1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wideo
  4. >
  5. „Jeśli wychodzisz z kina, myśląc tylko o zdjęciach, film nie zadziałał”. Will Rexer o operatorskiej pracy przy „Testamencie Ann Lee” | „Rzecz gustu”, odc. 7

„Jeśli wychodzisz z kina, myśląc tylko o zdjęciach, film nie zadziałał”. Will Rexer o operatorskiej pracy przy „Testamencie Ann Lee” | „Rzecz gustu”, odc. 7

Są filmy, które się ogląda. I są takie, które się przeżywa – niemal fizycznie, jak sen, z którego trudno się obudzić. „Testament Ann Lee” w reżyserii Mony Fastvold należy do tej drugiej kategorii. Nominowany do Złotego Lwa na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Wenecji, już okrzyknięty jednym z najważniejszych filmów roku, wchodzi do polskich kin 13 marca. Zanim jednak zobaczymy na ekranie hipnotyzującą historię religijnej wizjonerki, liderki ruchu shakerów, warto zajrzeć za kulisy. O tym, jak buduje się filmowe obrazy balansujące między mistyką, cielesnością i malarską doskonałością, z Karoliną Liczbińską rozmawia operator filmu – Will Rexer. Spotkanie odbyło się podczas 33. edycji Camerimage. I była to rozmowa nie tylko o kinie, ale też o snach, wierze i odpowiedzialności obrazu.

Jeden z najbardziej wyczekiwanych filmów tego roku trafia do polskich kin 13 marca. „Testament Ann Lee” Mony Fastvold – nominowany do Złotego Lwa w Wenecji, obsypany entuzjastycznymi recenzjami – opowiada historię Ann Lee, założycielki XVIII-wiecznego ruchu religijnego shakerów, w którą wciela się Amanda Seyfried w roli powszechnie uznawanej za szczytowe osiągnięcie jej kariery. Zanim film pojawi się na ekranach, zapraszamy za kulisy jego powstawania. Na 33. Międzynarodowym Festiwalu Filmowym Camerimage operator Will Rexer zdradza Karolinie Liczbińskiej, jak powstawał wyjątkowy wizualny język produkcji. Opowiada m.in. o tym, że o przyjęciu scenariusza decydują dla niego sny – i że po pierwszej lekturze „Ann Lee” śnił intensywnie o porodach i religijnej ikonografii. Zdradza też, jak głęboko twórcy zanurzyli się w malarstwie barokowym i dlaczego film – choć pełen scen tanecznych – to jego zdaniem coś zupełnie innego niż musical.

Obrazy pulsujące napięciem

Historia Ann Lee – duchowej przywódczyni religijnej wspólnoty shakerów – od początku domagała się języka wizualnego, który nie będzie tylko ilustracją epoki. Wiil Rexer wiedział, że to musi być obraz, który oddycha duchowością, ale nie wpada w estetyczną pocztówkę. Kamera miała być blisko skóry, potu i drżenia mięśni, a jednocześnie unosić się nad bohaterami jak spojrzenie kogoś, kto patrzy z innego wymiaru. – Niemal każda klatka w tym filmie oparta jest na obrazie – przyznaje operator.

Nie chodzi jednak o proste cytaty z historii sztuki. To raczej wizualne „przefiltrowanie” emocji przez estetykę dawnych mistrzów.

Twórcy „Testamentu Ann Lee” zanurzyli się w malarstwie barokowym tak głęboko, jakby przygotowywali wystawę w galerii sztuki, a nie filmowy plan. Inspiracje? Caravaggio i jego dramatyczne kontrasty światła i cienia. Georges de La Tour i intymność świecowego półmroku. Ciała wyłaniające się z mroku jak z innego świata. Światło nie jako technika, lecz jako metafizyka.

Dlatego w filmie nie ma „ładnych” zdjęć. Są obrazy pulsujące napięciem. Twarze mokre od łez i potu. Skóra o fakturze płótna malarskiego. Naturalne światło wpadające przez okna jak znak z innego porządku. Operator unika jednak estetyzacji cierpienia. Nie interesuje go piękno samo w sobie. Interesuje go prawda emocji.

– Jeśli widz wychodzi z kina i mówi: „Ale piękne zdjęcia”, to znaczy, że coś poszło nie tak. Obraz nie może być ozdobą. Ma działać podskórnie – mówi.

To myślenie stoi w kontrze do współczesnej kultury wizualnej, w której każda klatka walczy o uwagę. Rexer nie chce, by obraz krzyczał. Woli, by hipnotyzował.

Taniec jako doświadczenie graniczne

W filmie pojawia się wiele scen tanecznych – intensywnych, zbiorowych, opartych na ruchu wspólnoty. Łatwo byłoby więc przykleić do filmu etykietę musicalu. Rexer stanowczo się temu sprzeciwia. Ruch shakerów był formą modlitwy. Ciało stawało się narzędziem duchowego uniesienia. Twórcy filmu pokazują taniec jako doświadczenie graniczne – bardziej przypominające rytuał niż choreografię sceniczną.

Kamera nie obserwuje tańca z dystansu. Jest w jego środku. Wiruje razem z bohaterami, potyka się o ich oddech, gubi ostrość jak człowiek w tłumie ogarniętym zbiorową ekstazą.

Efekt? Widz nie ogląda spektaklu, tylko uczestniczy w misterium.

Rexer i Fastvold traktują kino jak przestrzeń duchową – nawet jeśli opowiadają historię sprzed trzech stuleci. Nie interesuje ich muzealna rekonstrukcja epoki. Bardziej pociąga ich pytanie: jak pokazać wiarę tak, by współczesny widz poczuł jej ciężar?

Bo „Testament Ann Lee” nie jest filmem religijnym w tradycyjnym sensie. To opowieść o charyzmie, wspólnocie i niebezpiecznej sile idei. O tym, jak duchowość potrafi wyzwalać i zniewalać jednocześnie.

Obraz staje się tu narzędziem psychologii.

Ciasne kadry budują poczucie klaustrofobii wspólnoty. Szerokie plany natury przynoszą chwilowe wytchnienie, ale nie ulgę. Kolory gasną, jakby świat tracił tlen. Każda decyzja operatorska służy emocjom bohaterów. Kamera musi wierzyć razem z postaciami. Nawet jeśli widz tej wiary nie podziela.

Amanda Seyfried i pejzaż emocji

W centrum tej opowieści jest Ann Lee – grana przez Amandę Seyfried – uznawaną za najdojrzalszą rolę w jej karierze.

Rexer filmuje jej twarz jak pejzaż emocji. Drżenie powiek. Zaciśnięte szczęki. Wzrok wbity w punkt, którego nie widzimy. Kamera nie ocenia bohaterki – próbuje ją zrozumieć.

– Najważniejsze było dla mnie to, by widz mógł patrzeć na nią tak długo, aż przestanie „oglądać aktorkę”, a zacznie widzieć człowieka ogarniętego wizją. To kino twarzy, detalu, milczenia.

Rexer nie chce, by jego zdjęcia były „efektowne”. Chce, by były konieczne.

I może właśnie dlatego „Testament Ann Lee” zapowiada się jako film, który nie tyle się ogląda, ile przeżywa – jak sen na granicy mistyki i niepokoju.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email