1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wywiady
  4. >
  5. Marcin Prokop: „Jestem zwierzęciem rozrywkowym”

Marcin Prokop: „Jestem zwierzęciem rozrywkowym”

Marcin Prokop (Fot. Adam Pluciński/ TVN)
Marcin Prokop (Fot. Adam Pluciński/ TVN)
Jako dzieciak chciałem, żeby rzeczywistość omijała mnie wzrokiem – ale przez oczywisty parametr wyrastania dwie głowy ponad wszystkich ukryć się nie mogłem – mówi Marcin Prokop. Skoro tak, postanowił to wykorzystać. W programach, które prowadzi, daje ludziom dobrą energię. Sprawia, że się uśmiechają.

Wywiad pochodzi z miesięcznika „Zwierciadło” 3/2026.

Joanna Derda: Widziałam dziś na Instagramie, jak „na zapleczu” „Mam talent” zszywają ci ranę na łokciu. Co się stało?

Marcin Prokop: Upadek człowieka pracy, który w programie rozrywkowym, gdzie jest sporo wystających elementów scenografii, źle wymierzył swoim dwumetrowym ciałem. Nie jest prawdą to, co sam rozpowszechniam, że ugryzł mnie Agustin Egurrola.

Ile szwów?

Nie liczyłem. Ale nie narzekam, pierwszy raz w życiu byłem operowany na żywym organizmie, a w wieku prawie 50 lat przeżyć coś po raz pierwszy – to cenne. Jestem więc wdzięczny losowi, że mnie zetknął z taką sytuacją. Czyli z rurą na planie.

W marcu w TVN będzie emitowany kolejny sezon programu „Niezwykłe Stany Prokopa”. Twoje zainteresowanie Ameryką zaczęło się od zainteresowania dziewczyną. Miłość do dziewczyny stała się też miłością do Ameryki?

Rzeczywiście przez to, że poznałem Marysię, zacząłem jeździć do Stanów. Gdybym nie był jej chłopakiem, nie zebrałbym się, żeby lecieć za ocean, bo to było i kosztowne, i nie ciągnęło mnie tam specjalnie. No i przewrotny los sprawił, że musiałem jednak na ten bilet wysupłać parę tysięcy z biednego wówczas prawie studenckiego konta. Spotkałem się z tym Behemotem, jakim są dla mnie Stany, który ma wszystko cztery razy większe. Tu rzadko się czuję mały przy kimkolwiek, a tam byłem jak mróweczka.

Fascynacja?

Połączona z przerażeniem. Ameryka nie jest miejscem, które kocham bezkrytycznie, mam jej wiele do wypunktowania, ale prawdziwa miłość nie jest przecież zaślepieniem. Widzę tam mnóstwo wad, dziur w zębach i brudnych paznokci. Już na samym początku zrozumiałem, że to nie jest kraina, w której spełni się każde marzenie, wystarczy mocno chcieć – nie, to jest miejsce bezwzględne, gdzie ludzie, którzy dostali od losu gorsze karty, są skazani na banicję gdzieś na obrzeżach. Na tym tle Polska wydała mi się krajem opiekuńczym, w którym trudno jest tak definitywnie przegrać z losem.

Ile lat temu zacząłeś robić program?

Osiem. Pierwsza wyprawa to był prezent na 40. urodziny. Sprawiłem go sobie, przy okazji postanowiłem tę podróż doku Ktoś ze stacji dowiedział się o tych planach i stwierdził, że skoro już biorę kamerę, to może bym coś z tego sklecił do telewizji. I choć początkowo nie miałem takiej intencji, powstała produkcja, która mocno wpłynęła też na mnie.

Byłeś tam ostatniego lata, trwała druga kadencja Trumpa – widzisz duże różnice między Ameryką dziś kontra te osiem lat do tyłu? Coś się zmieniło w myśleniu ludzi, może w atmosferze?

Kiedyś nie widziałem powodu, żeby tak mocno interesować się polityką. Ona działa się w tle, nie wchodziła ludziom tak brutalnie do domów, aż tak ich nie polaryzowała. System miał swoje wady, ale działał, ludzie funkcjonowali od lat, choć władza się zmieniała, w bardzo podobnym układzie. A Trump walnął w drzwi rzeczywistości, wywalił je razem z zawiasami i wszedł z miotaczem płomieni, wyrwał ludzi z letargu, obudził demony, które były albo uśpione, albo przypudrowane sztafażem politycznej poprawności. I nagle się okazało, że ci, którzy przez lata ukrywali swoje poglądy, nie mówili o uprzedzeniach, zaczęli o nich krzyczeć. Dziś Ameryka jest rozgorączkowana, ludzie są na krawędzi wojny domowej, niewiele trzeba, żeby zaczęli się zabijać w imię podziałów politycznych. Zamach na Trumpa, zabójstwo prawicowego aktywisty politycznego Charliego Kirka czy zamordowanie niewinnej kobiety w Minneapolis przez agentów urzędu antyimigracyjnego – poprzednio tak radykalne sytuacje miały miejsce w latach 60., teraz dzieją się znowu.

Posłuchaj także: „Kraje i obyczaje”. Nowy Jork, Waszyngton i Miami dla podróżniczych koneserów. Rozmawiamy z Magdą Żelazowską

Zmiana związana z Martinem Lutherem Kingiem, Czarnymi Panterami, zniesieniem segregacji rasowej hartowała Amerykę w ogniu i moim zdaniem teraz, po kilkudziesięciu latach, jesteśmy dokładnie w tym samym momencie – Trump Amerykę rozgrzał, stopił, zobaczymy, co z tej masy się uformuje. Jestem bardzo krytyczny wobec jego i działań jego administracji, ale może z perspektywy czasu okaże się, że dla Stanów Zjednoczonych były to decyzje w geopolitycznym sensie korzystne? Jestem zwolennikiem tezy, że przyszłość jest nieodgadniona, a próby pisania scenariuszy nie mają sensu – i paradoksalnie ta perspektywa mnie uspokaja.

Czemu?

Chaos raczej mnie uskrzydla, źle czuję się w rzeczywistości, która jest z góry drobiazgowo zaprogramowana. Gdybym wiedział teraz, co dokładnie będzie się ze mną działo 10 lat do przodu, jak będę żył, co robił –byłoby to dla mnie dużym obciążeniem. Lubię mieć poczucie, że to, co się kryje za najbliższym zakrętem, jest niespodzianką.

Nie miałeś nigdy pokusy, żeby pójść do wróżki?

Nie. Przekonanie, że dalekie planety układają się akurat w sposób, który miałby wpływ na życie jakiejś pojedynczej mróweczki na Ziemi, jest mocno aroganckie. Nie przyjmuję perspektywy, że kosmos się mną w jakikolwiek sposób zajmuje. Jest zimny i obojętny. Cudem jest sam fakt, że jakoś w ogóle funkcjonujemy na tej bańce tlenu i azotu, więcej dodatkowych religijnych fajerwerków nie potrzebuję.

Mówiłeś kiedyś, że przez pierwsze sezony programu byłeś swawolnym głupkiem, który pokazywał nam trochę z entuzjazmem, trochę z naiwnością Amerykę, a ten sezon będzie inny.

Zmienił się sposób opowiadania, bo mniej jestem teraz zainteresowany pokazywaniem swoich reakcji na rzeczywistość, na to, jak Ameryka mnie zadziwia i zachwyca. Bardziej zajmuje mnie, z czego jest utkana, kim są ludzie, jak postrzegają rzeczywistość. Wycofałem się z pozycji bohatera na pozycję reportera, i to jest zasadnicza zmiana.

Kluczem do poprzednich sezonów była próba odpowiedzi na pytanie, czym jest szczęście, było poszukiwanie amerykańskich mitów, co teraz?

Teraz kluczem jest Ameryka imperialna, która pokazuje kły i pazury.

Właśnie znowu pokazała, porywając Nicolása Maduro.

Tak, to jest idealny moment na wypuszczenie tego programu. Przez wiele lat żyliśmy w przekonaniu, że Ameryka to taki miły wujek, który śpi na kanapie, ma worek pieniędzy i jak się go ładnie poprosi, to tymi pieniędzmi sypnie. No i okazało się, że wujek wytrzeźwiał, wstał z kanapy, wziął kij bejsbolowy, zaczął tłuc wszystkich dookoła i wykrzykiwać przekleństwa. Oczywiście wujek w przeszłości miał już takie epizody, i to dość liczne, tylko myśmy o tym zapomnieli.

Zapomnieliśmy, że Ameryka jest krwawym mocarstwem ufundowanym na kolonialnej przemocy – wobec Hawajów, Alaski, Portoryko, Wenezueli, Iraku. Wszystkie te wojny stoczone w ostatnich kilkudziesięciu latach mają dobry PR, bo wierzyliśmy, że dzieją się w imię wartości, demokracji, ocalenia naszej cywilizacji, a teraz spadają nam klapki z oczu i widzimy Amerykę taką, jaka jest – przemocowe mocarstwo jak Rosja czy Chiny. Różnice są w narracjach i w tym, jakim narracjom ludzie dają wiarę. Ameryka dalej próbuje grać w tę grę, tłumacząc światu, że to, co robi, robi w imię naszych wspólnie wyznawanych wartości, że wojna z Wenezuelą to wojna z terroryzmem i narkotykami, a nie walka o zasoby, ropę i kontrolę nad Ameryką Południową – tylko coraz mniej osób w to wierzy. Dlatego zrobiłem ten sezon, pokazując, co się stało w miejscach, które zostały amerykańskim kolonializmem dotknięte. Negatywny sentyment w stosunku do Ameryki wciąż tli się tam do tego stopnia, że ludzie na Hawajach i Alasce zapytani, kim się czują, często nie mówią, że Amerykanami, tylko Hawajczykami czy Alaskanami. To też pokazuje skalę pęknięcia, które Amerykę trapi. A ponieważ jest ona papierkiem lakmusowym świata, myślę, że to, co się tam dzieje, jest dobrym predyktorem przyszłości także dla nas. Zmiany, które zachodzą w Stanach, zradykalizowanie w prawą stronę, porzucenie prób pudrowania narracji, mówienie wprost, że chodzi o Wielką Amerykę, przenoszą się do Europy, zaczynamy tej narracji ulegać, spójrzmy choćby na Węgry czy Francję. Ciekawe jest obserwowanie Stanów jako lustra Europy.

Ten program to jedno, ale masz też sporo innych. Lubisz tyle pracować? Przemyślana strategia?

Nie ma w tym głębszej filozofii, lubię mieć poczucie, że wykorzystuję narzędzie, którym jestem, a jestem, wciąż tak myślę, ostrym nożem w szufladzie – więc chcę nim kroić chleb, a nie odkładać go, żeby rdzewiał. Staram się sam siebie zajmować rzeczami, które mnie karmią nie tylko w dosłownym znaczeniu, czyli przynoszą pieniądze, ale by każdy projekt, w który jestem zaangażowany, zaspokajał też jakąś niematerialną potrzebę.

Praca na żywo w DDTVN, gdzie rzeczywistość dzieje się tu i teraz, gdzie działamy w duecie z Dorotą i ten duet jest dla mnie ważny, bo to relacja nie tylko zawodowa. „Mam talent” to wielki rozrywkowy show, tu wchodzę w rolę komentatora, komika, jurora, człowieka, który robi w rozrywce, żongluje piłeczkami i ludzie się cieszą. Tę stronę mojej osobowości też lubię eksploatować – być zwierzęciem rozrywkowym, dawać innym dobrą energię, sprawiać, że się uśmiechają. A „Stany” to mój prywatny folwark, pusta kartka, którą zapisuję od zera, po swojemu, a takie poczucie sprawczości jest czymś nieprawdopodobnie sycącym. Te wszystkie projekty coś do mojego życia wnoszą. Ale wiele propozycji odrzucam. Pieniądze dawno przestały być motywacją. Teraz motywacją jest to, czy dostanę emocjonalny zwrot z tej inwestycji, czy to będzie ciekawe, czy będę pracował z fajnymi ludźmi, czy będzie dobra atmosfera, czy będę się dobrze bawił. Jestem szczęściarzem, że mam takie możliwości wyboru. Każdego dnia budzę się z poczuciem pokornej wdzięczności.

Lubisz „być zwierzęciem rozrywkowym”. Kiedy odkryłeś, że masz tę stronę osobowości?

Trochę nie miałem wyjścia. Jako dzieciak starałem się nie zwracać na siebie uwagi, nie lubiłem szkolnych akademii, nie lubiłem tańczyć, śpiewać, chciałem, żeby rzeczywistość omijała mnie wzrokiem – ale przez oczywisty parametr wyrastania dwie głowy ponad wszystkich ukryć się nie mogłem. W którymś więc momencie naturalnym stało się, że mogę się albo swojej wyrazistości wstydzić, albo zrobić z niej walor w postaci ucieczki do przodu, czyli skoro już i tak wszyscy się na mnie gapią, to zabawmy się tym. Na początku to skupienie na sobie uwagi ogrywałem tak, że prowadziłem szkolne imprezy jako didżej, puszczałem muzykę, gadałem do ludzi schowany za konsoletą. Nieźle szło mi też rysowanie, więc rysowałem karykatury, ludzie przychodzili, zamawiali kolejne, chcieli się zobaczyć w mojej kresce i to też dało mi poczucie, że mogę być akceptowany, fajny, zauważony nie tylko przez to, że jestem dziwadłem, ale że robię coś, co ludziom daje dobre emocje. Bo to jest moje. Chcę dawać ludziom energię, najlepiej dobrą, jestem od tego, żeby się uśmiechali, nie głupkowato, jak na slapsticku, że Prokop wpadł twarzą w tort albo pękły mu spodnie, ale żeby czuli w zetknięciu ze mną, że rzeczywistość może być dobra, pozytywna, fajna, radosna. Dlatego w „Mam talent” staram się „przyłapywać” uczestników na dobrych rzeczach, na tym, co wyszło, co mają fajnego, a nie celować w nich zabójczą strzałą krytyki, po której wielu wrażliwców się już często nie podnosi.

Wojtek Łozowski przy jakiejś okazji powiedział mi, że jestem nawet fajny, ale przez wiele lat mnie nie lubił. Dlaczego? – pytam. „Bo jak byłem dzieciakiem, to na wiele lat odebrałeś mi marzenia i pewność siebie”. Występował w „Idolu”, którego byłem jurorem. Dla mnie był jednym z wielu młodych ludzi, którzy przyszli ze swoim talentem, lepszym, gorszym, żeby usłyszeć ocenę, a ja strzeliłem mu z biodra bolesnym żartem, który dla mnie był efektownym fajerwerkiem, dobrze brzmiącym w telewizji, a dla niego ciosem, po którym przez wiele lat zastanawiał się, czy w ogóle ma śpiewać. Kiedy więc zrozumiałem, jaką siłę mam przez bycie jurorem, zacząłem z większą rozwagą tej siły używać. Myślę, że nie ma słabości w byciu czułym na innych i delikatnym w obliczu ich wrażliwości.

Praca, zwłaszcza w programie na żywo, każe nieustannie być w dobrym humorze. A chyba nie zawsze jest się w dobrym humorze, jak się wstaje o piątej rano.

Najczęściej się nie jest. Ta praca zmusza do pewnej emocjonalnej mobilizacji. Do niecelebrowania nadmiernego samego siebie i swoich emocji. Jak lekarz ma operować pacjenta, to nie ma znaczenia, czy wstał lewą, czy prawą nogą, liczy się chory. Bo przekładanie chwilowych emocji na pracę jest nieprofesjonalne. Myślę o tym w taki sam sposób. Ludzie zapraszają mnie do domu w tym czy innym programie, więc nie chcę ich ochlapywać swoim błotem, nie chcę, żeby uczestniczyli w moich nastrojach, humorach, egzystencjalnych bólach, a czasami i dosłownych.

Ostatnio miałem na siłowni wypadek, mocno się poturbowałem, wymagałem ortopedycznej interwencji i następnego dnia w tym zboleniu wielostawowym musiałem trafić na nagranie „Mam talent”. Szedłem, jakbym właśnie wstał z grobu, wchodzę na plan i reżyser mówi: „świetnie, za chwilę gramy sekwencję tańca disco z lat 70., przebieramy się, wchodzimy na parkiet i będziemy pląsać do Bee Gees, musimy nagrać promosa do programu”. I wiem, że zaangażowanych jest kilkadziesiąt osób, spore pieniądze, więc się mobilizuję, zapominam, że coś ze mną nie tak i działam, bo to moja robota. Więc oczywiście tak, wchodzę często do telewizji z różnymi „stanami Prokopa” i czarnymi chmurami, które za sobą ciągnę, ale moją rolą jest zostawienie ich za drzwiami garderoby. Jak wchodzę na plan, to emocje widza są dla mnie ważniejsze niż moje własne. To oczywiście wysiłek, który się gdzieś kumuluje, no i to jednak jest upychanie emocji na dnie jakiegoś zbiorniczka, ten zbiorniczek czasem się przepełnia i coś się z niego ulewa.

Ludzie, którzy nie pracują w tym biznesie, nie do końca są w stanie zrozumieć – i absolutnie ich za to nie winię – na czym polega wysiłek w tej pracy. Jak ktoś z mojej branży mówi, że zmęczył się emocjonalnie, potrzebuje czasu, resetu, urlopu – to ktoś z boku może spytać: „No dobrze, a czym ty się tak zmęczyłeś?

Poszedłeś, pouśmiechałeś się, powiedziałeś parę okrągłych zdań, ładnie wyglądałeś, trwało to dwie godziny i jesteś wykończony? Idź do Biedronki, popracuj na kasie, zobaczysz, co to zmęczenie”. Nie dziwi mnie też, że raz na jakiś czas ktoś pozornie zawsze zadowolony okazuje się pacjentem szpitala psychiatrycznego, choruje na depresję albo przeżywa inny kryzys, a ludzie się dziwią: jak to, taki był wesoły, miał świetne życie, wszystkie pieniądze świata, opowiadał dowcipy, skąd ta depresja? Właśnie dlatego, że cały czas nosił przed światem maskę.

Coraz lepiej już rozumiemy, że depresję mają nie tylko ci smutni.

Tak. Z różnych względów nie mam potrzeby dzielenia się ze światem tym, co się ze mną dzieje. Nie oceniam tych, którzy wszystko przeżywają publicznie, widocznie czują się z tym lepiej. Ja bym się czuł gorzej. I myślę, że ludzie oczekują ode mnie tego, po co włączają telewizor, czyli żebym ich bawił. A poza tym nie akceptuję, kiedy moje intymne sprawy są przemielane na parówki dla mas w portalach plotkarskich, które wypłaszczają rzeczywistość, skracając ważne dla kogoś sprawy do jednozdaniowych clickbaitów.

Podkreślasz często, że jesteś osobny. Czy ta osobność polega na samotności, czy na tym, że nie chcesz siedzieć w szufladce z etykietką na wierzchu?

To też, ale zawężając rzecz do pracy, do show-biznesu, to czuję się człowiekiem, który jedną nogą stoi w środku, a drugą na zewnątrz. Nigdy nie traktowałem tej przestrzeni śmiertelnie poważnie, to nie jest treść mojego życia. Ułożyłem sobie życie zawodowe i zrobiłem karierę, ale nie cenię tej rzeczywistości jako czegoś szalenie ważnego. Wiele osób, mam wrażenie, wchodząc do show-biznesu, mocno w niego wsiąka, buduje wokół niego życie i wizerunek. Dla mnie to trochę kolorowy cyrk, który kończy się, jak wychodzisz z namiotu. Przed chwilą brałem udział w spektaklu, który ma swoją umowność, reguły, wirtuozów, ale to nie jest serio. Pięć minut po wyjściu ze studia przestaję myśleć o telewizji. Nie stanowi ona o moim życiu, może też dlatego, że wszystko, co mogłem, to w tej materii już zrobiłem – najważniejszy show rozrywkowy, flagowy program śniadaniowy, największe gale i festiwale, własna, autorska produkcja. Dalej jest już sufit. Co mógłbym zrobić więcej?

To może już starczy? Nie myślisz o emeryturze?

Myślę, tylko nie umiałbym znaleźć sobie na razie miejsca w bezruchu. Jestem w najlepszym momencie swojego życia, zwarty, gotowy, jak myślę, że miałbym to wszystko zdeponować do szuflady i zacząć odcinać kupony, nie robiąc nic, to nie wchodzi w grę. Dlatego moja emerytura polega na poczuciu, że niczego już nie muszę, a ciągle wiele mogę. Wybieram sobie projekty, które mnie z różnych powodów kręcą, ale bez jakiegokolwiek ciśnienia.

Czyli nie masz marzeń pt. „teraz się jeszcze pomęczę, ale za 10 lat zrobię jedno, drugie czy trzecie”, nie czeka gotowa lista?

Nie. Po pierwsze, moja praca jest radością, a nie udręką. Po drugie, wszystko robię na bieżąco. Miałem marzenie, żeby pojechać do Stanów – pojechałem, chciałem jeździć motocyklem po świecie, to jeżdżę, chciałem raz na jakiś czas na parę dni wyskoczyć gdzieś, gdzie zapominam o świecie – wpisuję sobie takie tygodnie w kalendarzu na rok do przodu, mam dni w miesiącu, kiedy nie biorę nic, nie ma dla mnie znaczenia wielkość propozycji, mówię „nie”. Jestem szczęściarzem, że mogę taki czas, taką mikroemeryturę sobie wykroić. A jednocześnie wyjeżdżając na tę mikroemeryturę, wiem, że mam do czego wrócić. Ktoś stwierdził mądrze, że starość się zaczyna w momencie, kiedy przestajesz mieć plany i marzenia – i coś w tym jest.

Show-biznes nie jest miejscem, które sprzyja głębokim przyjaźniom, a twoja relacja z Dorotą Wellman czy z Szymonem Hołownią wydaje się oparta na przyjaźni.

Z Dorotą nasza relacja zaczęła się przed wspólną pracą, nie zbudowaliśmy jej na ekranie, tylko poza nim, weszliśmy do telewizji jako partnerzy, którzy razem ciągną wóz, a nie walczą o te same zasoby. Show-biznes przyciąga przede wszystkim egocentryków, przejętych głównie sobą, wiele kontaktów ma tu więc powierzchowny i transakcyjny charakter. Co nie znaczy, że nie mam wielu serdecznych relacji w tym biznesie, natomiast przyjaźni zaledwie parę.

Czytaj także: Dorota Wellman: „Nie jest mi wszystko jedno”

Z Szymonem mam teraz mniejszy kontakt. Program „Mam talent” był dla nas silnym towarzyskim spoiwem. Polityka, która go pochłonęła w całości, nie jest moją przestrzenią. Większość moich znajomości to ludzie spoza show-binzesu. Po pracy chcę od niego odpoczywać i poznawać inną rzeczywistość. Odświeżające dla mnie jest, że moim przyjacielem jest prezes dużej firmy sprzedającej słodycze. Albo finansista o międzynarodowym zasięgu, który imponuje mi wiedzą w innej dziedzinie niż moja. Albo wybitny astrofizyk, który widzi rzeczywistość przez pryzmat fotonów i neutrin. Nie jest oczywiście tak, że przyjaźnię się z samymi ludźmi sukcesu, ale jeśli ktoś jest ciekawą, złożoną osobowością, to najczęściej w jakiejś dziedzinie odnosi sukces, nie zawsze mierzony kasą. Wielką wartością w życiu jest dla mnie przebywanie z osobami, od których mogę się czegoś nauczyć, którymi mogę się zainspirować, które mogę podziwiać. Nie mam czasu na nieciekawych ludzi.

Marcin Prokop rocznik 1977, dziennikarz, prezenter telewizyjny, publicysta. Publikował w „Przekroju”, „Gazecie Wyborczej”, był redaktorem naczelnym „Machiny” i „Filmu”. Pracował w Polsacie ( jako juror w „Idolu”), w TVP2 („Pytanie na śniadanie”), od 2007 jest w TVN (m.in. „Dzień dobry TVN”, „Mam talent”, „Lego Masters”. Prowadzi agencję mówców Powerspeech.pl.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE