny jest do zmiany, to warto nad nią pracować. Wtedy relacja ma szansę jeszcze przetrwać.

Szansa powodzenia jest wówczas, jeśli obie strony chcą zmiany?
Tak, inaczej nic z tego nie będzie. Jeżeli jedna strona naciska na zmianę, to druga albo też jej dokonuje, albo zdecydowanie się temu przeciwstawia. Jeśli mamy do czynienia z drugim wariantem albo musimy się rozstać, albo wpadamy w łagodną depresję. Albo żona powie: „Świetnie, ruszamy na wyprawę dookoła świata.” albo „Zgłupiałeś!”. Albo się rozstaniemy, albo obsuniemy się w depresję i będziemy się obwiniać. Ja za to, że ona mnie nie wspiera w moich nowych potrzebach, ona mnie za to, że jej się wydawało że ja jestem inny, niż jestem.

Czasami jest tak, że sami potrzebujemy tej zmiany, ale wymagamy jej od partnera.
Wszyscy ludzie są w tym miejscu tacy sami. Chcemy, żeby zmiana została przeprowadzona nie przez nas, tylko przez naszych partnerów. Chcielibyśmy, żeby oni zrobili tę robotę za nas. Zanim uświadomię sobie, że chcę się wybrać na koniec świata, będę zarzucał żonie że jest nudna.

I zwykle jest tak, że zaczynamy od żali, pretensji, czasem od dawna niewypowiedzianych?
Tak, jeżeli wytykamy coś partnerowi, sprawa dotyczy tego że potrzebuję zadbać o siebie w tej sferze. To ja potrzebuję zmiany, a druga strona pójdzie za tym, albo nie.

Zdarza się tak, że nie zawsze związek, który znalazł się w fazie obojętności, można uratować.
Istotą sprawy nie jest to, żeby związek ratować. Ostatnio przeczytałem mądre zdanie w książce dla lekarzy: „Lecz chorobę, ale umierającemu duchowi daj spokojnie odejść”. Trzeba zobaczyć co z tym naszym duchem.

Jak?
W momencie, kiedy jesteśmy rzucani od jasnych snów do ciemnych, zwykle do tego potrzebny jest ktoś z zewnątrz.

Jako terapeuta pewnie to widzisz?
Zwykle widzę sygnały, że duch związku umiera. Gdy podczas pracy terapeutycznej kieruję klienta to w stronę jasnych snów, to w stronę ciemnych, obserwuję dokąd bardziej zmierza. Wtedy, w zależności od tendencji, która jest silniejsza, można albo mocniej zawalczyć o swoje marzenia, albo uścisnąć sobie dłonie i powiedzieć „cześć”. Jest jeszcze druga możliwość wyjścia z tej pułapki. Można uruchomić takie miejsce, które nazywamy brakiem snu. Chodzi o to, żebym był w stanie spojrzeć na partnera ani przez różowe, ani przez czarne - tylko bez okularów. Wtedy mam szansę zobaczyć kim ona lub on naprawdę jest. Że nie jest ani aniołem, ani diabłem, tylko człowiekiem o takich i takich cechach. Wówczas łatwiej można podjąć decyzję, czy chcę nadal z kimś takim żyć, czy nie.

Jak możemy pomóc sobie w decyzji o rozstaniu?
Rozstanie nie jest niczym strasznym. Jest takim samym zjawiskiem jak każde inne. Chodzi o to w jaki sposób się rozstajemy. Dobrze byłoby zobaczyć, co w naszym związku było wartościowe, czego się nauczyliśmy, podziękować sobie. Zrobić podsumowanie.

Tomasz Teodorczyk: współzałożyciel Akademii POP, dyplomowany psychoterapeuta i nauczyciel pracy z procesem Research Society for Process Oriented Psychology w Zurichu, posiada Licencję Psychoterapeutyczną i Trenerską Polskiego Towarzystwa Psychologii Zorientowanej na Proces. Pracą z procesem zajmuje się od 1988 r. Prowadzi psychoterapię indywidualną, warsztaty oraz szkolenia i superwizje.

  1. Psychologia

Daj sobie szansę na bliskość

Aby poczuć bliskość, trzeba opuścić gardę, zrezygnować na użytek drugiej osoby z pięknego wizerunku. A ludzie boją się tego coraz bardziej. (Fot. iStock)
Aby poczuć bliskość, trzeba opuścić gardę, zrezygnować na użytek drugiej osoby z pięknego wizerunku. A ludzie boją się tego coraz bardziej. (Fot. iStock)
Coraz częściej brakuje nam zaufania do więzi łączącej nas z innymi ludźmi, nie potrafimy troszczyć się o relacje z bliskimi. Uciekamy w marzenia o związku idealnym, który bez żadnego wysiłku z naszej strony zachowa świeżość i atrakcyjność. Tymczasem budowanie bliskości wymaga wysiłku i zaangażowania, mówią Katarzyna Miller i Wojciech Eichelberger.

Wszędzie słychać, że przeżywamy kryzys bliskości. Co dzisiaj stoi za tym wyświechtanym sformułowaniem?
W.E.
: Bulwersującą prognozę tego, co będzie się działo w relacjach międzyludzkich, stawia w książce „Razem, lecz osobno” [Prószyński i S-ka 2007] francuski socjolog i antropolog Serge Chaumier. Według niego już wkrótce przestrzeń międzyludzkich związków zupełnie zdominują relacje powierzchowne i krótkotrwałe.

Dlaczego?
W.E
.: Serge Chaumier uważa, że znakiem naszych czasów są relacje z innymi charakterystyczne dla tzw. osobowości borderline z silnym odchyleniem narcystycznym. Mam nadzieję, że te prognozy się nie potwierdzą, jednak trzeba przyznać, że w gabinetach psychoterapeutów gwałtownie wzrasta liczba klientów o tym typie osobowości.

Czyli jakich?
W.E.
: Chodzi tu o osoby o typowo narcystycznej potrzebie zdobycia uznania, a jednocześnie słabych granicach wewnętrznych. Często nie potrafią one odróżnić własnych potrzeb, przekonań i uczuć od potrzeb, myśli i uczuć innych ludzi, nie szanują przestrzeni i autonomii innych. W bezpośrednich relacjach z ludźmi brakuje im wyczucia fizycznego i psychicznego dystansu. Np. z bliskimi nie rozmawiają, a nowo poznanej osobie opowiadają o najintymniejszych sprawach. Ludzie z osobowością typu borderline nie mają zaufania do więzi łączącej ich z innymi. Nie potrafią się troszczyć o swoje związki.

K.M.: Co z oczu, to z serca, a co przed oczami, to moje. Nie umieją sobie niczego odmówić, są niestali, ulegają zachciankom.

W.E.: Takim osobom brakuje wiary, wytrwałości i odporności na kryzysy. W nieskończoność domagają się dowodów, że są ważni. Są jak beczka bez dna. Poza tym mają zwykle trudności z wyczuwaniem konwencji, z dotrzymywaniem umów. Potrafią w nieskończoność powtarzać te same błędy, obwiniając za nie otoczenie. Z jednej strony chcą związku symbiotycznego, bo mają wrażenie, że druga osoba jest jakby częścią ich samych, a z drugiej – z błahych powodów doprowadzają do rozstań, by uniknąć nieuchronnego, w ich przekonaniu, bólu porzucenia.

Dlaczego takich osób ma być coraz więcej?
W.E.
: Psychika ludzka dostosowuje się w ten sposób do wymogów naszych czasów, w których w obszarze wartości rządzi sukces materialny, atrakcyjność i popularność. To sprawia, że związki z ludźmi są traktowane instrumentalnie, przestają być wartością samą w sobie, służą robieniu wrażenia i osiąganiu konsumpcyjnego sukcesu.

K.M.: Dziś liczy się pozór, fasada, a nie prawdziwe emocje, głębia.

W.E.: Tak ukształtowani ludzie to idealni pracownicy i konsumenci. Nie tworzą stałych związków, są więc dyspozycyjni, a dla sukcesu poświęcą wszystko. Ponieważ uzależniają się od autorytetów, od nagród i pochwał, łatwo nimi manipulować i kierować. Przy tym są to z reguły ludzie ambitni, inteligentni i zdolni, potrafiący studiować kilka fakultetów naraz.

K.M.: Dziś inwestujemy w inteligencję. Dla rodziców ważne są dobre stopnie, a nie relacje dziecka w szkole. Lepsze wykształcenie ma gwarantować pieniądze, za które można kupić domy, auta, czyli symbole sukcesu, oraz techniczne zabawki pozwalające na utrzymywanie masy pozornych kontaktów i związków.

W.E.: Osobowość typu borderline staje się powszechna również dlatego, że społeczeństwo cechuje dziś niesłychana mobilność. Wartością jest zdolność do asymilowania się, przemieszczania się tam, gdzie jest praca, często na ogromne odległości, do innych krajów i kultur. Dzieci od małego przeżywają liczne rozstania, wiele trudnych emocjonalnie sytuacji, są także ofiarami i świadkami bolesnych rozstań w środowisku dorosłych. Skuteczną obroną przeciwko takiej sytuacji jest nawyk nieangażowania się i ograniczania do powierzchownych relacji.

Bo będzie mniej bolało?
W.E
.: W ogóle nie będzie bolało. Tymczasem ciągle tęsknimy za związkiem idealnym, który sam z siebie, bez żadnego wysiłku z naszej strony zachowa świeżość i atrakcyjność, przetrwa. Prawdziwa miłosna relacja przenosi się w sferę mitu, staje się romantyczną iluzją. Jej efemerydą, a zarazem substytutem jest stan zakochania.

K.M.: Dopóki działa chemia, dopóty żyjemy jak w niebie. Gdy się kończy, zmieniamy partnera jak pracę, która przestała zaspokajać nasze aspiracje. A chemia wytrzymuje góra dwa lata. Potem przez idealny obraz zaczyna przebijać się rzeczywistość. Rozpadają się związki, gdy ludzie budzą się z owego romantycznego snu, czasem już po kilku miesiącach, kiedy tylko pojawią się pierwsze trudności.

Czy tak nie było zawsze?
K.M
.: Różnica jest taka, że dziś ludzie nie mają ochoty, by nad związkiem pracować. Najprostszym wyjściem okazuje się rozstanie. Było fajnie, ale przestało, znaczy, że to nie był ten albo ta, więc kończymy znajomość. Nawet bez większych kosztów. U podstaw leży owa iluzja, przekonanie, że gdzieś jednak istnieje wymarzony ten jedyny, z którym namiętność nie wygaśnie, z którym będziemy się rozumieć bez słów... Więc szukamy dalej.

Albo się rozczarujemy i przestaniemy szukać w ogóle. Ale tęsknota zostaje.
K.M
.: Można ją nieco przyklepać, zagadać. I tu przychodzi z pomocą technologia: coraz więcej jest wirtualnych związków, których emocjonalna intensywność potrafi dorównywać związkom z realnym partnerem, mimo że się tego człowieka nigdy na oczy nie widziało.

Pokazuje to m.in. książka „Samotność w sieci” Janusza Wiśniewskiego i zrealizowany na jej podstawie film Witolda Adamka.
W.E
.: Internetowe związki bywają urzeczywistnieniem miłosnej iluzji, odgrywaniem marzeń: partner może być ideałem i my sami możemy być ideałami, jakimi przecież nie jesteśmy. Więcej nawet, możemy być kimś zupełnie innym niż w rzeczywistości. To niebezpieczna, uzależniająca gra. Uzależniająca właśnie dlatego, że rządzi się zupełnie innymi regułami. W prawdziwym życiu trudno jest osiągnąć podobną intymność, przełamać emocjonalne bariery. Łatwiej jest, siedząc przed ekranem komputera, wypisywać piorunująco szczere wyznania, niż coś powiedzieć prosto w oczy siedzącej naprzeciwko osobie. Łatwiej jest nawiązać wirtualny kontakt, a przede wszystkim łatwiej go zerwać bez większych konsekwencji.

Ale dla osoby wirtualnie porzuconej konsekwencje bywają podobne jak w realnym związku.
K.M
.: Taka strata bywa nawet trudniejsza do przeżycia niż rozstanie z kimś realnym. Trzeba się pogodzić z tym, że nigdy się nie dowiemy, dlaczego tak się stało, można przy tym wpaść w obsesję, że się wszędzie tej osoby szuka, a nikt realny nie dorasta do ideału.

W.E.: W rzeczywistym związku mamy przed sobą trzy możliwe drogi: mozolne budowanie, rozstanie albo utrzymywanie iluzji dobrego związku – gdy po fazie romantycznej następuje tak zwana symbioza, kiedy to partnerzy są tak bardzo razem, że praktycznie tracą własną autonomię.

K.M.: To zakłada rezygnację z siebie, podporządkowanie. Warto wytłumaczyć, co to jest symbioza, bo dwoje ludzi, którzy trzymają się cały czas za rączki i patrzą sobie w oczy, to obrazek bliski romantycznemu ideałowi, za którym nasza kultura podąża. A nie ma nic wspólnego z prawdziwą, głęboką relacją. Ludzie pozornie są blisko, dbają o to, żeby się nic nie zepsuło. Jednak prawie nie komunikują się na głębszym poziomie, tylko trwają, wypierając rzeczy, które obnażałyby płytkość i nieprawdziwość tego bycia razem. Odcinają to, co ich różni, wszędzie chodzą razem, robią wszystko razem, zawsze do domu po pracy, prawie się nie kłócą...

W.E.: To niepisany pakt o nieagresji: unikamy konfrontacji. Lubimy to samo, wierzymy w to samo, mamy tę samą ideologię, tych samych znajomych, te same potrzeby. Nie ma żadnej własnej, prywatnej przestrzeni, która tych ludzi od siebie odróżnia i czyni partnerami w związku.

K.M.: Taki związek nie jest związkiem, bo do związku trzeba dwojga całych ludzi. A nie dwóch połówek, choć takim mitem się karmimy.

W.E.: Oczywiście, nie mówimy tutaj o jedności duchowej. Tego rodzaju jedność nie wymaga nawet bycia na co dzień razem, to miłość, w której partnerzy czują się wolni. Odkrycie jedności duchowej to zwykle rezultat długoletniej pracy dwóch autonomicznych, niezależnych osób. Nie ma ona nic wspólnego z symbiozą – to jedność w różnorodności.

K.M.: W symbiozie jest nudno, panuje stagnacja, marazm. Pozostaje ucieczka w jakąś aktywność, także w nałogi, np. alkoholizm, również ten ukryty, albo pracoholizm.



Jest z tego inne wyjście?
W.E
.: Zależy, co dla nas ważne. Na podstawie obserwacji tego, co dzieje się dziś w społeczeństwach zachodnich, Chaumier sugeruje, że ludzie, próbując zachować związek, a jednocześnie uciec od nudy, cierpienia i trudów budowania głębokiej relacji, coraz częściej zapraszają do niego kogoś trzeciego.

Zdrada ma pomóc utrzymać związek?
W.E
.: Chaumier dowodzi, że ktoś trzeci albo i czwarty, bo bywają związki, w których każdy z partnerów jest jednocześnie w drugim związku, wnosi świeżą energię do wypalonej relacji i pomaga zwalczyć znienawidzoną nudę. To kontrowersyjna teza, ale statystyki mówiące o wielkiej liczbie dodatkowych, „ratunkowych” związków, niepowodujących wcale rozpadu relacji pierwotnej, zdają się to potwierdzać.

K.M.: Mamy stałego, nudnego partnera, zabezpieczone tyły, ustabilizowane jako tako życie i od czasu do czasu fundujemy sobie drobny lifting uczuciowo seksualny! Pozornie idealna sytuacja. Jednak takie podejście prowadzi do tego, że związki przypominać będą pozbawione emocji sojusze: on się nie będzie wtrącał w moje życie, a ja w jego. Tyle że to nie ma nic wspólnego z bliskością czy miłością.

W.E.: To są właśnie związki narcystyczne, w których druga osoba jest dopełnieniem wizerunku pierwszej i na odwrót. Ten, kto nie spełnia ostrych kryteriów bycia cool, dobrego wyglądu i sukcesu – wypada z gry.

K.M.: Mężczyznom coraz częściej podobają się zajęte tylko własną urodą laski. A ile kobiet chciałoby mieć takiego faceta, co prze do sukcesu? Mnóstwo. Nie zdają sobie sprawy, że on poza wyglądem i statusem finansowym nie jest w stanie nic zaproponować. Owszem, jest zadbany, bo jego ciało ma być obiektem podziwu. Jako produkt doskonały jest zwykle dobrze ubrany, ma pieniądze, gadżety. Ale do wspólnego życia się nie nadaje. Nie mówiąc o seksie...

Nie pozwoli sobie na bliskość i luz?
K.M
.: Będzie myślał tylko o tym, czy dobrze wypadł. Normalny człowiek jednego dnia powie: Dziś mi się nie chce kochać, a innego: Bardzo mi się chce. Albo dziś się nie golę czy nie maluję (w wersji dla pań). Na odpuszczenie sobie pozwolić sobie może tylko ktoś ze zdrowym dystansem do samego siebie, nigdy ten, komu zależy wyłącznie na ocenie innych. Narcyz jest przy tym niedostępny emocjonalnie, co dzisiejsze dziewczyny, które wychowują się praktycznie bez ojców, przyciąga jak magnes. Od kogoś takiego dziewczyna nie dostanie czułości, uwagi, a starać się o to może i całe życie. Za to on będzie wymagał, jak ojciec, żeby była nienaganna, wytknie jej każde niedociągnięcie.

Jest dziś szansa na bliskość?
K.M
.: By poczuć bliskość, trzeba opuścić gardę, zrezygnować na użytek drugiej osoby z pięknego wizerunku. A ludzie boją się tego coraz bardziej. By przestać się bać, trzeba zajrzeć w siebie. Jako młódka szłam kiedyś na randkę i ze zdziwieniem poczułam, że się boję: coś mną telepało w środku, jakby w brzuchu latały mi motyle. Wczułam się w siebie i dotarło do mnie, że to jest przyjemne uczucie, nie strach, tylko rodzaj oczekiwania, podniecenie. To było ważne odkrycie. Boimy się nowych rzeczy, bo nam rodzice nie mówią: kochaj te drgania w brzuchu, zauważaj to, co czujesz, bo to jest twoje życie, najfajniejsze momenty. Odbieraj sygnały, obserwuj siebie. Wtedy nauczysz się kontaktować ze sobą, a co za tym idzie, z innymi, i się nie bać. Tylko tak można poczuć bliskość, otworzyć się przed tym, kogo wybierzemy.

  1. Seks

Jak udawać orgazm? „Nie udawać” – mówi seksuolożka Małgorzata Zaryczna

– Udawanie orgazmu to nie tylko dewaluacja własnych potrzeb, ale również potrzeb partnera – podkreśla seksuolożka Małgorzata Zaryczna. – Poza tym pojawia się duże niebezpieczeństwo tego, że kochanka od lat udająca orgazmy sama siebie zapędzi w kozi róg. (Fot. iStock)
– Udawanie orgazmu to nie tylko dewaluacja własnych potrzeb, ale również potrzeb partnera – podkreśla seksuolożka Małgorzata Zaryczna. – Poza tym pojawia się duże niebezpieczeństwo tego, że kochanka od lat udająca orgazmy sama siebie zapędzi w kozi róg. (Fot. iStock)
Temat dosyć drażliwy, a pytanie iście szekspirowskie: Czy dla satysfakcji partnera można udawać własną? Wyjaśnia seksuolożka Małgorzata Zaryczna

Marike ma 32 lata i mieszka w Hanowerze. Jest logopedką, ma fajnego faceta, którego kocha z wzajemnością. Tylko w sypialni coś „nie gra”, bo Marike zdecydowała się napisać o tym na internetowym forum: „Jest nam razem wspaniale. Uwielbiam sypiać z moim partnerem. Nie mogę się skarżyć, robi wszystko tak, jak trzeba. Nie wiem więc dlaczego, ale nie mogę przeżyć z nim orgazmu. Jak tylko ogarnia mnie to miłe, gorące uczucie, próbuję je uchwycić, podążyć za nim – a ono wtedy znika. Nie chcę wyjść na zimną jędzę, więc udaję. Ups, powiedziałam to wreszcie – od trzech lat udaję wszystkie orgazmy…”.

Kobiet takich jak Marike jest więcej. Choćby Jula, tym razem z polskiego forum: „Ja też udaję orgazmy. Całe to gadanie na ten temat więcej psuje, niż poprawia. Mój facet nie rozumie, jak można nie mieć orgazmu i robi, co może, żeby mnie do niego doprowadzić. Tyle tylko, że ja to koncentrowanie się na moim szczytowaniu odbieram jako totalnie zniechęcające. Seks bez szczytowania też daje mnóstwo frajdy. Wcale nie tęsknię za orgazmem. Ale ponieważ mój facet tak strasznie na niego czeka, udaję – i oboje jesteśmy zadowoleni”.

Z miłości i dla świętego spokoju

Kiedyś kobiecy orgazm był zjawiskiem egzotycznym: nie bardzo wypadało przeżywać go „przyzwoitej” kobiecie. Orgazm nie był czymś, czego się wymagało od żony lub jej zapewniało – przeciwnie, kobiety szczytujące uważane były za rozwiązłe. Dziś tę reglamentację rozkoszy zastąpiło całkowite przeciwieństwo: kobiecy orgazm to obowiązek. On musi go jej dać, ona musi go przeżyć. Orgazm nie tylko „wieńczy dzieło”, ale w ogóle nadaje mu sens. Jeśli nie nadejdzie, to znaczy, że ktoś nawalił: kochanek, kochanka albo oboje. Trudno się więc dziwić, że pary czują się w obowiązku zrobić wszystko, by ten magiczny szczyt za każdym razem osiągnąć. Tyle tylko, że wspaniały, porywający i niezwykły seks to rzecz raczej odświętna. Na co dzień najczęściej trafia się nam seks po prostu – zwykły i przyjemny. I tak powinno być. Problem pojawia się, gdy zamiast zaakceptować ten stan rzeczy i cieszyć się bliskością, dąży się do ideału. W konsekwencji, jeśli ziemia się nie trzęsie podczas każdego tête-à-tête, udawanie orgazmu staje się koniecznością.

– Symulowanie rozkoszy – nawet jeśli kierowane „dobrem związku” – ma zwykle na celu dwie rzeczy: chęć zadowolenia własnego ego lub ego partnera – tłumaczy Małgorzata Zaryczna, seksuolożka, psycholożka i terapeutka. – Wychodząc z sypialni, chcemy mieć poczucie, że sprawdziłyśmy się w roli kochanki, a w oczach partnera znaleźć na to potwierdzenie.

Tych kilka wystudiowanych jęków nie wydaje się też zbyt wysoką ceną za dobre samopoczucie naszego partnera. On to dopiero czuje ciężar odpowiedzialności! Mężczyzna, którego partnerka nie wije się z rozkoszy, nie może nazywać się dobrym kochankiem. Dlatego kobiety często udają… z miłości. Nie chcą, żeby za ich brak dostrojenia na orgazm ukochany zapłacił obniżeniem samopoczucia i seksualnej samooceny. Ale równie często odgrywają scenkę rozkosznych konwulsji z wygody. Dla świętego spokoju. Żeby mężczyzna, który od pół godziny wychodzi z siebie, by je zadowolić, zajął się w końcu czymś innym – przytulił, pocałował.

Jest jeszcze jeden powód, dla którego kobiety udają: wielu mężczyzn podnieca fakt, że kobieta szczytuje. Sami wtedy szybciej osiągają spełnienie. Są też tacy, którzy dopiero po orgazmie partnerki przestają wstrzymywać własny. Dlatego, jeśli kochanka chce subtelnie zakończyć erotyczne spotkanie, symuluje orgazm – i można się zwyczajnie poprzytulać.

Nie chcę, ale to robię

Problematyczne jest tylko samo słowo „udawanie”. Udawanie, czyli oszustwo, kłamstwo, nieprawda. Buduje mur pomiędzy kochankami. Coś, co powinno łączyć, dzieli. Wielki różowy słoń stoi w sypialni i obydwoje udają, że go nie widzą… Partner, bo według niego wszystko jest w porządku. Partnerka, bo woli mieć święty spokój albo dlatego, że uważa, że wprawdzie mają problemy, ale chwilowe. Co jeśli jednak będą się powtarzać?

Wyrzuty sumienia mogą powodować, że zacznie unikać seksu albo, sfrustrowana, w końcu zacznie traktować seks na zasadzie „nie chcę, ale co robić, trzeba”.

– Udawanie orgazmu to nie tylko dewaluacja własnych potrzeb, ale również potrzeb partnera – podkreśla Małgorzata Zaryczna. – Poza tym pojawia się duże niebezpieczeństwo tego, że kochanka od lat udająca orgazmy sama siebie zapędzi w kozi róg. Bo gdy nagle stwierdzi, że jednak chce spróbować cieszyć się seksualnością, trudno jej będzie zrobić to u boku partnera od dłuższego czasu przyzwyczajonego do rytuału, który… nie działa.

Seksuolożka zaleca więc nie udawać, ale dopuszcza od tej zasady dwa odstępstwa. Pierwsze: gdy partnera tak podnieca orgazm ukochanej, że sam szybciej „dochodzi”, a ona – widząc jego podniecenie – też szczytuje. Wtedy udawanie służy przyjemności obojga, jest funkcjonalne. Drugie: kiedy partnerzy są razem od niedawna i czują się jeszcze onieśmieleni i podenerwowani, bo zależy im na znajomości. Wtedy symulowanie może zdjąć z obojga trochę presji. – Jednak wyłącznie pod warunkiem, że mają silne postanowienie, że to tylko na chwilę, a jak tylko napięcie zmaleje i poczują się swobodniej, będą szukać takiej stymulacji, by naprawdę szczytować – zaznacza.

Męska pewność siebie

Na wspomnianym niemieckim forum zwierzenia Marike wywołały ożywioną dyskusję. Przeważały męskie głosy. Faceci po prostu nie mogli się nadziwić, że: a) ktoś może w ogóle mieć problem z dojściem do orgazmu, b) kobiety robią takie głupstwa, c) jak to jest możliwe, by partnerzy nie domyślali się oszustwa.

Mężczyźni uważali, że każdy jako tako seksualnie wyedukowany i doświadczony facet natychmiast się zorientuje, że trafił na łóżkową aktorkę. Tylko jeden nieśmiało zauważył, że może jednak nie – bo przecież każda kobieta inaczej orgazm przeżywa – ba! nawet jedna kobieta potrafi mieć różne orgazmy – więc chyba jednak nie tak łatwo się w tym wszystkim połapać. Inni jednak szybciutko go zakrzyczeli.

– Tymczasem to ten ostatni miał rację – mówi Małgorzata Zaryczna. – Mężczyzna nie jest w stanie poznać, czy kobieta udaje, czy nie. Oczywiście, jeśli para jest długo razem, partnerzy doskonale się znają, a kobieta ma zawsze podobny schemat przeżywania rozkoszy – jej partner może zauważyć pewne odstępstwa od normy. Ale to wcale nie musi znaczyć, że odegrała orgazmiczną komedię – mogła mieć po prostu orgazm mniej lub bardziej intensywny niż zazwyczaj.

Do podręcznikowych oznak orgazmu należą: skurcze mięśni pochwy i zwiększona lubrykacja, erekcja i stwardnienie sutków, czasem lekkie konwulsje całego ciała, przyspieszony puls i oddech, zdarza się rumień na twarzy czy na piersiach. I, niestety, wszystkie można symulować – bo nawet skurcze mięśni nie stanowią problemu dla kobiety z dobrze wyćwiczonym mięśniem Kegla. Poza tym nie każda kobieta takie skurcze ma, a niekiedy są niewyczuwalne dla mężczyzny.

Małgorzata Zaryczna przestrzega jednak przed tropieniem oznak orgazmu i doszukiwaniem się dowodów na jego prawdziwość lub fałsz. Wtedy, zamiast się skoncentrować na przyjemności, kochanek będzie się skupiał na śledztwie, podsycając swoją niepewność i ewentualne kompleksy. – Mężczyźni często nie chcą wierzyć partnerkom, że choć nie miały orgazmu, to są z seksu zadowolone – mówi seksuolożka. – Samo podniecenie, wywołane zbliżeniem, jest często dla kobiety satysfakcjonujące. Panowie, uwierzcie w to, a wasze partnerki nie będą chciały udawać!

Wyznań czas

A co, jeśli recydywistkę w udawaniu najdzie ochota na orgazmiczny coming out? Lepiej nie wyznawać partnerowi: „od 10 lat udawałam rozkosz”. To go zaboli, podkopie wiarę w siebie, pozbawi poczucia bezpieczeństwa i nadszarpnie zaufanie, a także obrabuje z radości z seksu, którą – jak sądził – miał z partnerką przez te lata. W końcu to tak samo, jakby powiedzieć: „od 10 lat żyjemy w kłamstwie”. Co można zatem zrobić? Jak najszybciej zmienić sposób, w jaki uprawia się seks.

– Kobieta może powiedzieć, że – dajmy na to – odkryła nowy rodzaj pieszczot, który sprawia jej przyjemność, i zaproponować partnerowi, by wprowadził go do repertuaru. Polecam też kupić poradnik seksualny, przynieść go z zapowiedzią: „może byśmy spróbowali czegoś nowego, chciałabym sprawdzić, czy mogę osiągać orgazm w inny sposób albo silniej” – radzi Małgorzata Zaryczna.

Czasem wystarczą niewielkie innowacje – na przykład zmiana pozycji. Bo kiedy kobieta jest skoncentrowana na tym, jak kierować ciałem, żeby było „dobrze”, trudno jej się tak poddać przeżyciom, by naprawdę „odlecieć”.

Wielu mężczyzn wie, że sama penetracja to za mało, by kobieta przeżyła rozkosz. Wiedzą też, że jedną z najskuteczniejszych technik jest stymulacja oralna. Ale mylnie zakładają, że dobrze sprawdzi się pozycja „sześć na dziewięć”, kiedy obydwoje dostarczają sobie oralnie rozkoszy. Otóż wiele kobiet nie jest w stanie skupić się wtedy na własnej przyjemności, dbając o przyjemność partnera. A wystarczy spróbować inaczej: najpierw partner pieści partnerkę, potem zamieniają się miejscami. Próbujmy, eksperymentujmy. Bawmy się w „może będzie jeszcze fajniej”, a po jakimś czasie rzeczywiście tak się stanie.