W barokowych ogrodach Tuileries, przy fontannie ozdobionej sztucznymi nenufarami, Dior pokazał kolekcję jesień–zima 2026/27. Krąg widzów i odbicia sylwetek w wodzie grały z motywem widzialności – tym samym, który w kolekcji przełożył się na wyraźne, niemal architektoniczne kształty. W tej scenerii Jonathan Anderson zaprezentował chyba najbardziej dojrzałą i zdecydowaną kolekcję, jaką jak dotąd stworzył dla tego domu mody.
Anderson – zafascynowany orchideami i psychologią ubioru – tym razem sięgnął po nenufary. Nie jako dekorację (choć zakwitły na paru sukienkach), a jako konstrukcję. Pokaz otworzyły mini z falbanami z tiulu, które ciągnęły się w miękkich trenach, obsypane srebrem albo kropkami. Brzegi nachodziły na siebie jak liście lilii wodnych, a baskinki, z których projektant postanowił uczynić już swój znak rozpoznawczy, rzeźbiły talię i biodra w przerysowany sposób.
Na wybiegu pojawiło się też echo epoki edwardiańskiej: dwurzędowe żakiety z głębokim dekoltem w serek i rozszerzanymi rękawami, płaszcze o wyraźnie zaznaczonej talii, wysokie kołnierze i drobne guziki. Duch początku XX wieku – epoki, w której po ogrodach Tuileries spacerowali flâneurzy – powracał dyskretnie, z ukłonem w stronę Paula Poiret i jego modernistycznych fantazji, ale Anderson nie pozwolił wybiegowi zmienić się w plan filmu kostiumowego. Sprany denim i płaskie botki motocyklowe bezczelnie rozbijały nadmiar nostalgii.
Najmocniejsze były suknie wieczorowe bez ramiączek – balonowe, z kokardami i tiurniurami, budujące sylwetkę na kontrastach: ściśnięta talia, przerysowane biodra, miękka linia dołu. Pióra – jeden z motywów sezonu – zmiękczały architektoniczne formy. Organza łapała popołudniowe światło, aplikacje z nenufarów wybuchały na sukienkach w odcieniach masła, koralu i bladego błękitu. To z całą pewnością najładniejsza, najbardziej dziewczęca, a zarazem najbardziej wyrafinowana kolekcja Andersona dla Diora. Słodycz ma tu konstrukcję, a romantyzm – kręgosłup.